Reklama

O okupowanej przez Niemców Polsce myślimy na ogół w kategoriach miejsca nieustannie - od początku w 1939 do końca na przełomie lat 1944/45 - zbuntowanego, stawiającego opór, o wielkich wpływach organizacji podziemnych.

Życie konspiracyjne faktycznie rozwinęło się i przybrało pokaźne rozmiary dość szybko. Niemniej przez pierwsze lata okupacji Generalne Gubernatorstwo (GG) - a więc serce okupowanej Polski z Warszawą i Krakowem w swych granicach - było przez Niemców postrzegane jako terytorium względnie spokojne, zasadniczo podporządkowane i z perspektywy hitlerowskich władz nieprzedstawiające większych problemów.

Reklama

Przełomem była tu druga połowa 1942 i pierwsze miesiące roku 1943, a więc okres pojawienia się i gwałtownego rozwoju podziemia zbrojnego. Nadchodzącą zmianę - dotąd właściwie całe podziemie niepodległościowe koncentrowało się głównie na wywiadzie, propagandzie i sabotażu przemysłowym; do walki zbrojnej wzywali głównie komuniści - tak latem 1942 roku w depeszy do Londynu tłumaczył dowódca Armii Krajowej (AK), generał Stefan Rowecki "Grot":

"Stosowanie przez Niemców zasady zbiorowej odpowiedzialności i masowego terroru jako środka prewencyjnego sprawia, że naród pod okupacją ponosi wielkie straty, mimo biernego zachowania się i unikania prowokacyjnych ciosów. Trwanie w tej postawie przez 3 lata umacnia w społeczeństwie psychiczną bierność, która może odbić się bardzo ujemnie na dynamice [przyszłego] powstania. Nie poddające się bierności, aktywniejsze jednostki są wciągane do partyzantki sowieckiej i dostają się pod wpływy komunistów.

[...] O ile nie otrzymam zakazu, zamierzam, począwszy od września 1942 roku, podjąć wewnątrz Kraju wzmożoną akcję dywersyjną, a na wschodzie także partyzancką".

Wkrótce stan bezpieczeństwa na terytorium GG w ocenie władz niemieckich uległ gwałtownemu pogorszeniu. Przykładowo w dystrykcie radomskim - jednym z pięciu obok warszawskiego, lubelskiego, krakowskiego i Galicji - miesięczna liczba "bandyckich napadów" odnotowanych pomiędzy kwietniem 1942 a majem 1943 roku wzrosła aż dziesięciokrotnie - z niespełna 100 do ponad 1000. Z kolei w czerwcu 1944 miała już przekroczyć granicę 2700, a więc blisko 100 dziennie.

* * *

Jednym z najbardziej uciążliwych dla władz okupacyjnych przejawów aktywności zbrojnej podziemia stały się ataki na infrastrukturę i transporty kolejowe. Zarówno towarowe, jak i osobowe. W sumie - od połowy 1942 do schyłku okupacji w styczniu 1945 roku - niemieckie władze GG odnotowały ponad 1500 różnego rodzaju zamachów na liniach kolejowych.

Inna rzecz to utrwalone w polskich przekazach relacje, często mówiące o ogromnych stratach, rzekomo ponoszonych przez Niemców w wyniku podobnych ataków. Te w świetle sporządzanych na bieżąco, wewnętrznych i tajnych - a więc z założenia wolnych od propagandowych retuszów - meldunków różnych struktur okupacyjnych, były przez podziemie regularnie wyolbrzymiane. W wyraźnej większości takich zdarzeń Niemcy nie ponosili bowiem ofiar śmiertelnych, rzadko też tracili większe ilości ciężkiego sprzętu.

Zdarzały się jednak uderzenia pod względem zadanych Niemcom strat nadzwyczaj dotkliwe. Poniżej - szereg akcji kolejowych różnych nurtów podziemia, które na takie miano, z różnych względów, niewątpliwie zasługują.

