INTERIA.PL 123rf
Harald Kittel 05:00 05.06.21

​Zatrzymana fala

Z

Z amiast "uzupełnienia potężnego deficytu lekarzy" jest grupka niespełna dwustu medyków z zagranicy, którzy od ministra zdrowia otrzymali uprawnienia do pracy w Polsce. Jednak wielu z nich pracy w swojej specjalności wciąż nie podjęło, bo nie mają zgody z izb lekarskich. Walka o projekt, który miał wspomóc obciążoną pandemią ochronę zdrowia, ale" wygląda jak całkowita porażka", przeniosła się do Sądu Najwyższego.

Reklama

- Cieszę się, że pracuję w Polsce, są tutaj wspaniali ludzie, czuję się tutaj jak w domu - mówi Dmytro Veryha, urolog z Ukrainy. Lekarz ma 36 lat, dziesięcioletnią praktykę w Iwanofrankowsku i ze swojej obecnej sytuacji jest bardzo zadowolony. - Tu mogę spokojnie pracować - tłumaczy. Medyk jest zatrudniony w szpitalu powiatowym w Bartoszycach na oddziale chirurgii. Jest jednym z pięciu lekarzy ze Wschodu, którzy 21 stycznia z rąk ministra zdrowia Adama Niedzielskiego odebrali dokumenty poświadczające uzyskanie prawa wykonywania zawodu w Polsce uzyskane na mocy nowych, uproszczonych "covidowych" przepisów.

- Uzupełniamy potężny deficyt lekarzy - powiedział wtedy polityk o sytuacji szpitali obciążonych przez pandemię COVID-19. Za tą pierwszą piątką miała nadciągnąć fala mówiących po polsku lekarzy, głównie zza wschodniej granicy, mających pomóc rozwiązać spowodowany pandemią kryzys w ochronie zdrowia, która już i tak wcześniej borykała się z niedoborem kadr. W środowisku medycznym na Białorusi i Ukrainie zapanowało ożywienie. Medycy, którzy u siebie zarabiają równowartość 1000 zł, w Polsce mogliby otrzymywać za swoją pracę wielokrotnie więcej. W dodatku, mając szansę zetknąć się z ochroną zdrowia o znacznie bardziej nowoczesnych standardach.

Reklama

- Teraz, pracując jako lekarz z Prawem Wykonywania Zawodu, mam wyższe zarobki, nie muszę myśleć o sprzedaży domu na Ukrainie, by utrzymać się w Polsce - powiedział Dmytro Verycha. Pochodzi z rodziny lekarskiej o polskich korzeniach. Leczył jego dziadek, lekarką była matka, ojciec - dentystą. Lekarzami są kuzyni. Ale tylko on zdecydował się na wyjazd do Polski. - Chciałem czegoś nowego - powiedział. Jego zdaniem powrót na Ukrainę nie będzie jednak możliwy. - Mógłbym wrócić jedynie wtedy, gdyby sytuacja w kraju - i dla lekarza, i dla pacjenta - znacząco się poprawiła - powiedział dr Veryha. Powstrzymuje go także różnica w zarobkach lekarzy na Ukrainie i w Polsce. Z jego perspektywy - ogromna.

Jeden z konsultantów z agencji pracy ściągającej medyków ze Wschodu do Polski szacował, że w kraju jest miejsce dla co najmniej trzech tysięcy lekarzy, którzy mogliby zacząć pracę od zaraz. Nowe procedury zakładały sprawną weryfikację wymaganych dokumentów, a następnie szybkie wydanie przez Okręgową Izbę Lekarską warunkowego prawa wykonywania zawodu.

- Na pewno wielu lekarzy skorzysta z tej szansy - mówił wtedy dr Sergiusz Prokopiuk, prezes Stowarzyszenia Lekarzy Polskiego Pochodzenia na Wołyniu.

Jednak dziś nikt już tak nie mówi. Izby lekarskie nie spieszą się bowiem z wydawaniem takim lekarzom prawa wykonywania zawodu. Dmytro Veryha jest jednym z niewielu, którym udało się je uzyskać.

