Narodowe Archiwum Cyfrowe
Tomasz Czapla 05:00 07.08.21

Gdzie pan jest, generale? Sprawa Włodzimierza Zagórskiego

N

N ajwiększa zagadka kryminalna II RP? Jeśli nie, to zaginięcie generała Włodzimierza Zagórskiego z pewnością znajduje się w czołówce. Wojskowy, osobisty wróg Józefa Piłsudskiego od I wojny światowej, po przewrocie majowym zostaje uwięziony na polecenie Marszałka w Wilnie i spędza tam blisko 15 miesięcy. 6 sierpnia 1927 roku opuszcza więzienne mury, pod wojskową eskortą trafia do Warszawy i tam rozpływa się w powietrzu. Uciekł przed zemstą biznesowych partnerów? Zaopiekował się nim wywiad francuski? A może za zniknięciem generała stoją piłsudczycy? Ślady prowadzą do tych ostatnich.

Reklama

Zniknięcie Zagórskiego to gotowy materiał na odcinek "Sensacji XX wieku" - w tej historii mamy długoletnią nienawiść dwóch wojskowych, wątki agenturalne, luksusowe auta i dziesiątki plotek o losach zaginionego. Łącznie z taką o rozpuszczeniu jego zwłok w kwasie siarkowym, ale do tego jeszcze wrócimy. Przed rekonstrukcją wydarzeń z początku sierpnia 1927 roku trzeba się bowiem cofnąć o kilkanaście lat, przed I wojnę światową. Włodzimierz Zagórski był wówczas oficerem armii austro-węgierskiej i pracował w wywiadzie wojskowym. Z kolei Piłsudski oraz związani z nim ludzie z tymże wywiadem współpracowali.

Późniejszy Marszałek i jego otoczenie (m.in. Walery Sławek) dostarczali Austriakom informacje np. o rozmieszczeniu wojsk rosyjskich w Królestwie Polskim. W zamian Wiedeń przymykał oko na organizowanie przez Piłsudskiego ruchu paramilitarnego w Galicji. W ten sposób Komendant budował kadry przyszłego Wojska Polskiego i dla tego celu byłby pewnie gotów porozumieć się nawet z diabłem. Wypadło na zaborcę i do dziś przeciwnicy Piłsudskiego zarzucają mu agenturalność. Nic bardziej mylnego, bo jeśli komuś szkodził, to przede wszystkim caratowi.

Reklama

Najnowsze wydanie Tygodnika co sobotę w Twojej skrzynce. Zapisz się do newslettera >>

Pora wrócić do Zagórskiego - czy przy okazji kontaktów z wywiadem Piłsudski zetknął się z nim? Nie wiadomo, ale przez całe dwudziestolecie międzywojenne wśród polityków i wojskowych krążyły pogłoski, że były pracownik wywiadu ma "papiery" na Marszałka. Zagórski rzekomo dysponował pokwitowaniami odbioru pieniędzy od austriackich służb, podpisanymi przez Piłsudskiego. Nic pewnego na ten temat nie wiemy, za to podczas I wojny światowej obydwaj znaleźli się w Legionach Polskich. Piłsudski jako dowódca I Brygady, Zagórski jako szef sztabu Komendy LP.

Bohater tego tekstu miał predyspozycje do kariery w Legionach - absolwent dwóch akademii wojskowych, który ukończył też kilka semestrów prawa, do tego poliglota (znał sześć języków obcych). Piłsudczycy zarzucali mu jednak brak najważniejszej cechy - patriotyzmu, według nich Zagórski działał w Legionach (podległych zaborcy) jako oczy i uszy austriackich wojskowych. Podkomendni Piłsudskiego puścili nawet we frontowy obieg złośliwy wierszyk "Modlitwa" z szefem sztabu w roli głównej, oczywiście niechlubnej.

