"Dnia 26 III o godz. 17:35 w Warszawie, u zbiegu ulic Bielańskiej i Długiej, oddział Sił Zbrojnych w Kraju [tak oficjalnie określano Armię Krajową - BW] zaatakował samochód wiozący więźniów z Alei Szucha na Pawiak. Uwolniono kilkunastu więźniów, wśród których jeden był w stanie bardzo ciężkim po badaniach. W starciu zabito, względnie raniono, jednego umundurowanego policjanta niemieckiego i trzech cywilnych" - głosił komunikat Kierownictwa Walki Konspiracyjnej (KWK), opublikowany z początkiem kwietnia 1943 roku.
To był precedens - pierwsze tego typu uderzenie polskiego podziemia. Wcześniej doszło wprawdzie do kilku obliczonych na uwolnienie więźniów akcji na prowincjonalne areszty czy obozy pracy w dystryktach radomskim i lubelskim Generalnego Gubernatorstwa (GG), a także do brawurowego rozbicia przez żołnierzy AK więzienia w Pińsku na Polesiu. Tym razem jednak atak nastąpił w sercu największego polskiego miasta. Niemcy byli zdumieni i oburzeni.
"Jak bezczelnie i hardo poczynają sobie bandy, świadczy ostatni atak na transport więźniów przeprowadzony w Warszawie!" - grzmiał na kwietniowej konferencji władz GG poświęconej kwestiom bezpieczeństwa dr Wilhelm Struve, nazistowski dygnitarz odpowiedzialny za werbunek przymusowych robotników. Skarżył się przy tym na gwałtowny wzrost aktywności podziemia i rosnącą precyzję organizowanych przez nie, coraz liczniejszych zamachów.
Precedensowy atak - za sprawą "Kamieni na szaniec" Aleksandra Kamińskiego - do historii przeszedł właśnie jako akcja pod Arsenałem.
Czy zorganizowane przez harcerzy z Szarych Szeregów, brawurowe odbicie więźniów Gestapo, wśród których znajdował się ich przyjaciel - Jan Bytnar "Rudy", w rzeczywistości mogło być niemiecką prowokacją?
Taką hipotezę w swojej ostatniej książce "Miasto szpiegów. Gra wywiadów w okupacyjnej Warszawie" postawił Michał Wójcik, dziennikarz i historyk. Powołał się przy tym na dość mgliste rozważania szefa kontrwywiadu AK, Bernarda Zakrzewskiego "Krawca", spisane długo po wojnie, pod koniec lat 60. W nigdy niepublikowanym opracowaniu o niemieckich grach operacyjnych przeciw podziemiu, Zakrzewski wskazał bowiem, że okoliczności rzeczonej akcji były w jego opinii podejrzane.
Wójcik poszedł dalej i w oparciu o enigmatyczne wątpliwości nakreślił wizję, według której legendarna akcja Szarych Szeregów miałaby zostać sprowokowana przez Niemców, po to, by do podziemia mógł przeniknąć ich rzekomy agent, czyli inżynier Ryszard Walter "Doktor". Jeden z ponad 20 uwolnionych wraz z "Rudym" więźniów, również żołnierz AK. Przy tym doskonały technik i konstruktor radiostacji, aresztowany w czerwcu 1942 roku wraz z żoną, która wkrótce została przez gestapowców zamęczona.
Mózgiem operacji, według zaproponowanej interpretacji, miał z kolei być pułkownik Borys Smysłowski - "biały" Rosjanin, antykomunista, oficer Abwehry (niemiecki wywiad wojskowy). Równolegle - podobnie jak Robert Walter, brat Ryszarda i przyjaciel Smysłowskiego - mason o najwyższym stopniu wtajemniczenia. To on, według Michała Wójcika, miał dowiedzieć się o przygotowywanym ataku, zaplanować intrygę i umieścić - w jaki sposób? nie wiadomo; o składzie transportów decydowały władze policyjne - Ryszarda Waltera w transporcie wiozącym "Rudego".
Dowody? W zasadzie jedynym sięgającym roku 1943 jest tajemnicza korespondencja wysłana przez Waltera niespełna dwa tygodnie po uwolnieniu i przechwycona przez kontrwywiad AK. Jej adresatem był szeregowego szczebla funkcjonariusz Gestapo, SS-Rottenführer Johann Spiess. W kopercie, obok listu do niego, znaleźć miała się także wiadomość dla przełożonego Spiessa, czyli SS-Sturmbannführera Ericha Reschke, w warszawskim urzędzie Sipo i SD nadzorującego m.in. zwalczanie tajnych radiostacji.
