Katarzyna Pruszkowska: "Pomaga w nauce, bo opracowuje dobre notatki", "przygotowuje dokładne streszczenia lektur", "pozwala zaoszczędzić czas przeznaczany na odrabianie prac domowych" - wszystkie te zdania usłyszałam od nastolatków, których zapytałam o to, do czego używają narzędzi AI. A jednak coraz częściej słyszymy o tym, że dorośli powinni kontrolować interakcje dzieci z AI. Dlaczego, skoro to tak "przydatne" narzędzia?
Jowita Michalska: - Przede wszystkim dlatego, że dziecko może zadać dowolne pytania, a my nie mamy pojęcia, co narzędzie odpowie - oczywiście bez ponoszenia żadnej odpowiedzialności. Dawniej uważano, że technologie nie są ani dobre, ani złe, bo to użytkownik decyduje, do czego je wykorzysta. Teraz to podejście się zmieniło i technologie nie są traktowane jako neutralne narzędzia - AI nie jest wyjątkiem. Ma swoich właścicieli, którzy mają swoje cele. Jednym z nich jest uzależnienie użytkownika od interakcji z AI, bo im większe zaangażowanie, tym więcej przychodu przynosi narzędzie. Zakładamy, choć osobiście nie jestem tego taka pewna, że dorosły człowiek rozumie, czym jest sztuczna inteligencja, a czym nie - nie jest żywą istotą uwięzioną w smartfonie, nie ma uczuć, nie ma emocji, nie jest w stanie się do nas przywiązać. Jednak z dziećmi jest inaczej - bez odpowiedniej edukacji są w stanie uwierzyć, że po drugiej stronie ekranu jest ktoś im życzliwy, i obdarzyć tego "kogoś" zaufaniem.
- Niedawno napisała do mnie kobieta i opisała taką historię: jej 8-letni synek poszedł na nocowankę do kuzynów, podczas której poznał AI. Przez cały weekend korespondował z chatem, więc mama, obeznana trochę z tematyką, postanowiła wyjaśnić synowi, czym jest AI. Kiedy chłopiec usłyszał, że to tylko technologia, nie żaden przyjaciel, zdenerwował się, zaczął krzyczeć i uciekł do pokoju. Nie chciał słuchać mamy, bo wystarczyły dwa dni, żeby dziecko poczuło, że między nim a AI, jest jakaś "relacja".
- To niebezpieczne również dlatego, że w pewnym momencie dziecko odkryje, że może AI zadać dowolne pytanie - takie, którego wstydzi się zadać rodzicom; takie, na które rodzice odmówili odpowiedzi; takie, na które usłyszało odpowiedź, ale nie wierzy, że rodzice powiedzieli prawdę. AI zawsze udzieli odpowiedzi i może się zdarzyć, że to nie będzie odpowiedź dostosowana do wieku dziecka, która spodobałaby się rodzicom . Kontakt z narzędziem otworzy przed dzieckiem świat, w którym rodziców nie ma - więc nie są w stanie kontrolować tych interakcji, pomóc dziecku, jeśli jakieś treści je przerosną, czy porozmawiać o tym, czego się dowiedziało.
Użyła pani słowa, które i ja usłyszałam od nastolatków - mianowicie "przyjaciel". Co prawda padło w żartach, ale jednak - padło.
- Nie mam złudzeń, że są zarówno dzieci, jak i dorośli, którzy traktują AI, właśnie jak przyjaciela. Jest mnóstwo dzieciaków, które nie mają dobrej relacji z rodzicami ani rówieśnikami, często czują się nierozumiane i samotne. Kiedy w realu nie ma takich znaczących relacji, łatwiej zaangażować się w "znajomość" z AI, która zawsze ma czas, jest uważna na to, czym się dzielimy i zazwyczaj potakuje, upewniając nas, że mamy rację. Jak wspomniałam, dzieci i młodzież pytają AI o różne rzeczy,
- Oczywiście taka "więź" nie pojawi się po kilku godzinach korzystania z narzędzi AI, jednak kłopot w tym, że nastolatki spędzają przed ekranem mnóstwo czasu. Różne badania, także polskie, jak np. "Nastolatki 3.0", pokazują, że średni czas, który nastolatki spędzają w sieci, rokroczne rośnie - obecnie wynosi 5 godzin. Z kolei badania przeprowadzone pod koniec 2025 roku przez Pew Research Center, amerykański ośrodek badawczy, wskazują, że istnieje już dość pokaźna grupa nastolatków, którzy offline są w zasadzie tylko, kiedy śpią. Ich życie toczy się więc równolegle w dwóch rzeczywistościach - online i tej "w realu".
