Trzeba powiedzieć jasno: jest źle. Według Głównego Urzędu Statystycznego współczynnik dzietności w Polsce spadł w 2024 r. do najniższego poziomu w historii i wyniósł 1,099. Jeśli taki wskaźnik zostanie utrzymany do 2060 r. liczba mieszkańców Polski - prognozuje GUS - spadnie do zaledwie 28,4 mln.
Według danych z 2023 roku Polska ma jeden z najniższych wskaźników dzietności w Europie. Nie oznacza to jednak, że gdzie indziej jest dużo lepiej. Współczynnik zastępowalności pokoleń wynosi 2,1. Bułgaria, która jest na czele państw UE, ma dzietność na poziomie 1,81. Zatem populacja w całej Europie kurczy się.
Przyczyn tego stanu rzeczy upatruje się w wielu czynnikach. Jedną z możliwych perspektyw jest skupienie się na przyczynach ekonomicznych. "Otóż główne przyczyny niskiej dzietności są znane [...] Należą do nich nierównowaga w wykształceniu kobiet i mężczyzn, wysoki odsetek młodych dorosłych pracujących na czas określony, niedostępność pracy na część etatu, spodziewane trudności finansowe w okresie pierwszych trzech lat po urodzeniu dziecka, niedostępność mieszkań dla młodych dorosłych" - pisał Mateusz Łakomy, autor książki Demografia jest przyszłością w artykule opublikowanym na łamach Klubu Jagiellońskiego.
Jeżeliby przyjąć tę tezę za dobrą monetę oznaczałoby to, że poprawa tego fatalnego stanu jest możliwa. "Ich [tj. powyższych przyczyn - CB] ograniczenie bądź likwidacja przyczynią się do wzrostu dzietności, a to rozwiązania znajduje się w naszym zasięgu pod warunkiem realizacji właściwych działań" - twierdzi Łakomy. W tym ujęciu problem, jaki mamy z demografią, jest do rozwiązania, zaś narzędziem do osiągnięcia tego celu są odpowiednio skonstruowane polityki publiczne.
Drugą możliwą perspektywą jest skupienie się na kwestiach. "Ważnym elementem pozytywnie wpływającym na aspiracje rodzicielskie jest budowanie prorodzinnej kultury afirmującej rodziny i rodzicielstwo. Można narzekać, że dzisiejsza kultura masowa, a zwłaszcza produkcje tworzone przez płatne platformy streamingowe, buduje negatywny obraz małżeństwa i rodziny. Można też jednak zastanowić się, co jako państwo i społeczeństwo możemy z tym zrobić. A możemy całkiem sporo" - pisał Michał Kot, założyciel Fundacji Instytutu Pokolenia.
I dodaje: "nawet najlepsza polityka finansowego wsparcia rodzin i rodziców oraz dostępność jakościowych usług publicznych niewiele zmienia w obszarze dzietności. Nie pomogą powszechne programy mieszkaniowe dające tani dach nad głową każdemu, kto tego pragnie, oraz nawet najbardziej elastyczny i przyjazny pracownikom rynek pracy".
"To wszystko będzie nieskuteczne, jeśli potencjalni rodzice nie będą chcieli mieć dzieci albo będą chcieli, lecz nie będą potrafili tworzyć trwałych związków romantycznych". Jak widać opinie są podzielone. Zatem kto ma rację? O dzietności decyduje kultura czy może jednak kwestie ekonomiczne? Teoretycznie za kwestiami ekonomicznymi przemawiają deklaracje Polek i Polaków.