"Wierzę w  [...] kapitana Zagórskiego [...] który się począł w Naczelnej Komendzie Armii, narodził się w Komendzie Legionów, umęczon tamże przez Puchalskiego, jednak nie umarł i dotąd nie pogrzebion. Nastąpił do Krakowa, trzeciego dnia wrócił z głową plastrem zalepioną. [...] Wierzę w  [...] gwiazdek rozdawanie, pierwszej brygady rozparcelowanie, sprzedajność wieczną". Ostrze satyry to jednak najłagodniejsza z broni, jakich używali przeciw sobie Zagórski i Piłsudski, bądź piłsudczycy.

Np. gdy w sierpniu 1915 roku Komendant udał się do Warszawy, aby wstrzymać werbunek do Legionów (do momentu zgody zaborców - Niemiec i Austro-Węgier - na polityczne ustępstwa wobec Polaków), szef sztabu próbował go aresztować. On też przygotował, podpisaną przez Komendanta Legionów, Karola Durskiego-Trzaskę, opinię na temat Piłsudskiego (skierowaną do Austriaków), w której demaskował patriotyczne dążenia adwersarza - "dążąc do zupełnie wolnej i niezależnej Polski, uznaje austrofilski kierunek tylko jako środek do celu". Brygadier rewanżował się ostentacyjnym lekceważeniem rozkazów Zagórskiego i Durskiego, jak w przypadku tzw. marszu na Czeremoszno.

Antokol, czyli zemsta

Kto miał rację w sporze? To zależy od punktu widzenia - dla Piłsudskiego, jako polityka w mundurze, łamanie dyscypliny wojskowej było słuszne, jeśli służyło jego celom. Zagórski - zawodowy żołnierz - wykluczał za to politykowanie w armii i działania Komendanta traktował jako warcholstwo. Niektóre posunięcia Piłsudskiego, jak brak podziału I Brygady na dwie grupy bojowe (co nakazał Zagórski) i marsz posiadanymi siłami w stronę Czeremoszna we wrześniu 1915, rzeczywiście ocierały się o bunt. Tyle że szef sztabu nie znał hamulców w walce - podczas kryzysu przysięgowego żołnierzy wiernych Piłsudskiemu “potraktował jak przestępców, aresztował i obdartych z odzieży, [...] odesłał do Szczypiorna".

Do tego doszły kwestie ambicjonalne - obu wojskowym marzyła się po prostu władza nad Legionami. W wolnej Polsce temperatura konfliktu absolutnie nie spadła, choć Piłsudski w krytycznym momencie wojny z bolszewikami potrafił zaakceptować swojego wroga jako szefa sztabu Frontu Północnego. Kolejne lata to dla Zagórskiego dzielenie czasu między wojsko i biznes - zaangażował się w działalność spółki Francopol (Francusko-Polskie Zakłady Samochodowe i Lotnicze), w latach 1924-1926 był zaś dowódcą polskiego lotnictwa. Stanowisko to stracił na niecałe dwa miesiące przed przewrotem majowym.

Nie na długo - gdy Marszałek i jego podkomendni wypowiedzieli posłuszeństwo rządowi Wincentego Witosa, Zagórskiego ponownie widzimy na czele sił powietrznych. To on odpowiada za łączność między legalnymi władzami wojskowymi a prorządowymi dowódcami korpusów, to on organizuje zrzuty bombowe na oddziały zamachowców. Do tej ostatniej kwestii jeszcze wypadnie wrócić, tymczasem "maj" przyniósł zwycięstwo Piłsudskiemu. Był to krwawy triumf, co Marszałek ciężko przeżył i w specjalnym rozkazie do żołnierzy sugerował łagodne obejście się z dowódcami stojącymi po stronie Witosa.