Rozmawiamy o dzieciach, ale zgadzam się z panią, że my, dorośli, również nie zawsze rozumiemy, czym jest AI - na świecie zdarzały się już "śluby" z chatbotami, a po aktualizacji jednego z narzędzi, która sprawiła, że starsze dane zniknęły, ludzie "opłakiwali" swoich wirtualnych partnerów, którzy wraz z wprowadzeniem nowej wersji zniknęli.
- Dla mnie to niesłychane! Choć są to zjawiska przynajmniej póki co marginalne, to mamy ludzi, którzy zakochali się w technologii. Tam nie ma relacji, nie ma żadnej wzajemności, ale być może ktoś tak mocno chciał wierzyć, że AI darzy go uczuciem - że uwierzył. Niedawno wrzuciłam na swoje konto w social mediach obrazek pt. "jak naprawdę wygląda twój AI-chłopak i twoja AI-dziewczyna": to po prostu strumień cyfr, przechowywany na jakimś serwerze, którego właściciel zarabia na tym, że jesteśmy skłonni przehandlować naszą uważność i wolny czas za odrobinę uwagi.
- W dłuższej perspektywie regularne kontakty z AI mogą utrudniać budowanie relacji w realu. W prawdziwym świecie relacje wymagają wysiłku. Musimy zaakceptować, że inni ludzie mają swoje oczekiwania, humory, gorsze i lepsze dni, zalety i wady. Uczymy się negocjować, ustępować, sprawnie komunikować. W kontaktach z AI tego nie ma, bo ona w zasadzie niczego od nas nie chce - niczego, poza tym, byśmy jak najczęściej jej używali. Jeżeli dzieci bardzo wcześnie będą miały kontakt z tym "ludzkim" obliczem AI, przyzwyczają się do takich łatwych, płytkich kontaktów, skoncentrowanych wokół nich. Nie wiem, jak dla pani, ale dla mnie to brzmi jak przepis na katastrofę w przyszłych relacjach romantycznych czy przyjaźniach.
Mam podobną refleksję, jednak do głowy przyszło mi zdanie syna mojej koleżanki, który czasem powtarza: "ja mam przyjaciół w telefonie" - ma na myśli nie AI, ale kolegów i koleżanki z klasy, z którymi kontaktuje się przy pomocy smartfonu.
- Oczywiście, że dziś telefony stały się narzędziami do podtrzymywania przyjaźni. Moja córka, która niedługo skończy 16 lat, może korzystać z sieci 1,5 h dziennie - potem aplikacja, którą ja steruję, blokuje jej możliwość połączenia się. I ona regularnie narzeka, że ograniczam jej w ten sposób kontakt z rówieśnikami, że czuje się wykluczona. Że się wstydzi, bo tylko ona ma taką restrykcyjną mamę. Ale staram się jej tłumaczyć, że jest dokładnie odwrotnie - to nie ja powinnam wstydzić się tego, że interesuję się swoim dzieckiem, chcę dla niego jak najlepiej, dbam o jego przyszłość. Jasne, że słyszę różne odpowiedzi, też takie, że przecież ona ma wolną wolę, potrafi powiedzieć "stop". Problem w tym, że architekci tych narzędzi zadbali o to, by wolna wola przegrywała z naszymi postanowieniami, jak silne by one nie były. AI i social media zostały stworzone po to, by nas uzależnić - dzieciaki mogą tego nie rozumieć, ale my, rodzice czy nauczyciele - powinniśmy.
- Zdaję sobie sprawę z tego, że zakazywanie dzieciom czegoś, czego bardzo chcą i co sprawia im przyjemność, nie jest łatwe. Ale równocześnie mam wrażenie, że rodzice zaczęli się bać swoich dzieci. Tak, najlepiej zasady ustalić od razu, żeby dziecko nie zdążyło wyrobić sobie złych nawyków, ale przecież "dość" można powiedzieć w każdym momencie. Jasne, dzieci będą się buntować, bo niektóre są już uzależnione, ale do wprowadzenia właściwych regulacji nie może nas zniechęcać siła ich reakcji emocjonalnej. Niech płaczą, niech protestują, pozwólmy im na to - bo w końcu straciły coś ważnego. Ale potem wytłumaczymy, skąd nasza decyzja - że to nie złośliwość, ale troska. Paradoksalnie, i to psycholodzy powtarzają już od lat, dzieciaki dobrze funkcjonują, kiedy mają zasady, bo te sprawiają, że ich świat jest bardziej przewidywalny i bezpieczny. W Polsce jest wiele miejsc, które zrzesza dorosłych zainteresowanych wpływem technologii na dzieci - np. nasza Fundacja Digital University, fundacje Dbam o Mój Zasięg i Panoptykon. Podobnie myślące osoby można też znaleźć na grupach czy forach internetowych, na których ludzie wymieniają się swoimi doświadczeniami i wskazówkami.