"Według badania CBOS, Ocena polityki rodzinnej rządu i zaspokojenie potrzeb prokreacyjnych Polaków (wykonanego w lipcu 2022 r.), 46% Polaków chciałoby mieć dwoje dzieci, 22% troje, kolejne 10% więcej. Jedynie 9% marzy tylko o jednym dziecku, a 7% o bezdzietności. Średnia preferowana liczba dzieci przekracza 2,1, czyli liczbę dzieci na kobietę, jaka powinna się urodzić, by zachować zastępowalność pokoleń i zapobiec nieustannemu spadkowi liczby ludności" - pisze Mateusz Łakomy na łamach Klubu Jagiellońskiego. Zatem Polacy chcą dzieci, ale przeszkodą na tej drodze są wymieniane przez Łakomego trudności z zatrudnieniem na czas nieokreślony. Czy aby jednak jest tak na pewno?
Do odpowiedzi na to pytanie jeszcze wrócę. Najpierw jednak trzeba omówić czynnik, którzy przez dużą część badaczy jest uznawany za najistotniejszą barierę dla poprawy sytuacji demograficznej. Zanim bowiem zaczniemy usuwać przeszkody ekonomiczne stojące przed parami chcącymi mieć dziecko, to ta para musi najpierw powstać. A tu mamy duży problem.
Mamy bowiem zarówno w Polsce jak i całym kapitalistycznym świecie - bo również niezachodnie, niedemokratyczne a jak najbardziej kapitalistyczne Chiny ten problem dotyka - z kryzysem związków damsko męskich. Dziś wśród Polaków przed 30. rokiem życia 44% jest singlami, a dalsze 21% jest w parze z osobą, z którą nie mieszka. W 2024 roku 38% młodych mężczyzn i 28% kobiet nie współżyło z nikim od co najmniej roku.
W USA wygląda to jeszcze gorzej. Według badań Pew Research Center z 2021 r. ponad 60% amerykańskich mężczyzn poniżej 30. roku życia to single. A to przecież ciągle w związkach - i to stabilnych związkach - rodzi się najwięcej dzieci. To monogamiczny związek mężczyzny i kobiety - niekoniecznie jak wiemy z doświadczenia dozgonny, ale jednak przynajmniej przez pewien czas trwały - jest jednym z warunków, by zapewnić stabilne i bezpieczne warunki dla urodzenia i wychowania dziecka.
Skąd więc ta samotność? Dlaczego ludzie przestali łączyć się w pary? Próbę kompleksowej odpowiedzi na ten temat próbuje podjąć prof. Tomasz Szlendak, socjolog z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, w wydanej w tym roku książce Miłość nie istnieje. Autor analizuje tam kryzys miłości romantycznej, która przez niemalże cały XX wiek, z naciskiem na drugą jego połowę, stanowiła główny wzorzec wchodzenia w relacje, w których to następnie przychodziły na świat dzieci.
Co jest przyczyną, że miłość romantyczna przestała działać? Jedną z nich jest luka edukacyjna. Według danych Eurostatu w Polsce grupie wiekowej 25-34 studia wyższe kończy co druga kobieta (50,3%) i niespełna co trzeci mężczyzna (31,3%). Tymczasem zjawiskiem powszechnie obserwowanym jest to, że kobiety szukają partnerów o podobnym statusie społecznym co one lub wyższym. Kobiety są więc homogamiczne lub hipergamicznie.
Istnieje spór co do źródeł tego zjawiska. Przedstawiciele psychologii ewolucyjnej - dziedziny, która budzi kontrowersje co do jej statusu jako nauki - upatrują przyczyn tego stanu rzeczy w ewolucyjnie wypracowanych mechanizmach przetrwania. Kobieta jako potencjalna matka, szuka partnera, który będzie miał wystarczająco zasobów by zapewnić przetrwanie jej i jej dziecku.
Z kolei socjolożka Eva Illouz, choć podziela diagnozę co do istnienia homogamii lub hipergamii kobiet, jej przyczyn upatruje w społecznie utrwalonych oczekiwaniach wobec płci żeńskiej, że to właśnie one będą tymi, który poświęcą się na rzecz opieki nad dzieckiem. Zatem potrzebują mężczyzn, którzy zapewnią im materialny byt na czas ciąży i opieki nad dzieckiem. Podejście Illouz, w odróżnieniu od twierdzeń przedstawicieli psychologii ewolucyjnej, daje przestrzeń na możliwe modyfikację tego stanu rzeczy - zmiana jest możliwa, jeżeli dokona się modyfikacja dotychczasowej kultury i oczekiwanych ról kobiet i mężczyzn.
