East News Reporter Poland
Aleksandra Cieślik 05:00 24.04.21

Weterynarze z depresją. "Zawód w 60 proc. przyczynił się do mojej choroby"

Z

Z awód w 60 proc. przyczynił się do mojej choroby. Z wiekiem coraz trudniej radzę sobie z pracą. W gabinecie "nie możemy" pokazać emocji, a często przejmujemy jeszcze uczucia właścicieli - strach, bezradność, smutek. Do tej pory wykonałam kilkadziesiąt eutanazji. Wciąż pamiętam pierwszego pacjenta i ten ogromny lęk - mówi Edyta. Lekarzem weterynarii jest ponad 20 lat. Z depresją walczy od 15.

Reklama

Z badań przeprowadzonych w ubiegłym roku przez Merck Animal Health we współpracy z American Veterinary Medical Association wynika, że weterynarze są 2,7 razy bardziej narażeni na śmierć w wyniku samobójstwa niż ogół społeczeństwa. Kobiety wykonujące tę profesję mają wyższy poziom takich myśli, ale próbę odebrania sobie życia częściej podejmują mężczyźni.

"W gabinecie nie możemy pokazać emocji"

Edyta prowadzi lecznicę w jednej ze wsi na Mazowszu. Lekarzem weterynarii jest od ponad 20 lat. Od 15 walczy z depresją.

Reklama

- Zawód w 60 proc. przyczynił się do mojej choroby. Z wiekiem coraz trudniej radzę sobie z pracą i poinformowaniem właścicieli, że nie jestem w stanie uratować ich pupila. W gabinecie "nie możemy" pokazać emocji, a często przejmujemy jeszcze uczucia klientów - strach, bezradność, smutek. Ktoś z zewnątrz sądzi, że to bardzo miłe zajęcie dla ludzi kochających zwierzęta. Nie widzą jednak tego, co przeżywamy na zapleczu. Niemożność odbarczenia emocjonalnego automatycznie zwiększa podatność na powstawanie problemów natury psychicznej.

Diagnoza, którą moja rozmówczyni usłyszała od lekarza, bardzo ją zaskoczyła: depresja endogenna poporodowa.

Edyta podkreśla, jak ważne jest wsparcie bliskich.

- Młode lekarki rozpoczynające pracę wchodzą "w system", zaczynają widzieć więcej. Nie mając wsparcia społecznego, rodziny, partnera czy przyjaciół, są bardziej podatne na depresję. To współczesny model weterynarza-samobójcy. Niestety, studia nauczą cię fachu, ale nie przygotują na trudności psychiczne i ogromną presję związaną z zawodem.

Odkąd działa na forum weterynaryjnym na Facebooku, widzi, jak wiele kolegów i koleżanek zmaga się z problemami dotyczącymi zdrowia psychicznego.

- Teraz o depresji w zawodzie mówimy otwarcie. Gdy przyznałam, że choruję, zalała mnie fala komentarzy, szczególnie od dziewczyn. Pisały o przyjmowanych lekach, wspierały. Przeraziły mnie statystyki dotyczące samobójstw w naszym środowisku. Doskonale przecież wiemy, jakie substancje - stojące na półce w gabinecie - przeniosą nas na "tamten świat".

Przez 15 lat kobieta - mimo choroby - nie skorzystała ze zwolnienia zdrowotnego. Wyjątkiem były dwa tygodnie spędzone w łóżku wywołane ciężkim epizodem depresyjnym.

 - Nie mogłabym zostawić lecznicy, nie poradziliby sobie beze mnie. Choć podświadomie myślę inaczej, trudno wyrzucić z głowy stare przekonania. Nie twierdzę, że nie marzę o miesięcznym urlopie. Pewnie wróciłabym ze zdwojoną siłą, choć kto wie? Może bym się przekwalifikowała, a może tęskniła. Lekarze weterynarii są trochę zakręceni na punkcie swojego zawodu. To całe nasze życie. Uzależnia, mimo wszystko. Choć znam dziewczynę, która z gabinetu poszła zarabiać do marketu budowlanego. Chciała odpocząć.

Jaki jest kłopot tej branży? - pytam.

- Nieżyczliwość - bez wątpienia kolejna cegiełka budująca problemy emocjonalne. Niektórzy potrafią przy kliencie narzekać na innych, na sposób leczenia i diagnostykę. Ja nie oceniam, nawet, gdy widzę błąd. Nigdy nie powiedziałam złego słowa o kolegach po fachu przy posiadaczu zwierzęcia. Gdy mnie krytykują, sięgam po słuchawkę i chcę rozmawiać. Pragnę solidarności, ale w dobrym znaczeniu. Nie kryjmy błędów, ale nie wyciągajmy pochopnych wniosków. Nie podoba mi się też podbieranie chorych. Wysyłając ich do większej kliniki na diagnostykę, chcę, by do mnie wrócili. Czasem rzeczywistość jest inna, choć nie zawsze winny jest lekarz.