W niewątpliwie intrygujących listach, w których Walter opisał m.in. wrażenia z wnętrza zaatakowanej więźniarki, chwaląc odważną postawę jednego z konwojentów, znalazły się również skierowane do Niemców deklaracje lojalności. Nadawca przyznał wreszcie, że początkowo zamierzał dobrowolnie wrócić na Pawiak, jednak ostatecznie zmienił zdanie.
Motywował to następująco: "Czyż to [chodzi o fakt uwolnienia przez AK - BW] nie najlepsza okazja do kontynuowania swoich planów, które przez pana przedwczesne wkroczenie w czerwcu ubiegłego r[oku] [wówczas Walter został aresztowany - BW] zniweczone zostały? Stałem się bowiem w oczach wroga bohaterem jako jeden ze zbiegłych. Byłby to szczyt krótkowzroczności taką okazję zmarnować".
Dalej, zapowiadając pozostanie na wolności, Walter oznajmiał: "Poluję sam i tylko na grubą zwierzynę. Zastawiam sieci o dużych okach i nie będę się gniewał, jeśli jakie małe rybki przez nie na razie się wymkną - są one bardzo zbliżone do forpoczty grubych ryb. I to jest jedynie ważne (...). Od zewnątrz nie dostaniemy się do organizacji. Jestem pewien, że pan mi przyzna rację, dlatego wymagam od pana więcej niż zaufania". Ponadto domagał się od Niemców pieniędzy i dokumentów.
Sensacyjna i na pierwszy rzut oka - jednoznacznie kompromitująca korespondencja może budzić oczywiste podejrzenia wobec postawy samego Waltera. Zarazem jednak wyraźnie dowodzi, że akcja odbicia więźniów nie była żadną prowokacją.
Wynika z niej bowiem jednoznacznie, że nadawca był zaskoczony obrotem spraw i przedstawiał je w kategoriach niespodziewanej okazji, uwiarygadniającej jego osobę w oczach podziemia. Gdyby niemieckie służby faktycznie kontrolowały sytuację i dążyły do spektakularnego "wyprowadzenia" swojego agenta na wolność, ten musiałby zostać w temat jakkolwiek wtajemniczony. Choćby po to, by z okazji takiej skorzystać, co bynajmniej nie było oczywiste. Nie tłumaczyłby się też z podjętej decyzji o ucieczce i pozostaniu na wolności. Wreszcie - nie adresował listu nadanego zwykłą pocztą na funkcjonariusza Sipo!
Inna sprawa, że istniało wiele sposobów na upozorowanie ucieczki bez ponoszenia tak wysokich kosztów, zarówno ludzkich - o czym dalej - jak i wizerunkowych. Przy tym, sposobów znacznie mniej ryzykownych dla samego domniemanego agenta, bowiem w wyniku wymiany ognia z konwojentami z Sicherheitsdienst (SD, Służba Bezpieczeństwa), więźniowie byli poważnie zagrożeni. Pod Arsenałem kilkoro z nich odniosło zresztą rany, w wyniku których jedna osoba - Halina Siemieńska, skądinąd, przez fatalny zbieg okoliczności, ciotka kierującego atakiem Tadeusza Zawadzkiego "Zośki" - zmarła.
Kończąc ten wątek, warto zaznaczyć, że kontrwywiad AK, który przechwycił enigmatyczne listy nim trafiły one do gestapowców, nie wyciągnął wobec Waltera konsekwencji. "Doktor" nie został zgładzony, ani ogłoszony zdrajcą. Przeżywszy okupację, również po wojnie nie był tak traktowany przez akowskie środowisko kombatanckie. Przeciwnie, w wielu publikacjach podkreślano jego zasługi w organizowaniu akowskiej sieci łączności z władzami na uchodźstwie, najpierw we Francji, a następnie w Wielkiej Brytanii.
O jego - sprzecznej z wymową tajemniczych listów - lojalności wobec podziemia świadczyć może zresztą to, że znane dobrze Walterowi osoby czy punkty, także o najwyższym dla AK znaczeniu (jak choćby podziemny schron z radiostacją Komendy Głównej AK, tzw. łódź podwodna, zlokalizowany na warszawskim Żoliborzu; rekonstrukcja obiektu będzie dostępna na wystawie stałej Muzeum Historii Polski), bynajmniej nie zostały zdemaskowane.
