INTERIA.PL Pixabay
Mariusz Staniszewski 05:00 20.02.21

​"Dzieci są słodkie, ale nieekologiczne". Depopulacja, czyli eutanazja cywilizacji

W

W ieszczą głód, śmierć, zniszczenie, wyczerpanie zasobów naturalnych i katastrofę klimatyczną. Krzyczą, że na świecie jest zbyt wielu ludzi, których Ziemia nie jest w stanie wykarmić. To już nie jest tylko grupka ekologów, to poważny nurt społeczny, który chciałby ograniczenia populacji ludzkiej na Ziemi.

Reklama

Współcześni ekolodzy, którzy w zbyt dużej liczbie ludzi na Ziemi upatrują głównej przyczyny problemów klimatycznych, wcale nie są specjalnie nowatorscy. Ubrali tylko w modniejsze szaty stare idee propagujące kontrolę urodzeń. Już w połowie XIX wieku brytyjski demograf Thomas Robert Malthus pisał tak: "Można bezpiecznie stwierdzić, że populacja pozostawiona bez kontroli powiększa się w postępie geometrycznym w taki sposób, że podwaja swoją ilość co każde dwadzieścia pięć lat". Przewidywał, że musi to doprowadzić do globalnej klęski głodu, ponieważ produkcja żywności nie rośnie w takim tempie.

Głodujący a kultura i gospodarka

Dzisiejsi jego naśladowcy zapominają, że w dalszej części wywodu Malthus domagał się zaprzestania jakikolwiek świadczeń socjalnych dla warstw niższych, by w ten sposób ograniczyć przyrost populacji biedaków. 

Reklama

Na początku tego stulecia Patric J. Buchanan w "Śmierci Zachodu", pisał:

Zwrócił on uwagę, że szczególnie w XX wieku klęski głodu rzadko wynikały z niskiej produkcji żywności, a głównie z "politycznej niekompetencji, działań kryminalnych, niedorzecznych idei i szalonych ideologii". Przypomnijmy, że klęska głodu w latach 30. XX w. w Związku Sowieckim, której ofiarą padło kilkanaście milionów ludzi, a na żyznej Ukrainie około trzech milionów, była elementem rozprawienia się z niechętnymi kolektywizacji chłopami. Z kolei Wielki Głód w Chinach na przełomie lat 50. i 60. zeszłego stulecia wynikał z obłędnej polityki Mao. Powtarzający się głód w Korei Północnej również jest skutkiem katastrofalnej polityki komunistycznej dynastii Kimów, a nie uwarunkowań klimatyczno-demograficznych. Wszak sąsiednia Korea Południowa należy do najbogatszych krajów świata. Prof. Wojciech Roszkowski w "Roztrzaskanym lustrze", tłumaczy:

Tu prof. Roszkowski dotyka bardzo delikatnej kwestii, a więc kulturowych uwarunkowań rozwoju. W świecie poprawności politycznej, w którym wszystkie kultury należy uznawać za równe, tego rodzaju stwierdzenia mogą być traktowane jak rasizm. Nie ulega jednak wątpliwości, że inaczej traktuje się głodujących w Indiach czy wspomnianym Bangladeszu, a inaczej w Europie. Obrazy umierających na ulicach dzieci obaliłyby każdy rząd na Startym Kontynencie, ale mają niewielki wpływ na to, kto wygrywa wybory we wspomnianej części Azji. Mówimy więc raczej o barierze kulturowej niż ekonomicznej.

Weźmy przykład wspomnianej wcześniej Korei Południowej. Na początku lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku znajdowała się na podobnym poziomie rozwoju co Ghana. Oba kraje "dysponowały zbliżonym produktem narodowym brutto na jednego mieszkańca, porównywalną strukturą gospodarki (czyli proporcją między produktami podstawowymi, wytwórczością i usługami). Oba kraje eksportowały duże ilości produktów podstawowych, a Korea Południowa dodatkowo niewielkie partie wyrobów gotowych. Poza tym zarówno Ghana, jak i Korea otrzymywały podobną pomoc zagraniczną" - pisał Samuel P. Huntington w artykule "Z kulturą trzeba się liczyć". Po trzech dekadach Korea Południowa była trzynastą gospodarką na świecie, a PKB na jednego mieszkańca był pięciokrotnie wyższy niż w Ghanie.

Konieczne zmiany

Innymi słowy, zwalczanie głodu nie powinno polegać na radykalnych sposobach ograniczania populacji, a raczej na wymuszaniu zmian polityki krajów biednych, by inwestowały w rozwój. "Gdyby państwa wysokorozwinięte przyłożyły więcej starań do stworzenia mechanizmu intensyfikacji gospodarki krajów słabo rozwiniętych a gęsto zaludnionych, na przykład przez zmniejszenie dochodów z eksportu broni czy też seksturystyki oraz inwestowanie w lokalną infrastrukturę materialną i oświatę, to wzrost dochodu krajów zacofanych samoistnie ograniczyłby przyrost ludności" - konkluduje prof. Roszkowski.

ZOBACZ RÓWNIEŻ: Przeludnienie Ziemi wymusi przesiedlenie ponad miliarda ludzi? Niepokojąca prognoza

Przyrost populacji jest więc problemem tylko w tych regionach świata, w których rządy nie stawiają sobie za główny cel poprawy jakości życia swoich obywateli. Może to wynikać z uwarunkowań kulturowych lub polityczno-ideologicznych. Nawet jeśli ktoś uzna, że problem przeludnienia istnieje - osobiście mam wątpliwości, czy tego rodzaju kategorię pojęciową można stosować wobec ludzi - to oznacza on ni mniej, ni więcej, że władza nie umie lub nie chce zapewnić swoim obywatelom odpowiednich warunków do godnego życia.