Nie wytrzymał stanu "nieważkości"

Z zaprezentowanej przez ministra zdrowia pierwszej piątki lekarzy spoza Unii Europejskiej w Siedlcach, pracuje dziś białoruski chirurg Hleb Lukhanin. Pół roku od złożenia dokumentów nadal nie ma prawa wykonywania zawodu, które miała niemal automatycznie wydać Okręgowa Izba Lekarska. Nie ma go mimo że spełnił wszystkie wymagania przewidziane ustawą "covidową" i uzyskał akceptację ministra. Zatrudniono go jako młodszego asystenta medycznego. Nie ma prawa wypisać recepty ani zwolnienia.

- Taki lekarz, zamiast leczyć, jest czymś w rodzaju wykwalifikowanej pomocy na oddziale - mówi Marcin Kulicki, prezes mazowieckiego Szpitala Wojewódzkiego w Siedlcach.

Inny medyk, który odbierał z rąk ministra Adama Niedzielskiego dokumenty, załamał się wieloma miesiącami oczekiwania na decyzję Okręgowej Rady Lekarskiej. Miał promesę zatrudnienia ze szpitala w Siedlcach, ale nie doczekał się. Victar Anikevich, legitymował się uzyskanym na Białorusi tytułem specjalisty w dziedzinie anestezjologii i intensywnej opieki medycznej. Pokonany przez biurokrację i brak porozumienia pomiędzy ministerstwem a samorządem lekarzy, poddał się i wrócił do kraju.

- To tym bardziej dramatyczne, że ci lekarze, którzy zdecydowali się jechać do Polski z Białorusi, narażają się tam na duże nieprzyjemności - mówi prezes Kulicki. Białoruski anestezjolog do Polski przyjechał z żoną, również lekarzem. Mieli zacząć nowe życie. - Nie mogli znieść niepewności i tego stanu "nieważkości" - mówi prezes siedleckiego szpitala.

Lekarze ze Wschodu mówią wręcz o niechęci środowiska, a zwłaszcza części zrzeszających go jego oficjalnych struktur w Polsce.

Prezes Kulicki podkreśla, że chodzi w wielu przypadkach o rodaków, którzy chcieliby wrócić do kraju przodków, niektórzy na stałe, najczęściej bardzo dobrze mówią po polsku. - Stawianie im biurokratycznych przeszkód jest niepotrzebne - mówi Kulicki. - Każdy lekarz z Ukrainy czy Białorusi trzy razy zastanowi się teraz, zanim zdecyduje się na przyjazd do pracy do Polski - mówi prezes siedleckiego szpitala.

- To wygląda jak całkowita porażka - uważa dziś prezes Mazowieckiego Szpitala Wojewódzkiego w Siedlcach, który w sumie zatrudnia 36 lekarzy z Białorusi i Ukrainy, a kilkunastu z nich przyjął na mocy uproszczonych procedur "covidowych".

Uproszczone procedury

Po przyjęciu dwóch ustaw określających zasady zatrudniania lekarzy spoza Unii Europejskiej, do przyjęcia takiego medyka do pracy od 30 grudnia zeszłego roku wystarczy zastosowanie się do uproszczonej procedury. Nie ma w niej nostryfikacji dyplomu lekarza, egzaminu lekarskiego ani egzaminu z medycznego języka polskiego. Procedura, która zajmowała lata, miała się znacznie skrócić. Niektórym się udało.

- Gdybym wypełniał "normalne" wymagania, zajęłoby mi to 3,5 roku - mówi Dmytro Veryha, który formalności załatwił w kilka miesięcy.

Nowe przepisy miały zapewnić sprawną, podejmowaną "bez zbędnej zwłoki, z należytą starannością " weryfikację zgłoszeń lekarzy w Ministerstwie Zdrowia. A następnie wydane - równie szybko - przez Okręgową Izbę Lekarską warunkowe Prawo Wykonywania Zawodu. Taką decyzję uzyskał Veryha.

Jednak następnego dnia po konferencji ministra Niedzielskiego prezes Naczelnej Rady Lekarskiej Andrzej Matyja zażądał od resortu sprostowania. Stwierdził, że Prawo Wykonywania Zawodu może przyznać wyłącznie Okręgowa Izba Lekarska. To dlatego zamiast potwierdzać sprawdzone w Ministerstwie Zdrowia wnioski, izby lekarskie weryfikują je powtórnie, domagając się ponownego dostarczania dokumentów, chcą, by kandydaci zdawali egzamin z języka polskiego, z czego byli zwolnieni.