Dla kilku z nich, w tym naszego bohatera, nie przewidział jednak taryfy ulgowej - dowodem spotkanie z naczelnym prokuratorem wojskowym Józefem Dańcem i Prezesem Najwyższego Sądu Wojskowego Jakubem Krzemińskim. Już kilka dni po zakończeniu walk Piłsudski zażądał od nich znalezienia materiałów (mniejsza o to, czy wiarygodnych) obciążających Zagórskiego, a także Tadeusza Rozwadowskiego i Bolesława Jaźwińskiego. Dzięki temu, jak powiedział, "można by prowadzić śledztwo, a cho­ciażby trzymać ich pod aresztem". Temu życzeniu stało się zadość i wspomniani generałowie, oraz obalony minister spraw wojskowych Juliusz Malczewski, trafili za kratki.

Najpierw osadzono ich w Wojskowym Więzieniu Śledczym w Warszawie, a wkrótce zostali przetransportowani do Wilna, do zakładu karnego na Antokolu. W ten sposób Zagórski stał się niejako osobistym więźniem Piłsudskiego i pozostał w izolacji do sierpnia 1927 roku. W warunkach, dodajmy, dosyć uciążliwych - uwięzionych generałów umieszczono w nieogrzewanych celach, cenzurowano ich korespondencję, utrudniano im dostęp do lekarzy itd. Były szef lotnictwa nie zamierzał jednak prosić piłsudczyków o łaskę. Dowodem słowa Mariana Zdziechowskiego, rektora Uniwersytetu Wileńskiego i dobrego znajomego Zagórskiego.

Uczony widział się z nim w więzieniu w czerwcu 1927 roku. Jak później relacjonował, “[generał] oczekiwał rozprawy sądowej, będąc pewnym, że udowodni ona jego niewinność". Bezkompromisowa postawa legionowego szefa sztabu przebija się też z jego więziennych listów: "wiemy doskonale, że wypuściliby natychmiast tak Generała [Rozwadowskiego], jak i mnie, gdybyśmy się zobowiązali dobrowolnie wyjechać za granicę [...], ale na to nie pójdziemy. Nie uważamy bowiem, żeby ktokolwiek miał prawo wydziedziczać dwóch Polaków z ich Ojczyzny, dlatego tylko, że tak się...[Piłsudskiemu] podoba".

Miesiące za kratkami, oskarżenia brak

Równolegle do pobytu Zagórskiego, za kratkami toczyło się przeciw niemu dochodzenie. W iście ślimaczym tempie, bo do sierpnia 1927 wojskowy prokurator nie zdołał nawet sformułować aktu oskarżenia. Dziwne? Niekoniecznie, bo choć śledczy badali kilka wątków, które mogłyby poskutkować zarzutami, miały one dosyć kruchą podstawę. Pierwszy z brzegu, zastrzelenie przez Zagórskiego dwóch żołnierzy podczas walk majowych, okazał się stugębną plotką. Generałowi wyciągnięto też sprawy gospodarcze - w trakcie szefowania IV Departamentowi Ministerstwa Spraw Wojskowych (Żeglugi Powietrznej) miał m.in. nie egzekwować kar umownych należnych od spółki Francopol.

Tej samej, w której działał przed wstąpieniem do MSWoj. i która miała dostarczać armii samoloty i silniki lotnicze. Zarzut z gatunku "ręka rękę myje" mógłby być celny, ale w aferę było zamieszanych zbyt wiele osób ze świecznika, a i rola Zagórskiego nie była do końca jasna. Wreszcie, w śledztwie przewijają się inne wątki dotyczące przewrotu majowego - zarekwirowanie cywilnych samolotów firmy "Aerolot" i rozkaz bombardowania sił Piłsudskiego. Ktoś złośliwy mógłby zauważyć, że jeśli chodzi o zrzuty bomb, to Zagórski realizował polecenia z góry (gen. Rozwadowskiego), a same ataki były odwetem za ostrzelanie przez zamachowców Belwederu.