Zadam pani pytanie, które od mniej świadomych osób mogą usłyszeć rodzice ograniczający dzieciom kontakt z technologią: "no już nie przesadzajcie, wszystkiego temu dziecku będziecie zabraniać?". Jak by pani odpowiedziała na taką próbę zbagatelizowania problemu?
- Odpowiedziałabym pytaniem. Skoro w Polsce naprawdę wiele dzieci dostaje pierwszy smartfon na komunię, a więc w okolicach ósmego roku życia, zapytałabym: "czy pozwoliłbyś, żeby twój 8-letni syn poszedł na imprezę do ludzi, których nie znasz, nie chciał ci powiedzieć, co tam robił i wrócił wtedy, kiedy uznał, że chce?". Nie? To dlaczego pozwalasz dziecku korzystać ze smartfonu bez żadnej kontroli i surfować po sieci, w której bardzo łatwo mogą spotkać kogoś, od kogo powinny trzymać się z daleka? Weźmy na przykład popularną w tej grupie wiekowej grę Roblox, którą uznaje się nawet za grę edukacyjną. To prawda, że ma swoje dobre strony - uczy rozwiazywania nieszablonowych zadań, kooperacji, logicznego myślenia. Jednak przez to, że gra się online, dzieciaki mogą mieć kontakt z rozmaitymi osobami - nie zawsze w ich wieku i nie zawsze im przychylnymi.
- Jakiś czas temu słuchałam podcastu z amerykańską psycholożką, która w ramach badań przez kilka tygodni po kilka godzin dziennie grała w Robloxa. Opowiadała, że przez ten czas przynajmniej raz dziennie jej postać doświadczała nadużycia seksualnego - np. kiedy szła do toalety, inna postać usiłowała uprawiać z nią seks, a kiedy odpoczywała na kanapie, ktoś siadał jej na twarz. Jasne, są dzieci, które nie zrozumieją, co się dzieje albo się tym w ogóle nie przejmą. Ale będą i takie, którymi to wstrząśnie - tylko czy pójdą z tymi emocjami do rodziców, których często uważają za "technologicznych boomerów"? Czy narażą się na utratę smartfonu albo możliwości dalszej gry? A i zapewniam, że gry online to tylko jedno z wielu miejsc, w których dzieciaki mogą spotkać się z różnymi formami przemocy seksualnej, poniżania czy nękania.
Nie tak dawno głośno było o chatbocie Grok, który umożliwia rozbieranie postaci. Jak można się było spodziewać - zrobiło furorę.
- Tak, i o ile zobaczenie w bikini np. Billa Gatesa czy Elona Muska, który zresztą jest właścicielem Groka, może być zabawne, o tyle koleżanki z klasy - mniej. Przynajmniej dla niej. W sieci istnieją jednak znacznie bardziej zaawansowane narzędzia, za pomocą których można stworzyć fałszywe zdjęcie czy filmik dowolnej postaci w pornograficznym kontekście. A potem wrzucić to na social media, rozmaite fora czy grupki na komunikatorach. Takie sytuacje naprawdę nie należą dziś do rzadkości. A problem z siecią jest taki, że nawet jeśli szykanowane i wyśmiewane dziecko zmieni szkołę, te materiały "pójdą" za nim do nowej. Dawniej dzieciaki miały spokój przynamniej w domu, a dziś upokarzanie może być w zasadzie całodobowe.
Czy zdjęcia dzieci mogą być pozyskiwane z kont w social mediach rodziców? Pytam oczywiście w kontekście sharentingu.
- Jak najbardziej. Wiem, że to temat, który wzbudza wiele emocji, bo wielu rodziców mówi, że nie wiedzą nic złego w publikowaniu wizerunków dzieci i uznają informacje o wykorzystywaniu tych treści przez pedofilów za "miejskie legendy" czy "sianie paniki". Wierzę, że nikt nie chce skrzywdzić swoich dzieci, a pokusa, by pokazać je światu, bywa silna - w końcu który rodzic nie ma czasem ochoty pochwalić się jakimś osiągnięciem potomka? Jednak ja jestem zdecydowaną przeciwniczką publikowania zdjęć dzieci - i to nie dlatego, że jakiś 30-letni Jan może poczuć się skrępowany, kiedy zobaczy zdjęcie rocznego Jasia siedzącego na nocniczku lub biegającego po domu z gołą pupą. Nie - chodzi o coś znacznie poważniejszego.