- Ministerstwo zabrnęło częściowo w nie swoje kompetencje - próbuje diagnozować problem dr Krzysztof Plaziński, wicedyrektor ds. lecznictwa w Szpitalu Powiatowym w Bartoszycach.

Według resortu zdrowia, uproszczenia zasad dopuszczenia do pracy dla lekarzy z zagranicy wymagała nadzwyczajna sytuacja w kraju u progu trzeciej fali pandemii.

Zdaniem izb lekarskich nic jednak nie zwalnia z ostrożności i lepiej skłonić do powrotu z Zachodu naszych lekarzy, którzy z Polski wyjechali. - Nie chcemy, by do systemu trafiały osoby o niesprawdzonych i niewystarczających kwalifikacjach - podkreśla prof. Andrzej Matyja, prezes Naczelnej Izby Lekarskiej.

Sytuacja stała się na tyle trudna, że resort zdrowia zdecydował się zaskarżyć działania Naczelnej Izby Lekarskiej do Sądu Najwyższego, chce także umożliwić medykom pracę, "wrzucając" ich do swojego systemu elektronicznego z pominięciem samorządu lekarskiego, by mogli potwierdzać procedury.

Z Kartą Polaka na egzamin z polskiego

- Wiem, że lekarze w Polsce obawiają się, że ich ukraiński kolega słabo będzie znał język polski lub będzie miał niewystarczające kwalifikacje - mówi dr Sergiusz Prokopiuk. Zapewnia, że ukraińscy medycy to osoby "bardzo pracowite, ambitne, dążące do celu". - Ci, którym będzie zależeć na dalszym rozwoju, na pracy w godnych warunkach, nie będą mieli problemów ani z doszlifowaniem języka, ani z komunikacją z kolegami z Polski - mówi Prokopiuk i przypomina, że głównym zadaniem lekarzy jest zawodowo i profesjonalnie pomagać ludziom, niezależnie od ich miejsca zamieszkania i pochodzenia.

- W krajach spoza Unii Europejskiej niektóre specjalizacje trwają rok, a w Polsce pięć, sześć lat. Zastanawiamy się, jak można być specjalistą po tak krótkim czasie - mówi prof. Andrzej Matyja z Naczelnej Rady Lekarskiej.

Zdaniem prezesa Mazowieckiego Szpitala Wojewódzkiego w Siedlcach bać się jednak nie ma czego.

- Rekrutujemy za granicą lekarzy takich specjalności, które i tak są w Polsce deficytowe - mówi prezes Kulicki. Zanim lekarz otrzyma propozycję pracy, sprawdzane są jego kompetencje, weryfikowany jest przebieg jego specjalizacji za granicą, a szpital zapewnia opiekę ordynatora i lekarza nadzorującego. Lecznica inwestuje także w kurs języka polskiego. Półroczne intensywne zajęcia - zdaniem prezesa - dają wystarczające wyniki.

Izby lekarskie rekomendują jednak lekarzom z zagranicy, by nauczyli się języka medycznego i zdali państwowy egzamin, aby nostryfikowali dyplomy i uzyskali pełne prawo wykonywania zawodu.

- Połowa tych ludzi ma Kartę Polaka - przypomina prezes siedleckiej lecznicy. Dokument uzyskują rodacy mieszkający poza granicami kraju, do jego uzyskania potrzebna jest podstawowa znajomość języka polskiego.

Bez wyjazdowej gorączki na wschodzie

- Obecna sytuacja przypomina to, co w Polsce już się wydarzyło - tłumaczy Prokopiuk. Jego zdaniem system ochrony zdrowia na Ukrainie przypomina dziś ten, który funkcjonował nad Wisłą 10, 15 lat temu, kiedy to polscy lekarze wybierali wyjazdy na Zachód.

- Niskie pensje, nie zawsze dobre warunki pracy, brak szacunku w społeczeństwie. To główne powody, które przyczyniły się w tamtych czasach do wyjazdów polskich lekarzy z kraju - wylicza medyk z Łucka. Teraz z tych samych przyczyn decyduje się na to ukraiński personel medyczny - wyjaśnia Prokopiuk i dodaje, że nie bez znaczenia są pieniądze. W Polsce lekarz zarabia kilkakrotnie więcej niż na Ukrainie.