Tak czy siak, śledztwo przedłużano, zmieniali się śledczy, a kolejne wnioski Zagórskiego o uchylenie aresztu były odrzucane. Nie było do tego specjalnie podstaw, ale też i nie prokuratorzy czy sędziowie decydowali o losach aresztanta. Musieli zważać na sygnały płynące od Piłsudskiego i jego otoczenia, a te były jednoznaczne. Przynajmniej do przełomu lipca i sierpnia 1927, gdy z naczelnym prokuratorem wojskowym, wspomnianym Józefem Dańcem, skontaktował się jeden z najbliższych współpracowników Marszałka, Aleksander Prystor. Wówczas szef jego gabinetu w Generalnym Inspektoracie Sił Zbrojnych (GISZ).

W tym miejscu wkraczamy na grząski teren spekulacji i hipotez, bo zeznania świadków, dotyczące kolejnych epizodów tej historii, nieraz się wykluczają. Wiemy jednak, że Prystor (zapewne na polecenie Piłsudskiego) zapytał Dańca, co należy zrobić, żeby Zagórski wyszedł na wolność. Odpowiedź - "prokurator powinien złożyć wniosek [o uchylenie aresztu - przyp. red.], a sąd podejmuje decyzję [o zwolnieniu]" - już 4 sierpnia stała się faktem i generał teoretycznie powinien niebawem opuścić więzienne mury. Nakaz zwolnienia nie trafia jednak, zgodnie z prawem, bezpośrednio do wileńskiego prokuratora wojskowego, a do rąk... Prystora.

Ten jeszcze tego samego dnia wzywa do siebie Lucjana Miładowskiego, kierownika Samodzielnej Sekcji Personalnej GISZ. To zaufany oficer - w maju przywiózł z Wilna do Warszawy, zwolnionego z więzienia, generała Rozwadowskiego, a w czerwcu towarzyszył Zagórskiemu w drodze na pogrzeb matki (generał dostał przepustkę). Miładowski później zezna, że od Prystora otrzymał rozkaz wyjazdu do Wilna i przywiezienia stamtąd Zagórskiego, w dniu 6 sierpnia, do Belwederu. Tam generał miał stanąć do raportu przed obliczem Piłsudskiego.

Warszawa, Wilno i cadillac widmo

Uważna lektura zeznań Miładowskiego budzi jednak wątpliwości, bo jak stwierdził: "Otrzymałem od płk. Prystora ustną instrukcję, żeby z przyjazdu gen. Zagórskiego nie robić żadnej sensacji, żeby nie rzucało się w oczy, że on jest aresztowany". Z tego wynika, że choć były szef lotnictwa decyzją sądu odzyskał wolność, miał do Warszawy podróżować jako aresztant. W dodatku, jeśli Prystor rzeczywiście powiedział Miładowskiemu, że Zagórski ma się 6 sierpnia zameldować u Piłsudskiego, to mijał się z prawdą. To spotkanie nie byłoby fizycznie możliwe. Dlaczego?

Pociąg z Wilna do Warszawy dotarłby na miejsce 6 sierpnia o godzinie 19:45, a Marszałek miał tego dnia o 20:40 zaplanowaną kolejową podróż ze stolicy do Kalisza. Tam 7 sierpnia odbywał się Zjazd Legionistów i choć Piłsudski w ostatniej chwili zmienił środek transportu (wyjechał autem, po południu 6 sierpnia, z żoną i dziećmi), w żaden sposób nie mógł się zobaczyć z Zagórskim. Prystor musiał o tym wiedzieć już 4 sierpnia - czy w takim razie okłamał Miładowskiego? Bardziej prawdopodobne, że to kierownik Sekcji GISZ wprowadził w błąd śledczego Wilhelma Mazurkiewicza, prowadzącego poszukiwania Zagórskiego. Rozmowa z Prystorem mogła dotyczyć przywiezienia generała do Warszawy, ale na pewno nie do Belwederu...