Czym zatem była enigmatyczna korespondencja? Być może próbą gry, podjętą czy to samodzielnie - Walter wszak uchodził za postać ekscentryczną i działającą nietuzinkowo - czy też za wiedzą podziemia. Być może zwykłą asekuracją na wypadek ponownego dostania się w ręce Niemców?
Niezależnie od tego, przejęte listy nie tylko nie potwierdzają, ale wręcz przeczą sensacyjnej hipotezie o niemieckiej prowokacji. Z kolei poza nimi, na poparcie swoich rozważań autor "Miasta szpiegów" przytacza jedynie powojenne i dość ogólnikowe, a przy tym niedotykające samej akcji pod Arsenałem, rozważania informatorów i konsultantów komunistycznej bezpieki na temat metod działania służb niemieckich i masonerii.
Tymczasem ślady spektakularnego akowskiego ataku zachowały się w szeregu niezależnych od siebie źródeł wytworzonych jeszcze w 1943 roku przez struktury okupacyjne. Zarówno pochodzenia wojskowego, policyjnego, jak i administracyjnego. Żaden z dokumentów nie wskazuje, by sytuacja była jakkolwiek kontrolowana. Przeciwnie.
Pierwszym niemieckim doniesieniem na temat zdarzenia pod Arsenałem był lakoniczny meldunek dzienny warszawskiej nadkomendantury Wehrmachtu z 28 marca 1943 roku. Brzmiał on następująco: "26 marca doszło do zbrojnego napadu na samochód więzienny Sicherheitsdienst. 1 funkcjonariusz SD poległ, 2 zostało ciężko rannych. 1 więzień zginął, kilku odniosło rany. Więźniarka zupełnie spłonęła".
Wkrótce informacje te zostały zaktualizowane - faktyczne straty niemieckie wyniosły bowiem nie jednego, a dwóch zabitych - w miesięcznym sprawozdaniu tej samej struktury. Wskazując na znaczne pogorszenie stanu bezpieczeństwa w dystrykcie warszawskim GG, zaznaczono: "Również napad na samochód więzienny SD, przeprowadzony w biały dzień, z wykorzystaniem broni maszynowej i granatów, w celu uwolnienia aresztowanego przywódcy konspiracyjnego [w rzeczywistości Bytnar nie sprawował w podziemiu istotniejszej funkcji - BW], podczas którego to napadu zginęło dwóch funkcjonariuszy SD, pokazuje, jak wielce niepewna jest sytuacja przede wszystkim w Warszawie".
Fakt dokonania "napadu na transport więźniów", bez wchodzenia w szczegóły akcji, odnotowano ponadto w sprawozdaniach - dekadowym i miesięcznym - Wehrkreiskommando GG, czyli administracji wojskowej Generalnego Gubernatorstwa.
Więcej szczegółowych informacji o zdarzeniu zawierało doniesienie warszawskiej policji granatowej -formacji wprawdzie złożonej z Polaków, ale podległej Ordnungspolizei (Orpo, Policja Porządkowa). W zachowanej kronice Państwowego Korpusu Bezpieczeństwa (PKB) - czyli służby policyjnej Polskiego Państwa Podziemnego - sporządzanej właśnie w oparciu o meldunki zinfiltrowanych przez ruch oporu struktur policji granatowej, pod datą 26 marca odnotowano:
"Około godziny 18-tej, na samochód wiozący więźniów na Pawiak po przesłuchaniu ich na Szucha, dokonano napadu. Grupa cywilnych mężczyzn ostrzelała samochód, zabijając jednego Niemca [informacja błędna, zbieżna ze wstępnymi ocenami niemieckimi - BW] i dwóch ciężko raniąc. 30 więźniów zostało uwolnionych. Samochód częściowo spłonął z powodu przestrzelania baku. W czasie napadu wywiązała się obustronna strzelanina.
W pół godziny po zajściu, które miało miejsce na ul. Długiej róg Nalewek, grupa mężczyzn w ubraniach cywilnych napadła na ul. Długiej na przejeżdżający samochód osobowy, należący do Niemca Eliasza Hermanna i podrzucając petardę czy granat przed samochód, zatrzymała go. Sterroryzowawszy jadących samochodem 2-ch Niemców, napadający w ilości 4-ch mężczyzn, wsiedli w samochód i odjechali w kierunku ul. Freta".
Zapis - sporządzony na bieżąco, najpóźniej nazajutrz po zamachu - kończyła charakterystyczna konstatacja: "Nie zostało dotychczas ustalone, która grupa dokonała odbicia więźniów. Gestapo przypuszcza, że odbiła [ich] grupa polska, nie komuniści".