Kwiecień 1943, linia Kielce - Skarżysko-Kamienna

"W dniu 22 kwietnia do wsi Wzdół Rządowy przybyła żandarmeria i spacyfikowała ją doszczętnie. Znane są systemy tych dzikich wyczynów, ale tu były wyjątkowo barbarzyńskie. W wyniku padły 22 osoby zamordowane. Pacyfikacja była dokonana z błahego powodu - za niestawiennictwo na podwody [niedostarczenie furmanek do zwózki wycinanego przez Niemców drewna - BW].

Za ten wyczyn siepaczy znaleźli się mściciele. Oto w Wielką Niedzielę [25 kwietnia] na pociąg wojskowy pod Kielcami napadł większy oddział zbrojny. Zabito 22 Niemców, wielu raniono. Z zatrzymanego pociągu wyskakiwali Niemcy do lasu, ale i tam dopadali ich napastnicy. Na wagonach nalepili kartki: «Za Wzdół Rządowy»" - donosiła Agencja "Wieś", podziemne pismo Stronnictwa Ludowego (SL).

Konspiracyjny komunikat, jak często podobne doniesienia, zawierał kilka nieścisłości. Do wspomnianej pacyfikacji doszło bowiem już 11 kwietnia, a jej powodem prawdopodobnie było załamanie się w śledztwie schwytanego konspiratora i wskazanie, że mieszkańcy Wzdołu wspierają podziemie. Mniejsza była też faktyczna skala poniesionych przez Niemców strat.

Za niespotykaną dotąd formą odwetu - zatrzymaniem i ostrzelaniem niemieckiego pociągu osobowego nr 1450 pod miejscowością Występa na linii Kielce - Skarżysko-Kamienna, stał oddział komunistycznej Gwardii Ludowej (GL), dowodzony przez Ignacego Robba "Narbutta". Zapewne właśnie oblicze ideowe grupy sprawiło, że niepodległościowe, wrogie komunistom pismo, aby "nie robić reklamy konkurencji", przypisało akcję anonimowym "mścicielom". Warto dodać, że część członków oddziału GL wywodziła się właśnie ze spacyfikowanej wsi, a precedensowe uderzenie przeprowadzono bez strat.

Z kolei rzeczywiste rezultaty ataku określały meldunki administracji wojskowej GG (Wehkrkreiskommando GG), informujące o zdarzeniu. Wskazywały one na utratę przez Niemców 14 ludzi: 6 zabitych i 8 ciężko rannych. Ponadto donosiły też o grupie osób z lżejszymi obrażeniami.

Efekt psychologiczny wywołany niespodziewanym uderzeniem był znaczący. Wprawdzie już wcześniej, począwszy od lata 1942 roku, podziemie wielokrotnie atakowało transporty kolejowe w GG, ale z reguły po to, by przez ich wykolejenie paraliżować ruch. Tu uderzono, by zadać możliwie duże straty osobowe. Zdarzenie odnotowano nawet w specjalnym memoriale jednego z dowódców Wehrmachtu w GG, generała Maxa Schindlera, wysłanym do Berlina w maju 1943 roku z apelem o wzmocnienie sił okupacyjnych.

Co istotne, Niemcy nie zdecydowali się w tym przypadku na dalsze represje wobec okolicznej ludności.

Lipiec 1943, linia Kielce - Skarżysko-Kamienna

Nieco ponad miesiąc później, na tej samej linii, podobną akcję, tyle że na większą skalę, przeprowadziło zgrupowanie partyzanckie Armii Krajowej (AK) dowodzone przez cichociemnego porucznika Jana Piwnika "Ponurego".