4 sierpnia ma również miejsce inny epizod - Zygmunt Wenda, adiutant Piłsudskiego, telefonuje do dyżurnego garaży GISZ i żąda udostępnienia wojskowej limuzyny, cadillaca nr 24. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że pojazdy Inspektoratu są zawsze dostarczane w pakiecie z szoferem, a Wenda chce cadillaca bez kierowcy. Zresztą, pełni on w zasadzie rolę pośrednika, bo samochód ma trafić do dyspozycji Bolesława Wieniawy-Długoszowskiego, byłego adiutanta Piłsudskiego, a teraz dowódcy I Pułku Szwoleżerów. "Piękny Bolek" odegrał w zaginięciu Zagórskiego prawdopodobnie rolę "pożytecznego idioty", ale nie uprzedzajmy faktów.

Życzenie Wendy nie zostaje od razu spełnione - budzi na tyle duże wątpliwości, że osobiście odwiedza go Stanisław Staniszewski, zastępca kierownika garaży GISZ. Adiutant Marszałka potwierdza swoje żądanie, ale jego rozmówca pozostaje nieprzekonany i po konsultacji z dowódcą kolumny samochodowej GISZ prosi o pisemny rozkaz wydania auta. Tak się dzieje, a Wenda dodaje, że limuzyną będzie kierował porucznik szwoleżerów Emil Wakre (Vacqueret). Teraz najważniejsze - ów cadillac jest widziany przez świadków 6 sierpnia wieczorem na warszawskim Dworcu Wileńskim. Tam, gdzie z pociągu wysiada Zagórski i dokładnie o tej samej porze. Mało tego, w środku znajdują się cztery osoby, w tym trzech to wojskowi.

Nim przybliżymy szczegóły obecności cadillaca na dworcu, warto wspomnieć, że nie udało się ustalić losów auta w kolejnych dniach. Pewne jest, że do garażu GISZ wróciło 13 sierpnia, a odstawił je wspomniany już por. Wakre... Podsumowując, 4 sierpnia Prystor wysyła Miładowskiego do Wilna po Zagórskiego, a Wenda żąda samochodu, który później pojawia się w tym samym miejscu i czasie, co generał. Nietrudno wysnuć wniosek, że te działania były skoordynowane i że Prystor mógł nakazać Wendzie zorganizowanie auta pilnującego, czy Zagórski dotarł do Warszawy.

Tymczasem 5 sierpnia Miładowski dociera nad Wilię, dokładniej do prokuratora wojskowego, Edmunda Wełdycza. Ustalają, że nazajutrz wspólnie udadzą się na Antokol, aby odebrać Zagórskiego z więzienia i informują o tym komendanta Miasta Wilna, Stanisława Dworzaka. Ten zaś bierze na siebie formalności związane z wyjazdem generała do Warszawy (zakup biletu na pociąg, rezerwacja przedziału, zamówienie auta przewożącego byłego szefa lotnictwa z więzienia na dworzec itd.). Co wówczas dzieje się z cadillakiem? Przez cały dzień stoi sobie w garażu GISZ, bo gdy tamtejszy kierowca przyjechał do koszar szwoleżerów, aby przekazać auto, został odprawiony z kwitkiem.

Nadchodzi wreszcie 6 sierpnia - około godziny 6:00 Miładowski i Wełdycz przekraczają progi wileńskiego więzienia i kierują swe kroki do szefa placówki Zygmunta Tymańskiego. Od nich komendant dowiaduje się, że Zagórski ma zostać zbudzony i przygotować się do wyjazdu. Gdzie? Tego Wełdycz Tymańskiemu nie ujawnia, co więcej, nie informuje go, w jakim charakterze generał opuszcza więzienie. Na dodatek "zwolnienie" wojskowego odbywa się bez jakiegokolwiek pisemnego potwierdzenia - mimo że prokurator dysponuje nakazem zwolnienia, przekaże dokument do więzienia dopiero 8 sierpnia!