Drugą przyczyną, którą wymienia Szlendak jest... "heteropesymizm" kobiet. Spokojnie, wszyscy Ci, którzy chcieliby zapisać tego znamienitego badacza w grono przedstawicieli mizoginicznej manosfery, niech wstrzymają się z ocenami.
Zdaniem Szlendaka w drugiej połowie XX wieku wraz z kolejną falą feminizmu, myślicielki z tego nurtu dokonały swego rodzaju "dekonstrukcji" idei miłości romantycznej. Zdaniem takiej feministki jak Shulamith Firestone miłość romantyczna to pewnego rodzaju "opium dla kobiet" - wpisane w DNA miłości samopoświęcenie było de facto uzasadnieniem faktu, że na kobiety spada ciężar macierzyństwa i dbania o dom, gdy tym czasem mężczyźni mogą swobodnie realizować się w pracy.
Przekonaniu, że należy się wyrwać z dotychczasowego modelu towarzyszyła idea samorealizacji. Tym czasem ideał miłości romantycznej - jak pisałem wyżej - wymaga samoograniczenia. Nie jest możliwe by pogodzić te dwie rzeczy na raz - zwłaszcza, że przekazywany kulturowo wzorzec jako źródło spełnienie wskazuje często karierę zawodową.
Żeby było jasne - prof. Szlendak nie obwinia współczesnych kobiet. Jako socjolog twierdzi, że wszyscy bez wyjątku - czy tego chcemy czy nie - jesteśmy nieświadomie kształtowani przez system socjo-ekonomiczny, w którym żyjemy i towarzyszącą temu kulturę. Gdyby nasze prababki, które rodziły po dziesięcioro dzieci, żyły dziś, miałyby dokładnie takie same problemy.
Jest jeszcze jeden czynnik, który wyraźnie psuje możliwość zawierania relacji. To aplikacje randkowe. "70 proc. młodych Polaków randkuje online. Jednak w pokoleniu Z (osoby w wieku 18-29 lat) oraz millenialsów (30-44 lata) tylko 9 proc. osób w trwałych związkach poznało partnera w ten sposób" - pisze dr Anna Gromada, socjolożka z Polskiej Akademii Nauk, w eseju opublikowanym przez "Politykę Insight".
Dlaczego przysłowiowy Tinder - jako symbol aplikacji randowych - psuje świat relacji? Jest tak z kilku powodów. Po pierwsze aplikacje randkowe - ale także social media w ogóle - dają możliwość kreowania wyidealizowanego obrazu siebie samego. Lajki, ilość tzw. "par" na Tinderze mogą skutecznie ten obraz utwierdzać. Do czego to prowadzi?
"Za sprawą rosnących zasobów ekonomicznych i społecznych kobiet, a także za sprawą nadmiaru opcji do wyboru, jakie pojawiają się na rynku aplikacji randkowych, miewamy dziś kłopot z realistyczną oceną własnej atrakcyjności. Coraz częściej dzieje się tak, że kobiece szóstki pragną męskich dziewiątek, co daje tym ostatnim znaczącą przewagę na rynku. Mogą do woli wybierać i przebierać, jednak - co łatwe do przewidzenia - wcale nie czynią tego pośród damskich szóstek czy siódemek.
Ostatecznie coraz więcej mężczyzn zostaje uznanych za średniaków. Zostaje usuniętych poza nawias erotycznego zainteresowania, a z kolei średniaczki bezskutecznie walczą o uwagę osobników znajdujących się dużo wyżej w skali atrakcyjności. Ci zaś są coraz rzadziej skłonni do wchodzenia w trwałe związki. To rodzi u kobiet frustrację i coraz większe rozczarowanie mężczyznami" - czytamy w Miłość nie istnieje.