Jednak kluczowy, w kontekście rozważań o rzekomej prowokacji, dokument w tej sprawie został sporządzony znacznie później, bo jesienią 1943 roku. Potwierdzał on, że Niemcy wprawdzie trafnie przypisali sprawstwo żołnierzom AK, ale nawet pół roku po brawurowym uderzeniu, wciąż mylnie wiązali go z inną, niemającą nic wspólnego z akcją pod Arsenałem, komórką sił zbrojnych Polskiego Państwa Podziemnego.
W datowanym na 21 września 1943 roku sprawozdaniu z rozpracowania wewnątrzakowskiej struktury dywersyjnej o kryptonimie "Wachlarz", to właśnie jej przypisano odpowiedzialność za marcową akcję w centrum Warszawy. Podano nawet, jakoby uderzeniem kierował osobiście podpułkownik Remigiusz Grocholski "Adam", czyli poszukiwany przez Niemców dowódca "Wachlarza":
"Napad na transport więźniów tutejszego urzędu [Sicherheitspolizei - BW] w dniu 26 marca 1943 roku miał być osobiście kierowany przez Grocholskiego. Został on przeprowadzony przez podgrupę »Wachlarza« o kryptonimie »Wisła«, w wyniku czego dwóch strażników poległo, a pozostali odnieśli ciężkie rany. Podczas tego napadu uwolniono 24 więźniów, a ciężarówka została spalona. Wszyscy uczestnicy byli uzbrojeni w broń palną. Po udanym ataku Grocholski wyraził im uznanie w imieniu dowództwa PZP [Polski Związek Powstańczy, jeden z kryptonimów AK - BW] i odznaczył niektórych z nich najwyższym polskim orderem Virtuti Militari".
Co istotne, autorem dokumentu, w którym fakty - jak niemieckie straty czy liczba uwolnionych więźniów - mieszały się z ustaleniami całkowicie mylnymi, był sam komendant warszawskiego urzędu Sipo i SD, SS-Standartenführer Ludwig Hahn.
Fakt, że jeszcze pół roku po kompromitującym dla Niemców zdarzeniu zwierzchnik warszawskiego Gestapo nie wiedział, kto w istocie przeprowadził spektakularną akcję, jest wymownym podsumowaniem sensacyjnej hipotezy o rzekomej, kontrolowanej przez Niemców "ustawce". Zwłaszcza, że źródłem rzekomego przecieku (nie potwierdza go żaden dowód) na temat planowanej przez podziemie akcji, według sugestii Michała Wójcika, miał być agent Gestapo umieszczony... w Szarych Szeregach.
Na prowokacje nie było czasu. Gestapo aresztowało "Rudego" nocą z 22 na 23 marca 1943 roku, a już nad ranem Tadeusza Zawadzki "Zośka", jego dowódca i przyjaciel, zarządził alarm w kierowanych przez siebie strukturach.
Równolegle zgłosił sprawę przełożonym: komendantowi warszawskiej chorągwi Szarych Szeregów Stanisławowi Broniewskiemu "Orszy" oraz naczelnikowi organizacji, Florianowi Marciniakowi "Nowakowi". Ci z kolei, popierając pomysł dokonania przełomowej próby odbicia - to czas gdy w podziemiu toczył się spór o zasadność zbrojnego występowania przeciw Niemcom już na tym etapie - przedstawili inicjatywę dowództwu oddziałów dyspozycyjnych Kierownictwa Dywersji (Kedyw) AK.
Pomysł zakładał uderzenie jeszcze tego samego dnia wieczorem. Zaczęła się walka z czasem.
"Przygotowania idą w szalonym tempie [...] Fatalne nieporozumienie z samochodem zaciąży na decyzji końcowej. O [godz.] 3 spotkanie »Stefana« [inny pseudonim "Orszy" - BW] i pana »Mietka« [kapitana Mieczysława Kurkowskiego, zastępcy dowódcy oddziałów dyspozycyjnych Kedywu - BW]. Pan »Mietek« wyraźnie się wycofuje, nie chce powziąć decyzji. »Stefan« też nie wie, jak ma decydować. W fatalnym nastroju jadę, by zaczynać akcję. »Stefan« przyjeżdża [jednak] z decyzją odmowną" - relacjonował sam "Zośka".