Dark web jest siedliskiem pedofilii i wszelkiego innego rodzaju dewiacji; nikt nie musi mi wierzyć na słowo, od lat mówią o tym np. policjanci. Grupy pedofilskie dysponują zaawansowanymi narzędziami, które przeszukują sieć pod kątem konkretnego "zlecenia", np. "dziewczynka, lat 3, blond włosy, niebieskie oczy"; skutecznie znajdują zdjęcia, a potem przerabiają je na odpowiednie treści. Pytanie do rodzica brzmi: czy chcesz, żeby jakiś degenerat odbywał swoje "czynności", patrząc na zdjęcie twojego ukochanego dziecka? Mnie na samą myśl o tym przechodzą dreszcze. Jeśli chodzi o skalę wykorzystania AI do tego paskudnego procederu - amerykańska organizacja National Center for Missing and Exploited Children, w 2023 roku, kiedy AI była jeszcze w powijakach, przyjęła 36 mln zgłoszeń materiałów, które przedstawiają seksualne wykorzystanie dzieci. To daje ok. 10 tys. publikacji dzienne!
Czy uważa pani, że wprowadzanie odgórnego zakazu korzystania z social mediów, na wzór Australii, w której konto można mieć po ukończeniu 16. roku życia, to słuszna droga?
- Jak najbardziej. Wiem, że zaawansowane prace toczą się także w krajach skandynawskich i jestem przekonana, że do tej grupy dołączą wkrótce kolejne. Nie mamy już bowiem do czynienia z populizmem czy dyskusjami o charakterze wyłącznie politycznym - wreszcie dysponujemy wiarygodnymi danymi, na których możemy się opierać. Posłużę się przykładem:żebyśmy wiedzieli, czy podłoga przemaka albo czy zostają na niej plamy, najpierw musimy na nią coś wylać. Póki tak się nie stanie, nie wiemy, jakie będą konsekwencje. Jeśli chodzi o korzystanie z social mediów i AI - jesteśmy właśnie w momencie, w którym możemy powiedzieć: na podłodze zostają plamy, które naprawdę trudno usunąć. Dlatego jako osoba, która zawodowo zajmuje się edukacją technologiczną, uważam, że bezwzględnie powinniśmy wprowadzić mechanizmy zabezpieczające dzieci i młodzież przez skutkami nieumiejętnego korzystania z nowych technologii.
- Jestem przekonana, że takie odgórne zakazy przyniosą skutki, bo nadal spotykam się z przekonaniem, że AI czy social media nie mogą być aż tak szkodliwe, skoro mamy do nich swobodny dostęp. Kłopot w tym, że to nieprawda. Przecież kilkadziesiąt lat temu uważano, że papierosy są nieszkodliwe - ba, lekarze sami je polecali, m.in. na ukojenie nerwów. Moja świętej pamięci babcia Irena, która urodziła się przed wojną, zaczęła palić właśnie dlatego, że jej mąż, a mój dziadek, powiedział jej, że papierosy pomogą jej się uspokoić. Babcia w końcu przyjęła do wiadomości, że palenie jest szkodliwe i je rzuciła - ale dopiero w wieku 80 lat!
- Osobiście dużo dały mi do myślenia słowa profesora Scotta Gallowaya, wybitnego specjalisty zajmującego się wpływem technologii na społeczeństwo, którego w 2023 r. gościliśmy na naszej konferencji Masters & Robots w Warszawie. Scott powiedział, że swojemu 13-letniemu synowi wolałby nalać szklankę whisky czy pozwolić zapalić jointa, niż dać nieograniczony dostęp do social mediów. Oczywiście jest w tym sporo przesady, ale ta wypowiedź miała, jak sądzę, potrząsnąć nieświadomymi rodzicami i uświadomić im, z jakim zagrożeniem mamy do czynienia.
Spotkałam się z opiniami, że "musimy" pozwolić dzieciom na korzystanie z AI, bo już dziś dużo mówi się o tym, że ta technologia zastąpi w przyszłości wiele zawodów. Zatem jeśli dziecko nie będzie biegłe w korzystaniu z tego narzędzia, może mieć problemy ze znalezieniem pracy.