Nocą z 2 na 3 lipca 1943 roku akowcy uderzyli bowiem jednocześnie na dwa niemieckie pociągi osobowe, odpowiednio nr 1156 relacji Skarżysko-Kamienna - Kielce oraz 1151 relacji Kraków - Warszawa. Zaatakowano pod miejscowościami Jędrów oraz Łączna. Dodatkowo, doszło do zderzenia jednego z pociągów z zatrzymanym niejako przy okazji składem towarowym, co poskutkowało wykolejeniem.

Kilkunastominutowy, zmasowany ostrzał wagonów według niektórych przekazów polskich miał kosztować Niemców nawet 200 zabitych. W komunikacie Kierownictwa Walki Podziemnej, opublikowanym wkrótce w konspiracyjnej prasie, skalę strat niemieckich oceniono bardziej zachowawczo na ok. 100 zabitych i rannych. Rzeczywiste rezultaty były jednak nieco mniejsze, choć wciąż - bardzo dotkliwe.

Wprawdzie w sporządzonym na bieżąco doniesieniu Wehrkreiskommando GG poinformowano, że miały one wynieść w sumie 8 poległych (w tym 6 żołnierzy) i ok. 40 rannych, lecz informacje te nie były pełne. Świadczy o tym miesięczny raport niemieckiej Policji Kolejowej (Bahnschutzpolizei), w którym stwierdzono: "W wyniku napadu zginęło 6 pasażerów, około 35 odniosło ciężkie obrażenia, a około 40 zostało lżej rannych. Liczba ofiar śmiertelnych wzrosła później do 12. Ranni zostali przewiezieni pociągami nr 1113 i 1153 do Radomia i trafili do szpitala".

Biorąc pod uwagę, że straty poniósł też niemiecki patrol Bahnschutzpolizei zabezpieczający ten odcinek linii kolejowej, suma zabitych i ciężko rannych po stronie niemieckiej sięgała blisko 50 osób. Akowcy stracili natomiast zaledwie jednego poległego.

Dziesięć dni później żołnierze "Ponurego" uderzyli ponownie na tej samej linii. Tym razem akcja miała jednak charakter odwetowy za dokonaną dzień wcześniej przez Niemców krwawą pacyfikację wspierającej partyzantów AK wsi Michniów, w wyniku której zginęło ponad 100 mieszkańców. Głównie wytypowanych wcześniej mężczyzn.

Wzburzeni akowcy - część z nich w Michniowie utraciła bliskich - jak uprzednio, pod osłoną nocy, zatrzymali i ostrzelali w pobliżu stacji Łączna pociąg osobowy nr 1156. Po wszystkim na jednym z wagonów pozostawili napis "Za Michniów". Akowski "Biuletyn Informacyjny" doniósł wprawdzie wkrótce o ok. 180 zabitych i rannych Niemcach, ale były to liczby znacznie przesadzone. Według meldunków struktur okupacyjnych tym razem zginęło od 5 do 8, a ciężkie rany odniosło 14 osób. Wśród zabitych było czterech żołnierzy. Liczba lżej rannych, zapewne wyższa, nigdzie nie została podana.

W tym przypadku nie był to jednak niestety koniec wymiany ciosów. Nazajutrz żandarmeria (Gendarmerie), bezradna wobec licznych i stosunkowo dobrze uzbrojonych oddziałów AK, ponownie wkroczyła do Michniowa i dopełniła dzieła zniszczenia, mordując głównie kobiety i dzieci. W sumie, w dniach 12 i 13 lipca 1943 roku, Niemcy zabili tam 204 osoby, doszczętnie paląc wieś.

Dziś znajduje się w niej Muzeum Martyrologii Wsi Polskich.

Wrzesień 1943, linia Skarżysko-Kamienna - Końskie

Z początkiem września kolejną głośną akcję na niemiecki pociąg osobowy przeprowadził podległy "Ponuremu" oddział AK pod dowództwem innego cichociemnego, porucznika Waldemara Szwieca "Robota".

Tym razem w biały dzień zajęto stację Wólka Plebańska w pobliżu Końskich, zatrzymano przybyły skład, po czym wezwano Niemców do poddania się. Na podjętą próbę obrony, akowcy odpowiedzieli ogniem.