Przez lata sądzono, że przygotowaną już 23 marca akcję, wobec nieobecności w Warszawie zwierzchnika oddziałów dyspozycyjnych Kedywu, czyli majora Jana Kiwerskiego "Lipińskiego", wstrzymali zastępujący go "Mietek" oraz ze strony harcerskiej "Orsza". Odnaleziony niedawno i opublikowany przez Waldemara Stopczyńskiego - badacza akowskiego podziemia, najwcześniejszy meldunek o akcji, datowany na 28 marca 1943 roku i sporządzony przez samego majora Kiwerskiego, wskazuje jednak, że o rezygnacji z pierwotnego terminu, ze względu na brak w dyspozycji niezbędnego do ewakuacji auta, zadecydował osobiście właśnie on.
Akcji nie odwołano jednak definitywnie. W trakcie kolejnych dni gorączkowego oczekiwania na wieści o aresztowanym udało się też zorganizować niezbędny samochód.
Wreszcie 26 marca przed południem z Pawiaka przyszła informacja, że "Rudy" znów został zabrany na Szucha. "Zośka" ponownie ogłosił alarm, zarządzając popołudniową zbiórkę ponad 20 podległych sobie harcerzy-akowców w rejonie zbiegu ulic Bielańskiej i Długiej, gdzie według opracowanego planu miało dojść do uderzenia. Ponownie też zaczęło się nerwowe oczekiwanie na zgodę przełożonych z Kedywu.
Decyzja tym razem była pozytywna, a Zygmunt Kaczyński "Wesoły" - pracujący jako przedstawiciel handlowy "Wedla" i w tym charakterze swobodnie poruszający się po siedzibie Gestapo na Szucha - telefonicznie potwierdził, że w transporcie powrotnym na Pawiak faktycznie znajdzie się "Rudy".
W rezultacie krótko po 17:30 pod Arsenałem rozległy się strzały - w samym środku Warszawy doszło do ataku na niemiecką więźniarkę. Po niepokojąco przedłużającej się, kilkuminutowej wymianie ognia, atakujący zdławili jednak opór konwojentów i dopadli ciężarówki. Wydobyli z niej skatowanego przez Niemców "Rudego" oraz ponad 20 innych osób, w tym aresztowanego krótko przed Bytnarem Henryka Ostrowskiego "Heńka", kierującego praskim hufcem Szarych Szeregów. Ludzi podziemia - to kolejna przesłanka przecząca teorii o prowokacji - oprócz "Rudego", "Heńka" i "Doktora", w transporcie było zresztą więcej.
Co jednak ciekawe, nie znamy dokładnej liczby osób uwolnionych w najgłośniejszej tego typu akcji AK. Badacz warszawskiego podziemia Tomasz Strzembosz ocenił ją na 21 osób, z których 19 ustalił z nazwiska. Z drugiej strony zarówno uzupełniający komunikat KWK, jak i przywołany wyżej wrześniowy raport Sicherheitspolizei wskazywały, że odbitych było więcej, odpowiednio 25 lub 24 osoby. Wykluczyć w tym kontekście można natomiast liczby skrajne - informujący o zaledwie kilkunastu więźniach pierwotny, bardziej ogólny (przytoczony na początku tego tekstu) komunikat KWK, a także doniesienie policji granatowej, stwierdzające dla odmiany uwolnienie aż 30 osób.
Niemcy stracili ponadto dwóch zabitych funkcjonariuszy SD - zginęli Emil Hamm oraz Karl Schwarzmann, obaj w stopniu SS-Rottenführera - a także kilkoro ciężko rannych. Wśród nich znalazł się dowodzący konwojem SS-Unterscharführer Alfred Habicht. Rany odniosło także dwóch próbujących interweniować w obronie niemieckiego transportu Polaków - granatowych policjantów.
Warto dodać, że jak na wiosnę 1943 roku, kiedy opór zbrojny dopiero przybierał na sile, były to straty niecodziennie dotkliwe. Biorąc pod uwagę, że mogły być jeszcze poważniejsze, za skrajnie nieprawdopodobne uznać można, by ktokolwiek po stronie niemieckiej, wiedząc o planowanej akcji, odważył się wziąć na siebie odpowiedzialność poświęcenia życia kilku funkcjonariuszy SD. Jednocześnie zresztą ryzykując życie samego agenta!
Z kolei po stronie akowskiej śmiertelnie ranni zostali Tadeusz Krzyżewicz "Buzdygan" oraz - postrzelony już podczas ewakuacji z miejsca ataku - Maciej Aleksy Dawidowski "Alek". Trzeci, obok "Zośki" i "Rudego", główny bohater "Kamienic na szaniec".