Choć przy obecnym rozwoju technologii, metod uprawy ziemi, tempie wymiany międzynarodowej, nadprodukcji żywności - według ONZ około jedna trzecia wytworzonego jedzenia trafia na śmietnik - kwestia głodu powinna być już dawno rozwiązana. Co więcej, planeta jest w stanie wyżywić znacznie większą populację niż obecnie.

Człowiek to coś więcej

Jeśli znika argument o wyczerpaniu możliwości produkcji jedzenia na Ziemi, musi pojawić się inny. Człowiek nie ma być już skazany na głód i nieszczęście, ale sam jest zagrożeniem. Paul. R. Ehrlich i Anne H. Ehrlich na łamach "Wszystko, co najważniejsze" w 2015r. pisali:

I wcale nie jest to głos odosobniony. W 2020 roku amerykańska naukowiec prof. Kimberly Nicholas na konferencji klimatycznej w Gotlandii mówiła: "Rezygnacja z wydania dziecka na świat zaoszczędzi 58,6 t emisji CO2 rocznie". Z jej wyliczeń wynika, że "rok życia malucha powoduje emisję CO2 na poziomie odpowiadającym codziennemu prowadzeniu auta przez 24 lata" - przytaczała "Rzeczpospolita".

Te wszystkie wyliczenia pomijają dwie najistotniejsze kwestie. Po pierwsze, rozwój technologiczny sprawia, że rolnictwo staje się coraz bardziej wydajne i nie musi oznaczać wcale degradacji planety. Po drugie, chyba ważniejsze, nie wolno rozpatrywać osoby ludzkiej w kategoriach producenta CO2. Człowiek to coś więcej niż produkcja gazów czy zapotrzebowanie na kalorie. Sprowadzenie go do poziomu użyteczności jest nawiązaniem do najgorszych koszmarów, jakie w XX wieku zafundowały nam upiorne totalitaryzmy. To rezygnacja z osiągnięć judeochrześciajańskiej cywilizacji, w której istota ludzka stała się najważniejszym na Ziemi punktem odniesienia.

Na Zachodzie jednak takie podejście do człowieka jest coraz mniej popularne. Aby ratować klimat szwedzki dziennikarz Gurgin Bakircioglu poddał się sterylizacji i stał się "wolny od dzieci politycznie". "Dzieci są słodkie, ale nieekologiczne, kocham dzieci, ale dlaczego to jest tak prowokujące wyrzeczenie się ich w sytuacji, gdy człowiek wywiera tak fatalny wpływ na klimat" - stwierdził Bakircioglu.

Nie on jeden. Dwa lata temu bohaterami francuskich ekologów stali się 24-letnia Florence i 34-letni Sylvan. Oboje się wysterylizowali. Sylvan kazał sobie podciąć i podwiązać nasieniowody, by nie obciążać ziemi potomstwem. - Posiadanie dzieci to bardzo egoistyczny wybór - stwierdziła z kolei Florence. - Sam fakt, że żyjemy oznacza zanieczyszczanie planety - dodała.

Zmierzch Zachodu?

Cóż, można by do tego podejść czysto darwinistycznie i stwierdzić, że w przyrodzie tylko najlepsze geny powinny być reprodukowane, ale na szczęście ludzkość rządzi się dziś bardziej humanitarnymi zasadami. Można by więc obrońcom klimatu zaproponować, by poszli w ślady wspomnianego Sylvana, który postanowił żyć w nędzy, aby poprzez niekorzystanie z dobrodziejstw cywilizacji nie zatruwać środowiska. Według niego, dla ratowania planety ludzie powinni cofnąć się w stylu życia do epoki preindustrialnej. Prof. Kimberly Nicholas jest jednak daleki od tego rodzaju wyrzeczeń - w Kalifornii, gdzie mieszka, posiada dwa samochody.

ZOBACZ RÓWNIEŻ: "Powinnaś się zabić dla dobra planety". Asystent-robot namawiał właścicielkę do samobójstwa

W całym tym wołaniu obrońców planety o ograniczenie liczby urodzin, czy nawet o poddawanie się sterylizacji, najbardziej zastanawiające jest, że dotyczy to społeczeństw, w których i tak dzieci rodzi się mało. Za mało, by w dłuższej perspektywie kraje te mogły przetrwać. Mniej dzieci w Szwecji, Francji, Niemczech, Wielkiej Brytanii, Stanach Zjednoczonych czy Polsce w żaden sposób nie poprawi sytuacji na świecie, gdyż największy przyrost naturalny notuje się w Afryce i Azji.

Ograniczanie liczby dzieci w krajach zachodnich oznaczać będzie jedynie tyle, że nasze miejsce zajmą inni. Ci, którzy przyjdą tu szukać lepszego życia, bo tam, gdzie się urodzili, rządom nie zależy na rozwiązywaniu problemów społecznych. Co więcej, z sukcesem rozwiązują problemy własnych krajów poprzez wysyłanie swoich obywateli w bogatsze regiony świata. Na przykład rząd Meksyku zmniejsza bezrobocie we własnym kraju poprzez planową emigrację Meksykanów do USA. Starzejąca się Europa z trudem opiera się napływowi imigrantów z Afryki Północnej i Bliskiego Wschodu.

Wzywanie więc do oszczędzania planety poprzez rezygnację z posiadania dzieci jest czymś w rodzaju cywilizacyjnej eutanazji. Obywatele zachodnich państw będą przez pewien czas pławić się w luksusie, aż - jak do starożytnego Rzymu - przybędą Hunowie i go złupią. To wielkie, wspaniałe imperium przestało istnieć m.in. właśnie dlatego, że rzymskie kobiety zrezygnowały z posiadania dzieci. Natomiast Germanie przeżywali demograficzny boom.