W stosownym sprawozdaniu dekadowym Wehrkreiskommando GG o akcji, do której doszło 4 września 1943 roku, stwierdzono: "100-osobowa, silnie uzbrojona banda zatrzymała i ostrzelała za pomocą karabinów maszynowych pociąg osobowy. Obrabowano wagon pocztowy i pasażerów. Straty: 15 zabitych, w tym 8 żołnierzy, 6 ciężko rannych, w tym 1 żołnierz". Niemieckie doniesienie pominęło fakt, że część zabitych zginęła już po walce, gdy akowcy opanowali pociąg. Być może - przekazy partyzanckie mówią o podjętej przez wziętych jeńców próbie ucieczki - w wyniku rozstrzelania.

Po stronie polskiej w trakcie akcji zginęło dwóch ludzi z oddziału "Robota", a jeden akowiec został ranny. Siły policyjne nie zastosowały w tym przypadku działań represyjnych. Sam dowódca po akcji meldował "Ponuremu", że Niemcy za wszelką cenę usiłowali wyciszyć wieści o upokarzającej, poniesionej w biały dzień klęsce. Być może tu tkwił powód decyzji o zaniechaniu odwetu.

"Propagandowo jest to największa robota, jaką dotychczas wykonaliśmy. Najlepszym dowodem tego jest fakt, że niemcy [oryg.] przypisują tę robotę jakiemuś potężnemu desantowi sowieckiemu lub oddziałowi, który przyszedł zza Sanu" - podsumował w swoim dzienniku jeden z uczestników akcji, strzelec Stanisław Wolff "Staszek", który zginie miesiąc później.

Niewątpliwie atak przeprowadzony wyjątkowo za dnia, w otwartym terenie, faktycznie zrobił na strukturach okupacyjnych duże wrażenie. Świadczy o tym przywołanie go - jako przykładu "narastającej bezczelności polskich bandytów" - na wrześniowej konferencji władz GG zwołanej na Wawelu.

Wrzesień 1943, linia Dęblin - Lublin

Inny charakter miała akcja kolejowa przeprowadzona nieco ponad tydzień później przez oddziały Batalionów Chłopskich (BCh) z rejonu Puław.

W nocy z 12 na 13 września w miejscowości Gołąb na linii Dęblin - Lublin bechowcy pod dowództwem Stefana Rodaka "Roli" wykoleili parowóz, zatrzymując tym samym ogromny, liczący ponad 30 wagonów, niemiecki transport. Liczyli na możliwość zdobycia w ten brawurowy, niecodzienny sposób, dużej ilości broni.

Po zdławieniu oporu eskorty i dostaniu się do wagonów, okazało się że skład przewozi bomby i amunicję artyleryjską. Z punktu widzenia partyzantów były to środki bezużyteczne, wobec czego podjęto decyzję o ich zniszczeniu.

W rezultacie wagony podpalono, doprowadzając do serii potężnych, trwających kilka godzin eksplozji, w wyniku których ucierpiała nawet część okolicznych budynków. Ponadto rany odniosło też trzech partyzantów i kilku cywili.

Materialne straty Niemców były jednak ogromne. Lakoniczny, sporządzony wkrótce meldunek dekadowy Wehrkreiskommando GG donosił: "Na linii Dęblin - Lublin bandyci wykoleili przy użyciu min i ostrzelali pociąg z amunicją liczący 36 wagonów. Parowóz przewrócił się, amunicja eksplodowała, transport został zniszczony. Straty własne: 2 żołnierz zabitych, 2 rannych". Z innego meldunku Wehrmachtu, sporządzonego zaraz po akcji, wynika, że ważna linia kolejowa została w wyniku tej akcji unieruchomiona na blisko dwie doby. Źródła niemieckie nie potwierdzają natomiast przekazów polskich o rzekomo 17 poległych w wyniku ataku Niemcach.