Eskorta w pociągu, eskorta na dworcu

Co na to wszystko najbardziej zainteresowany? Wieść o wyjeździe nie wzbudziła w nim entuzjazmu - przebudzony w celi przez Tymańskiego, zapytał "co to ma znaczyć?" i podkreślił, że "Wy tak robicie ze mną, jak z gen. Rozwadowskim, ale ja się tak nie dam". Dopiero na rozkaz przestał się ociągać i zaczął szykować do drogi (zgodnie z poleceniem Wełdycza przebrał się w cywilne ubranie). Dodajmy, że Zagórskiemu nie powiedziano ani że jest wolny, ani dokąd jedzie - opuszczał więzienie nieświadom swego losu. Około 08:20 pociąg relacji Wilno-Warszawa, z nim i Miładowskim na pokładzie, rozpoczął jazdę.

Szczegółami podróży generała i jego konwojenta nie ma co zanudzać czytelnika, z jednym wyjątkiem. Mianowicie, znaczną część trasy Zagórski przebył w towarzystwie tajemniczego majora, z którym rozmawiał w cztery oczy - Miładowski przebywał wówczas w sąsiednim przedziale (zeznanie konduktora pociągu). Pytany o to przez śledczego Mazurkiewicza, stwierdził, że major był przygodnie napotkanym oficerem, z którym gawędzili o wszystkim i o niczym, a na pewno nie zostawił go sam na sam z Zagórskim. Nie bądźmy jednak naiwni - konduktor nie miał powodu, by kłamać, a ów major nieprzypadkowo znalazł się w pociągu. Wydaje się, że prowadził jakieś negocjacje z byłym dowódcą lotnictwa.

W tym momencie musimy opuścić pociąg z Miładowskim, Zagórskim i majorem, bo w Warszawie dzieją się nie mniej ciekawe wydarzenia. Oczywiście, mowa o cadillacu, który 6 sierpnia około południa (dokładna godzina nie jest znana, było to między 11:00, a 14:00) trafił z GISZ do I pułku szwoleżerów. Tuż przed jego przyjazdem do dyżurnego jednostki zdążył jeszcze zadzwonić Wieniawa i poprosić o przekazanie limuzyny jednemu-dwóm oficerom, którzy zgłoszą się po auto. Istotnie, koło godziny 17:30 w pułku gości "kapitan piechoty, średniego wzrostu, brunet, odznaczony "Virtuti Militari", mający odznakę II Brygady".

Oficer dysponuje wizytówką Wieniawy i na tej podstawie zostaje mu wydany cadillac. Odbiór auta nie obywa się jednak bez przeszkód - wyjeżdżając z magazynu, kapitan zahacza błotnikiem o drzwi i potrzebna jest interwencja jednego z kawalerzystów. Mijają minuty, odbiorca wozu się niecierpliwi, ale po krótkiej naprawie może ruszyć w trasę i znika z pola widzenia szwoleżerów (być może z jednym pasażerem, kolejnym kapitanem piechoty). Znowu - niby nic dziwnego, przejął auto i tyle, ale jedna rzecz nie daje spokoju. Kapitan pokazał bowiem w pułku wizytówkę Wieniawy z napisem "proszę o wydanie samochodu oddawcy". Dlaczego dowódca I pułku nie wypisał konkretnego nazwiska odbiorcy?

Może dlatego, że sam nie wiedział, kto ma przejąć cadillaca w jego imieniu (jakby tego było mało, 6 sierpnia Długoszowski wypożyczył z GISZ jeszcze jedną limuzynę, za pośrednictwem... Wendy)? Spróbujemy odpowiedzieć potem, teraz na scenę powraca Prystor, który ok. 16:00 wzywa w Belwederze Wendę i poleca mu jechać na Dworzec Wileński. Rzekomo po to, aby powiadomić Zagórskiego, że planowany raport u Marszałka nie dojdzie do skutku i generał stanie przed nim kilka dni później. Tylko że szef gabinetu GISZ od dawna wie, że spotkanie Piłsudski-Zagórski nie jest możliwe 6 sierpnia. Po co więc cała wyprawa Miładowskiego?