Powyższy język może razić zbyt "ekonomicznymi" wyrażeniami. Atrakcyjność oceniana w skali od 1 do 10, rynek matrymonialny. Jednak prawdą jest, że człowiek, szukając pary, zawsze starał się wybrać najlepszą możliwą opcję. Niezależnie od tego, czy chodziło o najlepszą możliwą opcję pod względem materialnym - jak za czasów małżeństw aranżowanych - czy pod względem atrakcyjności i dopasowania dusz.
Jednak w świecie przed-internetowym, przed-tinderowym łatwiej było dowiedzieć się prawdy o swojej faktycznej atrakcyjności. Media społecznościowe i aplikacje randkowe - poprzez możliwość kreacji i zbieranie "lajków", które wprowadzają nas w iluzję, że ta kreacja jest prawdą - często bardzo znacząco utrudniają dowiedzenia się prawdy o tym, jak rzeczywiście postrzegają nas inni. W związku z tym szukamy "partii" u której realnie nie mamy szans i nie widzimy tych, które są w naszym zasięgu.
Prawda o tym, że mężczyźni i kobiety szukają najlepszego - proporcjonalnego do ich statusu i urody - partnera prowadzi nas do kolejnej pułapki, jaką zastawiają aplikacje randkowe na szukających miłości mężczyzn i kobiet. Jest to wrażenie nieograniczonego wyboru, który prowadzi - do braku wyboru. W psychologii to zjawisko znane jest pod nazwą paradoksu wyboru.
Dopóki wybór partnera ograniczony był do wioski, szkoły, miejsca pracy bądź zamieszkania, jego dokonanie nie stanowiło aż tak dużej trudności. Aplikacje randkowe powodują zaś wrażenie, że ciągle gdzieś tam za rogiem, za "kolejną parą" czeka na nas jeszcze lepsza opcja, jeszcze lepszy model. Iluzja wiecznej alternatywy odwodzi nas od decyzji, by próbować związać się z "wystarczająco dobrą dziewczyną" i wystarczająco "dobrym chłopakiem".
Ponadto taki nadmiar wyboru sprawia, że gdy już tego wyboru dokonamy, to wiąże się on w pierwszej kolejności z doświadczeniem smutku i straty, aniżeli radości. Nadmiar opcji sprawia, że mamy wrażenie, że wybierając jednego partnera, tracimy tysiące innych. Zatem wybór dziś jest związany raczej z doświadczeniem żałoby, aniżeli radości.
W końcu ostatni fakt, dlaczego Tinder nie jest najlepszym miejscem do znalezienia partnera. A jest nim prawda, że... nie jest to biznesowym celem aplikacji. "Ich producentom wcale nie zależy, żebyśmy skutecznie łączyli się w pary. Im mniej efektywne na polu okazują się aplikacje, tym więcej zysków przynoszą swoim właścicielom. Gdyby większość klientów i klientek wiązała się w trwałe stadła, aplikacje szybko poszłyby w odstawkę" - pisze prof. Tomasz Szlendak.
Aplikacjom typu Tinder zależy na jak najdłuższym utrzymaniu użytkowników w aplikacji. Na tym polega model biznesowy tego typu narządzi matrymonialnych. "Nie jest nowością, że celem dużych aplikacji typu hook up jest utrzymanie ludzi w stanie samotności. Gdyby Tinder byłby skuteczny w dobieraniu ludzi w pary, bardzo szybko by zbankrutował.
Tinder bowiem z jednej strony generuje przychody, dzięki reklamom wyświetlanym w aplikacji. Te zaś dzięki danym zostawianym w aplikacji przez użytkownika można doskonale modelować pod to, by zachęcić go do zakupu danego produktu. Dlatego to firmom opłaca się płacić aplikacjom randkowym za możliwość umieszczenia w nich reklamy, gdyż daje im to dostęp do szerokiego rynku potencjalnych konsumentów.