Niemniej precedensowe zniszczenie przez podziemie tak dużego transportu amunicji, dla struktur okupacyjnych odpowiedzialnych za bezpieczeństwo na tym terenie wręcz kompromitujące, odbiło się szerokim echem. Podobnie jak akowski atak przeprowadzony tydzień wcześniej, zostało ono przywołane na wspomnianej już konferencji zwołanej na Wawelu przez generalnego gubernatora Hansa Franka.

I w tym przypadku Niemcy nie zastosowali represji wobec okolicznej ludności.

Grudzień 1943, linia Dęblin - Warszawa

Pod koniec roku Komenda Główna AK zarządziła przeprowadzenie serii ataków na powracające ze wschodu pociągi urlopowe Wehrmachtu. Miał to być zarazem sprawdzian przygotowania bojowego poszczególnych oddziałów Kierownictwa Dywersji (Kedyw) - bojowej elity AK.

Do najpoważniejszej pod względem strat zadanych Niemcom akcji tego typu doszło w nocy z 11 na 12 grudnia w okolicach Celestynowa. Ponad 70-osobowy oddział AK pod dowództwem porucznika cichociemnego Józefa Czumy "Skrytego" zaatakował wówczas pospieszny pociąg nr 2381 relacji Kowel - Berlin, wiozący żołnierzy powracających z frontu.

Za pomocą ładunków wybuchowych wykolejono lokomotywę i dwa wagony, a następnie obrzucono je granatami i ostrzelano przy użyciu kilku karabinów maszynowych. Według złożonego po akcji meldunku "Skrytego", powołującego się na poufne wieści od polskich pracowników policji, Niemcy mieli stracić tu aż 120 zabitych i 230 rannych! Były to jednak szacunki dalekie od rzeczywistości.

Według doniesień Wehrkreiskommando GG straty poniesione w wyniku "bandyckiego napadu" wyniosły 14 zabitych i ok. 30 rannych. Liczbę 14 ofiar śmiertelnych potwierdzał równoległy meldunek stosownej placówki Gendarmerie, choć w jego świetle wyższa była liczba osób z różnymi obrażeniami, która miała sięgać ok. 50 rannych. Podczas wymiany ognia poległ też akowiec, a trzech odniosło rany. Jeden z nich, niezdolny do ewakuacji, dostał się w ręce Niemców.

Kilka dni później na ulicach Warszawy pojawił się kolejny złowrogi, różowy plakat z nagłówkiem "Obwieszczenie", zawierający informację o rozstrzelaniu 270 Polaków. Wśród szeregu przeprowadzonych uprzednio zamachów podziemia, za które egzekucja miała być - jak przedstawiali to Niemcy - karą, wskazano również uderzenie oddziału "Skrytego". "W tym wypadku śledztwo wykazało niezbicie, że czyn ten haniebny został wykonany przez członków organizacji tajnej, stojącej na usługach Anglii" - napisano.

Obwieszczenie było sygnowane przez "Dowódcę SS i Policji na dystrykt warszawski", bez podania nazwiska. Funkcję tę sprawował SS-Brigadeführer Franz Kutschera, którego żołnierze akowskiego Kedywu dosięgnąć mieli już wkrótce - 1 lutego 1944 roku.

Kwiecień 1944, linia Warszawa - Małkinia

Najbardziej spektakularnym z licznych akowskich ataków na pociągi Wehrmachtu była jednak akcja przeprowadzona nocą z 27 na 28 kwietnia 1944 roku pod miejscowością Urle w pobliżu Wyszkowa.

Wykonał ją jeden z plutonów harcerskiego Batalionu AK "Zośka" pod dowództwem porucznika Eugeniusza Koechera "Kołczana", a obiektem uderzenia był specjalny, przyspieszony pociąg urlopowy nr 77 relacji Wołkowysk - Warszawa. W uderzeniu tym brał udział m.in. podchorąży Krzysztof Kamil Baczyński "Krzyś".