Relacje wewnętrzne tej grupy zawodowej to jedno. Jak wskazuje Edyta, weterynarz pracuje w dużej mierze z właścicielami czworonogów. A oni niekiedy potrafią doprowadzić pupila do fatalnego stanu. Co wtedy?

- Wielu pacjentów musiałam uśpić w wyniku zaniedbań klientów. Próbuję, by choć trochę zrozumieli swój błąd. Mam wrażenie, że ludzie w mieście bardziej dbają o pupila, korzystają z usług specjalistów. Na wsi jest inaczej, choć to oczywiście nie reguła. Moje reakcje? Naprawdę różne. Uronię łzę, bywam obojętna, na zapleczu rzucę przekleństwem czy zadzwonię do męża i opowiem o danej sytuacji.

Moja rozmówczyni wykonała kilkadziesiąt eutanazji. Liczba ta na pewno nie przekroczyła setki.

- Każde zwierzę to zupełnie inna historia. Niepowtarzalna, tylko kończąca się tak samo. Pamiętam pierwszego psa, którego musiałam uśpić. Ja, młoda lekarka weterynarii. On, niewidomy staruszek z niewydolnością nerek. Właściciele nie chcieli przy tym być. Stał na stole, a ja czułam przerażenie. Postanowiłam wejść w rolę jego opiekunki. Zaczęłam czule przemawiać i głaskać go, dopóki nie stracił przytomności przed głównym zastrzykiem. Potem stałam się profesjonalistką. Wszystko w człowieku zostaje. To wspomnienie towarzyszy mi ponad 20 lat - opowiada, ocierając łzy.

Naszego spotkania nie chce jednak kończyć smutnym akcentem.

- Jasne strony mojego zawodu przeważają. Medycyna weterynaryjna przeżywa rozwojowy boom, jest pół kroku za medycyną ludzką. Zwalczamy przypadłości śmiertelne jeszcze dwie dekady temu. Poza tym, w pracy uwielbiam, gdy klienci wracają od lat, mają do mnie pełne zaufanie. Bez okazji przynoszą kwiaty, ciasto. Kocham moje zajęcie. Taki ze mnie weterynaryjny freak.

"Bądź twardy, daj radę, zaciśnij zęby"

Maria Zaczek ukończyła Uniwersytet Przyrodniczy we Wrocławiu. Tuż po studiach zamieszkała w Manchesterze. Zwierzęta leczy tam prawie trzy lata. Na instagramowym koncie @weterymaria edukuje, uświadamia i zwraca uwagę na zdrowie psychiczne.

Jej post opatrzony hasztagiem #NotOneMoreVet (Tylko Nie Następny Weterynarz - red.) po raz kolejny zapoczątkował dyskusję o samobójstwach i problemach lekarzy weterynarii.

"Dlaczego tak się dzieje? Nie ma jednej odpowiedzi. Stres, ciężkie decyzje, ogromna odpowiedzialność i druzgocące diagnozy to nasza rzeczywistość. Łzy opiekunów, codzienne obcowanie ze śmiercią, wieczne przepracowanie i kultura, w której nadgodziny, weekendy i nocki to standard, a za tym nie idzie wynagrodzenie, bo przecież jak to? Jaki to lekarz, co tylko chciałby kasę zarobić, chyba nie ma powołania?! Do tego dochodzi typ osobowości - wielu z nas wybrało ten kierunek, bo chcemy pomagać, chcemy czuć się potrzebni, nasza praca jest pasją, a nawet całym życiem. Środowisko, gdzie o błędach oraz trudnościach nie rozmawia się i obraca je w żart.
To normalka. Nie umiesz czegoś? Przecież to podstawa, co z ciebie za idiota, nieuk ?! (...) Bądź twardy, daj radę" - czytamy.

- Ludzie boją się przyznawać do niewiedzy, boją prosić o pomoc. Nie ma przestrzeni do rozmowy. Zadawanie pytań nie jest czymś, na co w polskim świecie lekarzy weterynarii dobrze patrzą. Na studiach wszyscy siedzą z nosami w książkach. Udają, że znają odpowiedzi. Eutanazja i łzy opiekunów, a za moment szczepienie szczeniaka? Nasza codzienność, część zawodu. Trudno przyznać, że może to przytłaczać. Koledzy prędzej powiedzą, że są przeziębieni niż, że mają problemy ze zdrowiem psychicznym. Wielu wciąż stwierdzi: "Użala się nad sobą, wydziwia". Weterynarze zaciskają zęby i idą dalej. Tylko jakim kosztem? - pyta.

#NotOneMoreVet to nie tylko internetowy hasztag. To organizacja, międzynarodowa sieć wsparcia dla lekarzy weterynarii doświadczających myśli samobójczych czy objawów depresji, działająca od 2014 roku. Facebookowa grupa skupia 26 tys. osób z branży.

"Jeden na sześciu weterynarzy rozważa samobójstwo. Trzy razy częściej niż wynosi średnia w USA" - podano na stronie ruchu. NOMV tworzy wspierającą i akceptującą społeczność zwierzęcych medyków. Członkowie zachęcają do mówienia o emocjach oraz - w razie trudności - korzystania z pomocy psychoterapeutów czy psychiatrów.

