Reklama

W tak zwanej sieci szpitali w Polsce w latach 2023-2027 znajdzie się 585 szpitali. Wszystkie te placówki będą świadczyły usługi z zakresu udzielania podstawowych świadczeń zdrowotnych, ale także opiekę specjalistyczną oraz świadczenia rehabilitacyjne dla pacjentów. Szpitale te mają zagwarantowane finansowanie przez NFZ na kolejne cztery lata.

W całym kraju funkcjonuje jednak ponad 900 szpitali, które działają zarówno na terenach dużych miast, jak i w mniejszych miastach powiatowych. Nie oznacza to jednak, że wszystkie są zabezpieczone w podstawowe usługi medyczne, ponieważ tak duża liczba placówek sprawia, że brakuje lekarzy do zachowania ciągłości dyżurów oraz pielęgniarek do opieki nad pacjentami. Te placówki, które nie znalazły się w sieci, nie mają zagwarantowanych kontraktów z NFZ, a tym samym - nie mają pewności, co do ich finansowania.

Reklama

Co oznacza to w praktyce? Duża część oddziałów szpitalnych jest zamykana, a pacjenci zmuszeni są do leczenia daleko poza miejscem swojego miejsca zamieszkania. Niektóre placówki, by ratować swój budżet, wykonują badania oraz zabiegi odpłatnie.

Leczenie w przychodni nie dla każdego

Zgodnie z danymi Głównego Urzędu Statystycznego zdecydowanie lepszy dostęp do podstawowej opieki zdrowotnej mają mieszkańcy większych miast. W miastach średnia odległość do najbliższego ośrodka zdrowia wynosi zaledwie 800 metrów, na wsiach odległość ta jest zdecydowanie większa i wynosi 3,4 km. Ponad 30 proc. mieszkańców wsi do przychodni ma co najmniej 4 km, a 13 proc. z nich aż 6 km. Zdecydowanie utrudnia to dostęp do lekarza pierwszego kontaktu, zwłaszcza osobom starszym, ograniczonym ruchowo, niepełnosprawnym fizycznie czy pacjentom leżącym.

Aby leczyć się w szpitalu, musimy migrować

- Co jakiś czas odzywa się u mnie rwa kulszowa. Jeśli leki przeciwbólowe nie działały, a ból był nie do wytrzymania, to jechałam do szpitala na oddział neurologiczny. Tam zawsze dostawałam mocniejsze kroplówki  i mogłam jakoś funkcjonować. Oddział przestał działać w czasach pandemii i do najbliższego szpitala muszę jechać teraz 25 kilometrów. Wcześniej miałam dosłownie 5 minut samochodem, teraz jest to 40 minut. A co mają powiedzieć pacjenci z udarem, których trzeba wywozić daleko za miasto, żeby im pomóc, a czas ucieka? - mówi w rozmowie z Interią ZDROWIE pani Grażyna, 69-letnia mieszkanka miasta powiatowego na Śląsku.

Liczba szpitali w Polsce przewyższa średnią europejską. W Holandii, która jest najlepiej oceniana pod kątem świadczenia usług zdrowotnych, jest zaledwie 80 szpitali ogólnych (wyłączając szpitale uniwersyteckie). Zabezpieczenie placówek pod kątem personelu - zarówno lekarzy, pielęgniarek, jak i rehabilitantów czy techników diagnostycznych - wciąż stanowi duży problem w Polsce i sprawia, że nie ma możliwości zapewnienia ciągłości pracy dla ponad 900 placówek.

Od wielu lat specjaliści biją na alarm, że jedynym rozwiązaniem dla polskiej ochrony zdrowia jest likwidacja części szpitali, tak, by środki finansowe były skoncentrowane na poprawnie działających szpitalach, z zagwarantowaniem najwyższej jakości świadczeń zdrowotnych. Nawet jeśli będzie się  to wiązało z koniecznością migracji pacjentów, która i tak ma już miejsce w naszym kraju.