Dodatkowo, prowadzący restaurację przy ul. Długiej volksdeutsch, a zarazem funkcjonariusz Sonderdienstu (Służba Specjalna, rodzaj straży zbrojnej, podległej cywilnym władzom GG) Ernst Sommer obezwładnił w jednej z bram w pobliżu miejsca ataku i skutecznie zatrzymał innego uczestnika akcji, Huberta Lenka "Huberta". "Znaleziono przy nim 2 rewolwery i 2 granaty. Ma to być jeden ze sprawców odbicia więźniów, po aresztowaniu został przewieziony bezpośrednio na Szucha" - donosił policyjny meldunek. Wkrótce "Hubert" także został zamordowany.
Podjęta próba pościgu za resztą zbiegłych zamachowców szczęśliwie zakończyła się jednak fiaskiem.
Rezultaty uderzenia pod Arsenałem, przeprowadzonego przez właściwie niedoświadczonych dotąd bojowo harcerzy Szarych Szeregów, tak podsumował w swoim meldunku zawodowy wojskowy, major Jan Kiwerski "Lipiński":
"[...] 4. Stwierdzam, że ludzie z S[zarych] S[zeregów] wykazali:
- dużą karność (odwołanie pierwszego napadu)
- dużą inicjatywę
- odwagę
- bardzo wysokie koleżeństwo
5. Proszę o pozwolenie przedstawienia wniosków na odznaczenia dla ludzi, którzy specjalnie wyróżnili się w tej akcji".
Kiedy dowódca oddziałów dyspozycyjnych Kedywu AK sporządzał ów dokument, "Rudy" jeszcze żył. Dwa dni później - 30 marca 1943 roku - zmarł.
Paradoksalnie, choć brawurowa akcja powiodła się, to nie osiągnęła zasadniczego celu. "Rudy" został odbity, ale nie ocalony.
* * *
Podobnie jak autentyczna była sama akcja, tak rzeczywisty był szał upokorzonych Niemców. Nazajutrz po niespodziewanym uderzeniu, o którym wieści błyskawicznie rozeszły się po Warszawie, a wkrótce także całej okupowanej Polsce, na dziedzińcu Pawiaka rozstrzelali oni 140 więźniów, Polaków i Żydów. Wskutek podjętego śledztwa kilkanaście osób zostało ponadto aresztowanych.
Kolejnymi uderzeniami odpowiadała jednak również Polska Podziemna. Kary nie uniknęli oprawcy "Rudego" - sprawcy skatowania go podczas śledztwa, SS-Oberscharführer Herbert Schulz oraz SS-Rottenführer Ewald Lange, zostali zidentyfikowani, namierzeni i zastrzeleni na ulicach Warszawy w maju 1943 roku. Dwa miesiące dłużej przetrwał volksdeutsch Ernst Sommer, który schwytał i wydał policji "Huberta".
"Strach przed odpowiedzialnością kazał mu ukryć się poza Warszawą. Został jednak wytropiony i dnia 18 VII 1943 roku zastrzelony na peronie stacji Józefów koło Otwocka" - głosił stosowny komunikat Kierownictwa Walki Podziemnej.
Wykonany wyrok stanowił epilog serii zdarzeń zapoczątkowanych 23 marca, kiedy "Zośka" zgłosił gotowość do odbicia aresztowanego przez Gestapo przyjaciela.
* * *
W kontekście niewątpliwie kosztownego bilansu legendarnej akcji Szarych Szeregów, warto dodać, że jej powodzenie - podobnie jak sukces nieco wcześniejszego, lecz równie mocno nagłośnionego rozbicia więzienia w Pińsku - otworzyło całą serię wystąpień sił zbrojnych Polskiego Państwa Podziemnego, mających na celu uwalnianie więźniów.
W samym tylko roku 1943 oddziały i specjalne grupy AK wykonały blisko 30 takich uderzeń, wydostając z rąk Niemców w sumie około tysiąca Polaków, zarówno więźniów, jak i robotników przymusowych. Warto dodać, że akcje tego typu, dla władz okupacyjnych szczególnie dotkliwe wizerunkowo, na ogół były przez nie możliwie wyciszane, co wpływało na stosunkowo niski - na tle innych przejawów oporu zbrojnego - poziom niemieckich represji.
To w pewnym stopniu także dziedzictwo akcji pod Arsenałem. Akcji, nie prowokacji.