Ponadto Tinder zarabia za płatności za dodatkowe funkcje, które mają teoretycznie dawać większe szanse na znalezienie partnera. Czy te funkcje rzeczywiście zwiększają szanse - cóż, wszystko wskazuje na to, że raczej nie. Ostatecznie okazuje się, że aplikacja bezwzględnie monetyzuje samotność i pragnienie relacji współczesnego człowieka.
Wróćmy do pytania, które postawiłem na początku. Wyobraźmy sobie, że powyższe przeszkody zostają przezwyciężone. Powstaje aplikacja, która nie ma na celu zysku, lecz dobro korzystających z niej ludzi, zaś ci coraz częściej spotykają się w rzeczywistym świecie i ostatecznie dobierają się w pary. Co więcej mają zapewnioną bazę mieszkaniową, żłobkową, posiadają umowy o pracę na czas nieokreślony. Krótko mówiąc: wszystkie warunki na to, żeby na świecie pojawiło się dziecko, zostają spełnione. Przypomnę: aż 46% Polaków chciałoby mieć dwoje dzieci!
Prof. Tomasz Szlendak w podcaście Polityki Insight stwierdził, że wbrew deklaracjom Polaków, nawet w sytuacji gdyby zostały spełnione wszystkie warunki materialne i każdy posiadałby swojego partnera, wcale nie zaczęłoby pojawiać się więcej dzieci. Dlaczego? Ponieważ pojawienie się dziecka oznacza ograniczenie komfortu i konsumpcji, do której my ludzie XXI wieku jesteśmy strukturalnie zaprogramowani.
Nie należy wierzyć deklaracjom danym w ankietach - ludzie jedno deklarują, a potem - mówiąc nieco kolokwialnie - życie weryfikuje. Gdy dziś przychodzi do realnego wyboru rezygnacji z części wygód na rzecz wysiłku związanego z urodzeniem i wychowaniem dziecka, to współczesny człowiek - zdaniem prof. Szlendaka - wybierze wygodę.
Krótko mówiąc - obywatel kapitalistycznego świata się nie reprodukuje, bo... nie musi. Dziecko nie jest już niezbędnym zabezpieczeniem na starość, nie jest egzystencjalną koniecznością. Dla współczesnego człowieka argumenty z tego, że za kilkadziesiąt lat Polska będzie miała demograficzny problem, a gospodarka się załamie to abstrakcja. Czemu ktokolwiek miałby poświęcać swoje życie na rzecz przyszłych, abstrakcyjnych pokoleń, czy jeszcze bardziej abstrakcyjnej idei przetrwania narodu?
I znów - nie chcę przez to stwierdzić, że współczesne pokolenia są wyjątkowo samolubne lub zepsute. Powtarzam - gdyby dziś żyły nasze prababki i nasi pradziadkowie, prawdopodobnie postępowaliby dokładnie tak samo. Większość z nas jest bowiem głęboko w swych postawach kształtowana przez system, w który żyje. Nie twierdzę, że on determinuje nas całkowicie, że nie ma możliwości "pójścia pod prąd". Twierdzę tylko, że jest to bardzo trudne i stać na to prawdopodobnie nielicznych.
Dlatego, zdaniem prof. Tomasza Szlendaka, ale także dr Anny Gromady, żeby obecna sytuacja się zmieniła, musiałby nastąpić poważny kryzys, w skutek którego obecny system socjo-ekonomiczny uległby znaczącym przeobrażeniem. Jednostki musiałyby bardzo konkretnie odczuć, że posiadanie dziecka jest potrzebą egzystencjalną, zaś styl życia nastawiony na konsumpcję stałby się niemożliwy. Bo niestety - jak twierdził Jacek Dukaj - człowiek zwykle robi to co słuszne, tylko wówczas, gdy nie ma innego wyboru.