Specjaliści są poza zasięgiem Polaków

W Polsce na 1000 pacjentów przypada dwóch lekarzy specjalistów. O tym, by szybko dostać się do kardiologa czy pulmonologa, wielu pacjentów może zapomnieć. W zależności od województwa średni czas oczekiwania do specjalistów wynosi od kilkunastu dni nawet do kilku lat.

W Warszawie (1,7 mln mieszkańców) średni czas oczekiwania do poradni kardiologicznej wynosi osiem miesięcy, a w niewielkim Wodzisławiu Śląskim (48 tys. mieszkańców) ponad rok.

Zadzwoniliśmy do jednej z poradni kardiologicznych w Słupsku (100 tys. mieszkańców), w której otrzymaliśmy informację, że najbliższy wolny termin do specjalisty kardiologa jest w marcu 2027 roku. Informując rejestratorkę medyczną, że skierowanie przez lekarza wypisane jest z adnotacją "pilne", polecono, by zapisać się do innej poradni w tym samym mieście, w której czas oczekiwania jest krótszy. Dzwonimy do kolejnej poradni i po kontakcie telefonicznym udało nam się znaleźć "szybszy termin", by odbyć wizytę u kardiologa. Wizyta ta została zaplanowana na... 2025 rok.

W małych miastach oraz wsiach najczęściej w ogóle nie ma poradni specjalistycznych, co zmusza pacjentów do migracji do miast ościennych, tym samym zwiększając liczbę chorych oczekujących w kolejce.

Duże miasto to (nie) większe możliwości

Mogłoby się wydawać, że w dużych miastach o wiele łatwiej o pomoc medyczną, zwłaszcza związaną ze stanami nagłymi. To właśnie w miastach wojewódzkich znajduje się większość szpitali, w których znajdują się Szpitalne Oddziały Ratunkowe lub Izby Przyjęć, które świadczą pomoc w stanach zagrożenia zdrowia i życia.

Wojewoda ma obowiązek tak zorganizować pracę ratownictwa medycznego na terenie województwa, żeby mediana czasu dotarcia karetki - w skali każdego miesiąca - nie była większa niż 8 minut w mieście powyżej 10 tys. mieszkańców i 15 minut poza miastem powyżej 10 tys. mieszkańców.

Jak czytamy w raporcie GUS z 2021 roku, "mediana czasu dotarcia zespołów ratownictwa medycznego na miejsce zdarzenia w przypadku terenów poza miastem powyżej 10 tys. mieszkańców była przekroczona we wszystkich województwach. Jedynie w przypadku województwa małopolskiego oscylowała blisko 15 min i wyniosła 15 min i 44 sek. Największe wartości mediany odnotowano w województwach: dolnośląskim, mazowieckim, łódzkim oraz wielkopolskim (odpowiednio w minutach i sekundach: 24:48, 20:53, 20:14, 20:01)".

Oznacza to, że mieszkańcy mniejszych miejscowości dłużej oczekują na dojazd zespołu ratownictwa medycznego, a tym samym pomoc w sytuacjach nagłych jest w ich przypadku opóźniona.

Jeśli czas dotarcia do pacjenta wynosi kilkadziesiąt minut, medyczne czynności ratunkowe wykonane przez ratowników na miejscu zdarzenia trwają kilkanaście minut, a droga powrotna do szpitala zajmuje kolejnych kilkanaście minut, pacjent znajdujący się w bezpośrednim zagrożeniu życia, wymagający pilnej interwencji medycznej w szpitalu, oczekuje na pomoc nawet kilka godzin.

Jednak mieszkanie w dużym mieście, blisko szpitala, nie zawsze daje gwarancję szybkiej pomocy medycznej, o czym przekonała się mieszkanka jednego z miast wojewódzkich.

- Mój syn doznał urazu, na skutek którego doszło do silnego krwawienia z nosa. Nie udało mi się samodzielnie zatamować krwawienia, zatem pojechałam z nim do najbliższego SOR-u, w którym wiedziałam, że funkcjonuje również laryngologia dziecięca. Niestety, odesłano mnie stamtąd do innego szpitala znajdującego się na drugim końcu miasta, informując, że: "może być potrzebny chirurg dziecięcy, a tu go nie ma". Jechałam zatem z zakrwawionym dwulatkiem 40 minut do szpitala klinicznego, w którym oczekiwałam na przyjęcie prawie trzy godziny. Mimo że poczekalnia nie była przepełniona pacjentami, nikt przez ten czas nie wyszedł do nas i nie zaopatrzył syna. Próbowałam tego dokonać samodzielnie - opowiada w rozmowie z Interią ZDROWIE.