Prystor nie odpowiedział nigdy na to pytanie, zadbał za to, aby Wenda miał czym wrócić z dworca. Na jego polecenie po adiutanta Piłsudskiego wyjechał - wojskowym fordem - szeregowy Mieczysław Cempel i ok. 19:35 zatrzymał się przed peronami. Po 10 minutach na miejsce dociera pociąg z Wilna, z Miładowskim i Zagórskim (nie wiemy, gdzie i kiedy wysiadł major) i kto na nich czeka? Nie tylko Wenda, ale i cadillac z trzema wojskowymi i jednym cywilem w środku (zeznanie dyżurującego na Dworcu Wileńskim policjanta). Jeden z nich to "oficer w czapce szwoleżerskiej z czerwonym otokiem" (Wakre?).

Zamiast Zagórskiego, szukajcie wiatru w polu!

Na usta ciśnie się pytanie - jeśli Zagórskiego na krok nie opuścił Miładowski, na dworcu jest jeszcze Wenda, w jakim celu zajechał tam tercet oficerów? Gdy śledczy Mazurkiewicz pytał później o to adiutanta, ten stwierdził, że żadnego cadillaca na dworcu nie widział. A przecież Wenda sam go wynajął dla Wieniawy, do tego Cempel potwierdził, że limuzyna była na dworcu! Musiał dostrzec auto i bezczelnie okłamywał śledczego, można nawet zaryzykować tezę, że cadillac pojawił się tam na jego polecenie.

Tak czy inaczej, Zagórski w towarzystwie Miładowskiego wysiadł z pociągu, przywitał się z Wendą i oddał swoje bagaże do przechowalni. Zabrał je tragarz Aleksander Radzikiewicz, który potwierdzi później przed śledczym tożsamość generała - znał go, bo dwa miesiące wcześniej obsługiwał przy okazji przyjazdu na pogrzeb matki. To ważne, bo bezspornie rozstrzyga, że Zagórski dotarł cały i zdrowy do Warszawy (plotki głosiły, że zamordowano go w drodze do stolicy). Następnie generał miał się zgodzić na podwózkę zaproponowaną przez Wendę i wsiąść, wraz z nim i Miładowskim, do forda kierowanego przez Cempla.

Cała czwórka odjechała spod dworca około 19:55, a kilka chwil po nich ruszył cadillac. Cempel zeznał, że limuzyna wyprzedziła ich na ulicy Zygmuntowskiej, tuż przed mostem Kierbedzia, i wtedy zniknęła mu z oczu. Ford z Zagórskim miał się natomiast zatrzymać na Krakowskim Przedmieściu, gdzie generał opuścił auto, bo chciał się wykąpać w pobliskiej łaźni. Tak przynajmniej zeznali Wenda, Miładowski i Cempel - o ile dwaj pierwsi nieraz okłamywali śledczego, zeznania kierowcy wydają się być wiarygodne. Z drugiej strony, policjant pełniący 6 sierpnia służbę na Przedmieściu zaprzeczył, aby zatrzymywał się tam wieczorem wojskowy ford. Gdzie więc wysiadł Zagórski?

Jeśli założymy, że bohater tego tekstu rzeczywiście chciał skorzystać z łaźni, Wenda, Miładowski i Cempel byli ostatnimi osobami, które widziały go żywego. Generał po wyjściu z auta przepadł jak kamfora i dwumiesięczne dochodzenie nie pozwoliło ustalić, co się z nim stało. Nie z winy śledczego - major Wilhelm Mazurkiewicz starał się dojść do prawdy, ale przełożeni i niektórzy świadkowie wciąż kładli mu kłody pod nogi. Choćby Prystor - mimo obietnic nigdy nie stawił się na przesłuchanie. Z kolei Wieniawę Mazurkiewicz wzywał do złożenia zeznań siedmiokrotnie i "piękny Bolek" za każdym razem znajdował jakąś wymówkę!