Jednak spór, który rozgorzał między Ministerstwem Zdrowia, szpitalami, chcącymi zatrudniać lekarzy na podstawie uproszczonej ścieżki, a samorządem lekarskim, ostudził nadzieje lekarzy ze Wschodu. Zdaniem prezesa Kulickiego, informacje o problemach z uzyskaniem uprawnień są tam głównym tematem na branżowych forach internetowych.

- Mimo że od wejścia w życie nowej ustawy upłynęło pół roku, na razie na Ukrainie nie ma wyjazdowej gorączki - mówi dr Sergiusz Prokopiuk, który w styczniu sądził, że zainteresowanie będzie duże. Lekarze czekają. - Bardzo pozytywnie oceniamy możliwość zatrudniania w Polsce na uproszczonych zasadach, którą dał nam polski rząd - uważa prezes Stowarzyszenia Lekarzy Polskiego Pochodzenia na Wołyniu, jednak podkreśla, że falę wyjazdów i wniosków powstrzymały ostatecznie formalne utrudnienia, głównie ze strony izb lekarskich.

- Wbrew zapowiedziom resortu zdrowia, nie obserwujemy szczególnie dużego zainteresowania przyjazdem do Polski lekarzy spoza Unii Europejskiej - wskazuje prof. Andrzej Matyja.

Do 17 maja do ministra zdrowia trafiło 420 wniosków od lekarzy spoza Unii Europejskiej, którzy chcieli znaleźć pracę w Polsce dzięki uproszczonej procedurze. Większość to kandydaci ze Wschodu. Resort jak dotąd odmówił siedmiu lekarzom i wydał 189 decyzji pozytywnych. Wobec wielu z nich postępowania w izbach lekarskich trwają.

Dr Prokopiuk sądzi, że lekarzy z ukraińskich miast takich, jak Łuck, gdzie sam mieszka, dodatkowo powstrzymują przed wyjazdem do Polski obostrzenia związane z pandemią, konieczność załatwiania formalności na odległość, z zagranicy, obawa przed zmianami i niepokój, czy znajomość języka polskiego u osoby pochodzenia polskiego wystarczy do pracy w szpitalu, kontaktu z pacjentami i z kolegami z Polski.

- Być może trwa oczekiwanie aż sytuacja się wyklaruje - uważa dr Plaziński, w którego szpitalu pracuje dwóch lekarzy spoza UE.

Ryzyko czy lęk przed obcokrajowcem?

Polscy medycy przyznają, że zatrudnianie kolegów z zagranicy rodzi ryzyko. - Bywają spore zastrzeżenia do wiedzy teoretycznej i praktycznej kandydatów. Jeśli lekarz, który mówi, że jest specjalistą w dziedzinie ortopedii, ma problem z prostym zszyciem rany na oddziale ratunkowym, to coś jest nie tak - mówi lek. med. Krzysztof Plaziński. Jego zdaniem rozwiązaniem mogłoby być, m.in. zatrudnianie medyków na okres próby.

Zdaniem Dmytro Veryhy mnożenie formalnych utrudnień dla medyków ze Wschodu nie jest jednak potrzebne. Jego koledzy, wielu z nich ze studiów, pracują w Czechach, Szwecji, Niemczech. Procedury są krótsze, prostsze. Lekarz musi spełnić wymagania, a decyzje zależą od dyrektora szpitala - tłumaczy.

Mazowiecki Szpital Wojewódzki w Siedlcach zatrudnia 37 lekarzy z Białorusi, kilkunastu z nich zatrudniono na podstawie uproszczonych procedur. Prezes szpitala argumentuje, że lecznica opracowała własne metody weryfikacji kompetencji lekarzy z zagranicy. System ten funkcjonuje i daje efekty.

Wicedyrektor szpitala w Bartoszycach do spraw lecznictwa zwraca uwagę, że kompetencje lekarzy nie muszą zależeć od kierunku, z którego przyjeżdżają. - To nie zależy od kraju pochodzenia, tylko od człowieka - uważa dr Plaziński.

Prezes siedleckiego szpitala nie ma z kolei wątpliwości, że w znacznej większości lekarze ze wschodu uzyskają pełne uprawnienia i trwale zasilą system ochrony zdrowia w Polsce.

- Sugerowanie, że wszyscy lekarze ze wschodu są niekompetentni, to wywoływanie zbiorowego lęku przed obcokrajowcami - mówi prezes Kulicki.