Problem nie leży zatem jedynie w organizacji czy finansowaniu ochrony zdrowia, ale również w procedurach, jakie obowiązują na poszczególnych oddziałach. Zanim lekarz podjął się jakichkolwiek działań medycznych wobec dwulatka, w tym zatamowania krwawienia, ten najpierw oczekiwał na badanie RTG kości nosowej, by wykluczyć ewentualne złamanie.

- Nasz pobyt na SOR-ze trwał prawie dziewięć godzin. Syna nie zbadał ani laryngolog, ani tym bardziej chirurg. Na podstawie opisu prześwietlenia nosa, które było gotowe po czterech godzinach od badania, stwierdzono, że nie doszło do złamania i wypuszczono nas do domu. Laryngologa szukaliśmy na własną rękę, oczywiście prywatnie, i dopiero wówczas dowidzieliśmy się, skąd pojawił się tak masywny krwotok z nosa u dwulatka - mówi matka chłopca.

Pacjenci znani i pacjenci obcy

Leczenie w mniejszych miastach oraz na wsiach, chociaż może być utrudnione ze względu na ograniczony dostęp do wielu specjalistów, przeważa w kwestii leczenia w przychodniach u lekarzy rodzinnych.

Wybierając lekarza pierwszego kontaktu, pacjenci mniejszych miast rzadziej decydują się na jego zmianę, co sprawia, że lekarz lepiej "zna pacjenta" pod kątem jego historii choroby, ale często również historie zdrowotne w jego rodzinie. Ewentualna zmiana miejsca zamieszkania w obrębie małego miasta nie zawsze jest równoznaczna ze zmianą lekarza prowadzącego, w przeciwieństwie do mieszkańców dużych miast, który przy wyborze kierują się m.in. odległością placówki medycznej od domu, a nie przywiązaniem do swojego lekarza.

W większych miastach łatwiej również o usługi medyczne w ramach abonamentu zdrowotnego, jaki oferują liczne zakłady pracy. Prywatna opieka zdrowotna daje możliwość, by zdecydowanie szybciej umówić wizytę u lekarza rodzinnego czy specjalisty, jednak nie zawsze wiąże się to z leczeniem przez tego samego lekarza. W takich placówkach lekarze znają pacjentów jedynie z opisów poprzednich wizyt, zanotowanych w formie elektronicznej, a często nigdy wcześniej nie widzieli ich w swoim gabinecie.

Na wsiach brakuje lekarzy, w mieście brakuje im czasu

Ochrona zdrowia w całej Polsce jest tak samo niedoskonała. Od wielu lat przeżywa kryzys kadrowy, płacowy, a czasem etyczny. W małych miastach oraz wsiach brakuje specjalistów oraz lekarzy pierwszego kontaktu, w dużych miastach lekarzom brakuje czasu dla pacjentów, co wynika z braków kadrowych oraz przepracowania lekarzy, którzy dyżurują po kilkanaście godzin pod rząd.

Brak dostępu do lekarzy, długie kolejki do poradni specjalistycznych oraz wielogodzinne oczekiwanie na karetkę sprawiają, że najbardziej poszkodowani są pacjenci, którzy, bez względu na to, gdzie mieszkają, nie zawsze otrzymują pomoc na czas.

W raporcie GUS zwraca również uwagę, że "pacjenci podejmują decyzje o wyborze szpitala lub przychodni specjalistycznej, kierując się różnymi przesłankami, w ramach których odległość między miejscem zamieszkania a szpitalem lub przychodnią nie zawsze musi być najważniejsza". I zazwyczaj to nie odległość jest ważna, a właśnie fakt, jak szybko uzyskają oni pomoc, o którą muszą prosić lekarzy.