- Niedawno widziałam ogłoszenie o pracę, w którym polski lekarz weterynarii wymagał dobrego zdrowia fizycznego i psychicznego. Pod postem dyskusja. Wiele osób to skrytykowało. Wszyscy zdajemy sobie sprawę, jak dużym kłopotem jest nasz zły stan psychiczny - mówi Maria.

Zaczek - głównie ze względu na możliwość lepszego startu w zawodzie - wybrała Wielką Brytanię. Tam znalazła wymarzony etat.

- Zaczynając, nie trzeba martwić się o opłacenie czynszu. Będąc młodym lekarzem, nie umiesz samemu zrobić cesarki i przyjąć krytycznych przypadków - pracodawcy mają świadomość, że na początku potrzebujesz wsparcia. W pierwszej klinice mogłam od razu leczyć, mieć pacjentów, ale - w razie czego - przyjść na zaplecze i poprosić o pomoc starszego stażem kolegę. Analogicznie w przypadku pierwszych zabiegów czy dyżurów. Uczestniczyłam też w wielu opłacanych przez firmę szkoleniach. W Polsce często starsi chirurdzy nie chcą uczyć młodszych, by nie wychować konkurencji. Trudno się przebić i znaleźć mentora - a to w weterynarii niezwykle ważne. Książki i webinary to nie wszystko. Potrzeba kogoś, kto będzie cię prowadzić przez zawodową ścieżkę.

Jaką pomoc w Wielkiej Brytanii uzyska weterynarz z depresją?

- Działa fundacja Vet Life pomagająca lekarzom doświadczającym problemów ze zdrowiem psychicznym. Mają całodobowy telefon zaufania, prowadzą szkolenia w tym zakresie. Różne firmy - w tym moja - organizują wiele prelekcji. W niektórych klinikach są osoby przeszkolone z "pierwszej pomocy psychicznej" - pielęgniarka, lekarz, ktoś z recepcji. Oprócz tego jest przecież NHS (brytyjski system ochrony zdrowia - red.).

Zaczek podkreśla, że temat ten powoli przestaje być tabu.

- Ostatnio mieliśmy w pracy szkolenie. Podzielili nas na kilkuosobowe grupy. Omawialiśmy objawy m.in. depresji, wypalenia. Mówiliśmy, jak należy się zachować, jak można sobie pomóc.

Maria opowiada o jednym z najtrudniejszych gabinetowych doświadczeń. To one, a nie "wesołe szczeniaczki", zostają w głowie.

Rozmawiamy też o stawianiu granic, służących komfortowi psychicznemu.

- Chcemy przejmować odpowiedzialność za zwierzęta, ale jeśli pragniemy leczyć bardziej niż opiekun, to nigdy się nie powiedzie. Konsekwencje wyborów, błędów i zaniedbań ponosi właściciel. Jeszcze raz wskażę, to jego odpowiedzialność, a nie nasza. Nie wracajmy do domu i nie obwiniajmy, że człowiek nie leczy psa wedle naszych wskazań. Zwierzę nie jest miłym dodatkiem do życia, tym są nowy samochód lub telewizor. Jest pewnym luksusem mogącym być też bardzo dużym obowiązkiem. "Kup sobie psa, poczujesz się lepiej" do mnie nie przemawia.

Sztuka odpuszczania

Olga Łoza, rezydentka psychiatrii (na Instagramie - @teraz.psychiatria), wyjaśnia, że stawiania granic uczy psychoterapia.

- Ktoś pomyśli: "To coś prostego", a to koszmarnie trudna sztuka. Na studia weterynaryjne idą osoby wrażliwe, chcące zmieniać świat na lepsze. W momencie, gdy idealista zetknie się z brutalną rzeczywistością, właścicielem czworonoga nierespektującym jego granic, przychodzą trudności. Co zrobić? Jeśli poproszę, by stosować się do zaleceń, czy nie rozmawiać w trakcie badania, mogę potencjalnie stracić klienta. A to oznacza mniejszy zarobek gwarantujący bezpieczeństwo finansowe.

Według lek. Łozy "zalewanie emocjami" przez klientów, eksploatacje emocjonalna i fizyczna oraz praca non stop są głównymi czynnikami prowadzącymi do depresji weterynarzy, bądź innych zaburzeń psychiatrycznych mogących dotknąć tę grupę zawodową.

- Bardzo polecam tzw. "art of letting go" - sztukę odpuszczania. Pewnych rzeczy nie da się w stu procentach kontrolować. Tę wiedzę zdobędziemy choćby na terapii. Jeśli mamy np. osobę empatyczną, próbującą ratować cały świat, odpowiedź brzmi: "Nie, nie uratujesz całego świata. Nie jesteś Wonder Woman ani Supermanem". Starasz się po prostu zrobić wszystko, co możesz zgodnie z najnowszą wiedzą medyczną, ale jeśli dany pies należy do kogoś, kto z tobą nie współpracuje, tego nie zmienisz. Wtedy mówimy: "Let it go" - i w ten sposób ratujemy sami siebie.