Podobnie jak pod Celestynowem, akowcy - choć tu było ich o połowę mniej, niespełna 40 osób - zdetonowali ładunek przed nadjeżdżającą lokomotywą, doprowadzając do wykolejenia części wagonów. Następnie przez kilka minut ostrzeliwali skład, po czym rozpoczęli ewakuację.

Według poświęconego dywersji i wypadkom kolejowym załącznika do miesięcznego raportu Wyższego Dowódcy SS i Policji na terytorium GG za kwiecień 1944 roku: "28.4 pomiędzy miejscowościami Urle i Szownica, na linii Warszawa - Małkinia, doszło do zamachu z użyciem min na przyspieszony pociąg urlopowy nr 77.  Wykolejono lokomotywę oraz 5 wagonów, pociąg został ostrzelany przez bandytów. 36 żołnierzy zginęło, a 29 odniosło rany".

Bardziej miarodajne w tej kwestii meldunki Wehrmachtu faktycznie potwierdzały śmierć aż 36 ludzi, jednak liczba rannych była w ich świetle nieco wyższa - wynosiła 32 osoby. Żadne niemieckie doniesienia nie potwierdzają natomiast przekazów polskich o kolejnych 180 żołnierzach z lżejszymi obrażeniami.

Niezależnie od tego cios był nadzwyczaj dotkliwy. Jak bardzo, świadczy raport berlińskiego dowództwa naczelnego Wehrmachtu (Oberkommando der Wehrmacht), z którego wynika, że na całym zapleczu frontu wschodniego w kwietniu 1944 roku, wskutek ataków na liniach kolejowych dokonywanych przez partyzantkę sowiecką oraz polską, zginęło łącznie 110 żołnierzy. Oznacza to, że aż 1/3 z nich poległa podczas zaledwie kilkuminutowego uderzenia harcerskiego plutonu AK.

W trakcie akcji i ucieczki z miejsca zamachu, pomimo gwałtownego ostrzału broniących się Niemców, obrażeń nie odniósł żaden spośród akowców. Z nieznanych względów, pomimo wyjątkowej skali strat, siły okupacyjne nie zastosowały też działań odwetowych - czy to wobec okolicznej ludności, czy też wziętych uprzednio zakładników.

Sierpień 1944, linia Częstochowa - Kielce

Późnym latem i jesienią 1944 roku na Kielecczyźnie, będącej wówczas niemal bezpośrednim zapleczem frontu niemiecko-sowieckiego, działania dywersyjne na liniach kolejowych zintensyfikowały oddziały komunistycznej Armii Ludowej.

Szczególnie efektywną - a zarazem i efektowną - spośród ponad 100 zakończonych powodzeniem uderzeń tego typu, zrealizowanych przez podziemie prosowieckie w ostatnich miesiącach okupacji, była akcja na wojskowy pociąg towarowy pod stacją Kielce Herbskie, przeprowadzona nocą z 11 na 12 sierpnia 1944 roku.

W wyniku uderzenia oddziału pod dowództwem Tadeusza Łęckiego "Orkana" aelowcy zatrzymali, a następnie - po wyparciu konwojentów - wysadzili w powietrze pokaźnych rozmiarów transport z amunicją artyleryjską.

W stosownym meldunku Policji Bezpieczeństwa (Sicherheitspolizei) stwierdzono: "4 km na południe od stacji [Kielce -] Herby pociąg amunicyjny najechał na dwie miny i został ostrzelany przez licząca 100-150 osób bandę komunistyczną, dysponującą rusznicami przeciwpancernymi, granatnikami oraz amunicją zapalającą, w rezultacie czego 13 wagonów z pociskami kalibru 10,5 cm wyleciało w powietrze. 17 kolejnych wagonów uległo uszkodzeniu. Banda była silnie uzbrojona w rosyjską broń automatyczną oraz ładunki wybuchowe".