- Zupełnie rozumiem obawę o przyszłość dzieci, bo jest chyba bardzo naturalna i towarzyszy rodzicom od wieków. Myślę jednak, że warto podejść do tego zagadnienia ze spokojem. Po pierwsze, nadmierne i niekontrolowane korzystanie z AI nie pozwoli dzieciom zdobyć kompetencji, które w przyszłości pozwolą im się odnaleźć na rynku pracy. Dlatego lepiej zapisać dzieci na zajęcia, które pomogą im te umiejętności kształtować - mam tu na myśli np. naukę programowania, gry w szachy, gry na jakimś instrumencie, sporty walki czy drużynowe. To tam dziecko nauczy się systematyczności, współpracy, radzenia sobie z porażkami, elastyczności, konsekwencji. A nie podczas pogaduszek z AI.
- Z drugiej strony rzeczywiście nie da się zaprzeczyć, że umiejętne korzystanie z AI będzie jedną z kluczowych umiejętności. Od czego zacząć naukę? Od siebie. Profesor Włodzimierz Duch, kierownik Laboratorium Neurokognitywnego w Interdyscyplinarnym Centrum Nowoczesnych Technologii UMK, którego bardzo cenię, w jednym z wystąpień powiedział, że obowiązkiem świadomych dorosłych są próby zrozumienia świata, który nas otacza. Jeśli więc raz czy dwa razy daliśmy się oszukać technologii - to wina jej twórców. Jeśli jednak nabieramy się za każdym razem, to już wyłącznie nasza wina, bo to my musimy się edukować, żeby znać zalety i wady nowych technologii; używać ich, a nie być przez nie używanymi. Owszem, możemy płynąć z prądem życia i usprawiedliwiać się: nie mogę się tym teraz zająć, mam za dużo obowiązków. Ale jeśli mamy czas, żeby przez dwie godziny bezmyślnie scrollować social media, to to jest tylko wymówka.
Czyli edukacja technologiczna dzieci zaczyna się od nas, dorosłych?
- Właśnie tak. Dlatego zachęcam rodziców i nauczycieli, by poświęcili trochę czasu na naukę - w sieci jest mnóstwo darmowych, rzetelnych źródeł, które można znaleźć np. na stronach wspomnianych wcześniej fundacji. Możemy nawet uczyć się razem z dzieckiem - usiąść w sobotę, odpalić jakiegoś chatbota i zastanowić się, jak to narzędzie może pomóc dziecku w nauce, np. sprawnie wyjaśnić jakieś zadanie z matematyki, ale bez podawania wyniku. Potem przejść ten proces razem na przykładzie innych przedmiotów, zobaczyć, co działa, a co nie. Wtedy jest duża szansa, że dziecko będzie postrzegać AI tak jak my, dorośli, chcemy by je postrzegało - jako użyteczne narzędzie, a nie przyjaciela. Warto również poruszyć temat fake newsów, bo przez to, że narzędzia stają się coraz bardziej zaawansowane, pojawi się wiele rodzajów nowych oszustw.
- Na koniec podzielę się z panią pewną obserwacją. W ubiegłym roku byłam z partnerem na wakacjach w Grecji. Miejsce było absolutnie przepiękne - błękitne morze, piękne krajobrazy, spokój. Pewnego dnia siedzieliśmy w restauracji, z widokiem takim, że naprawdę zapierał dech w piersiach, a przy stoliku obok siedziała mama z, na oko, 11-letnim synem. Ona patrzyła w telefon, a on próbował ją zagadywać, coś jej pokazywał. Widać było, że mama nie jest tym zainteresowana, bo ciągle odpowiadała tylko "mhm" albo wzdychała. W końcu dzieciak zorientował się, że mama go nie słucha, więc wyjął z plecaka telefon i sam przepadł w sieci. Ta sytuacja długo we mnie pracowała i zostawiła we mnie przekonanie, że jeśli my, rodzice, nie damy naszym dzieciom naszej uważności i zainteresowania, mogą to znaleźć u "AI-mamy" czy "AI-taty". Czy tego właśnie dla naszych dzieci chcemy?
Jowita Michalska - ekspertka ds. edukacji, kompetencji przyszłości i nowych technologii, prezeska Digital University. Autorka książki Szkoła w czasach AI i podcastu Digitalks. Założycielka Fundacji Digital University, która działa na rzecz wyrównywania szans i edukacji cyfrowej. Jej programy co roku docierają do ponad 80 tys. uczniów i wspierają kobiety ze środowisk wykluczonych w starcie kariery w IT.