Według tego samego meldunku - co potwierdzały zresztą doniesienia Wehrmachtu - poza stratami materialnymi, podczas ataku zginęło trzech Niemców: żołnierz oraz dwóch pracowników Kolei Wschodniej (Ostbahn). Ponadto ruch kolejowy na istotniej z punktu widzenia zaopatrywania wojsk frontowych linii Częstochowa - Kielce, w obliczu trwających nieopodal ciężkich walk o przyczółki na Wiśle, został wstrzymany na pół doby.

Aelowcy nie ponieśli żadnych strat. Z kolei Niemcy i tu nie podjęli odwetowych działań represyjnych.

* * *

Za zdecydowaną większość z ponad 1500 odnotowanych przez Niemców na liniach kolejowych GG różnego rodzaju zamachów odpowiadały struktury GL/AL (niekiedy tez współpracujące z nimi grupy sowieckie) oraz AK, stanowiącej ramię zbrojne Polskiego Państwa Podziemnego. Rzadziej podobną aktywność podejmowały oddziały BCh, z założenia koncentrujące się na obronie wsi. Spośród organizacji podziemnych o zasięgu ogólnopolskim ataków na niemiecki transport właściwie nie podejmowały struktury Narodowych Sił Zbrojnych.

A jakie były dalsze losy dowódców omówionych w tekście akcji?

Wojny nie przeżył żaden ze wspomnianych akowców. "Ponury", wkrótce - w wyniku konfliktu z przełożonymi - został przeniesiony na Kresy Wschodnie, w rejon Nowogródka. Tam w czerwcu 1944 roku poległ podczas ataku na punkt umocniony Wehrmachtu. Także latem 1944 roku zginęli "Skryty" oraz "Kołczan" - pierwszy został aresztowany przez Gestapo i zamordowany, a drugi zginął w powstaniu warszawskim, podczas walk na Woli. Najwcześniej, bo już w październiku 1943 roku, śmierć dosięgnęła "Robota" - wystawionego Niemcom przez jednego z najgłośniejszych zdrajców w szeregach AK, podporucznika Jerzego Wojnowskiego "Motora", czyli agenta radomskiego urzędu Sicherheitspolizei o kryptonimie "Garibaldi".

Przeżyli natomiast dwaj wspomniani tu dowódcy partyzantki komunistycznej. "Narbutt", który - co w świetle powyższego tekstu przewrotne - po wojnie kierował Służbą Ochrony Kolei, podczas różnych rozgrywek partyjnych uchodził za stronnika Władysława Gomułki, pod koniec lat 40. oskarżonego o "odchylenie prawicowo-nacjonalistyczne". Zmarł w 1958 roku. "Orkan" natomiast, do połowy lat 60. robił karierę naprzemiennie w Korpusie Bezpieczeństwa Wewnętrznego oraz wojsku, a następnie w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych. Był bliskim człowiekiem Mieczysława Moczara, lidera partyjnej frakcji "partyzantów". Zmarł w roku 1998.

Wreszcie "Rola" - dowódca akcji BCh na pociąg amunicyjny pod Gołębiem. Jesienią 1944 roku, po wkroczeniu wojsk sowieckich na Lubelszczyznę, został aresztowany przez Bezpiekę i skazany na śmierć pod zarzutem dążenia do obalenia ustroju. Wprawdzie po interwencjach działaczy ludowych u Bolesława Bieruta wyrok zamieniono na 10 lat, ale został wypuszczony już po dwóch. Ponownie aresztowany w roku 1952, tym razem skazany na 8 lat, utratę praw publicznych oraz konfiskatę mienia. Znów jednak, wskutek podejmowanych interwencji i złego stanu zdrowia, zwolniony wcześniej, wiosną 1955 roku. Po gomułkowskiej odwilży był działaczem kombatanckim, zmarł w roku 1975.