Zniecierpliwiony śledczy w końcu zwrócił się do przełożonych Wieniawy z prośbą o interwencję, ale nic to nie dało. No i porucznik Wakre - gdyby wówczas istniało określenie "rżnąć głupa", pasowałoby idealnie do jego przesłuchania. Szwoleżer zeznał, że za kierownicą cadillaca (jego nazwisko podał Wenda zastępcy kierownika garaży GISZ) siadł dopiero koło 10 sierpnia w Sulmierzu k. Ciechanowa. W dodatku, w tak absurdalnych okolicznościach, jak to tylko możliwe - zobaczył pustą limuzynę przed miejscowym dworem, a że potrafił jeździć, przywłaszczył auto, przez kilka dni kursował nim w tę i z powrotem, w końcu 13 sierpnia odstawił pojazd do GISZ-u!

A sam Piłsudski? Choć to on musiał się zgodzić na wypuszczenie Zagórskiego z aresztu, a wokół jego zniknięcia szybko wybuchła medialna burza, los generała był Marszałkowi obojętny. Relacja prokuratora Dańca: "Ja zaś [...] wezwany byłem przez marszałka Piłsudskiego do Druskiennik. Przywitał mnie dość kwaśno i mrukliwie i z miejsca zagadnął: "Co to, podobno pańscy żandarmi szukają Zagórskiego?". Gdy zaś odpowiedziałem twierdząco, powołując się na otrzymane polecenia, marszałek rzekł: "Jeżeli nie mają nic lepszego do roboty, to niech lepiej szukają po prostu wiatru w polu".

Ucieczka? Wypadek? Morderstwo?

Dodajmy, że gdy Mazurkiewicz zaczął drążyć temat cadillaca, jego przełożeni, zapewne nie bez inspiracji Belwederu, zdecydowali się zawiesić śledztwo. Akta odłożono na półkę, a my do dziś pozostajemy w sferze spekulacji. Niemożliwe, aby Zagórski uciekł przed rzekomą zemstą ze strony ludzi z Francopolu - po co mieliby się na nim mścić, skoro według piłsudczyków prowadził z nimi brudne interesy? Poza tym, jeśli w ogóle dowiedział się, że jest wolny, to od Wendy i Miładowskiego na Dworcu Wileńskim (tak zeznali obaj oficerowie, ale to niezbyt wiarygodne) - nie miałby kiedy zaplanować ucieczki.

Spekulowano też, że Zagórski był powiązany z wywiadem francuskim i to Francuzi "ewakuowali" go z Warszawy. Dowodów na tę tezę brak, pozostaje więc trzecia opcja - porwanie i zabójstwo, tropy prowadzą do piłsudczyków. Generał Kordian Zamorski po latach wspominał: "Ku mojemu przerażeniu Piskor [Tadeusz, generał] wywalił, że Zagórski wezwany i przywieziony do Belwederu obraził Komendanta. [Józef] Beck obecny przy tym rzucił się na niego. Na pomoc przyszedł [Zygmunt] Wenda i obaj Zagórskiego udusili. Trupa wywieziono samochodem [Janusza Jagryma] Maleszewskiego do Brześcia. Przeniesiony tam na komendanta twierdzy [Jan] Jur-Gorzechowski Zagórskiego w kwasie siarkowym rozpuścił".

Zamorski to szef policji w II RP i człowiek mający dostęp do sanacyjnej elity, łącznie z samym Marszałkiem. Z tego względu jego świadectwo zasługiwałoby na uwagę, gdyby nie jedno - do rozmowy Piłsudski-Zagórski nie mogło dojść ani 6 sierpnia, ani tym bardziej później. O zaginięciu generała zrobiło się głośno i takiego spotkania nie dałoby się ukryć przed wojskiem, a nawet przed dziennikarzami. Po Polsce krążyły też inne wersje śmierci Zagórskiego - a to podkomendni Marszałka (w tym Józef Beck) mieli go zastrzelić w warszawskiej łaźni, a to generał miał zginąć z rąk piłsudczyków w stołecznym Forcie Legionów, a to zamordowano go podczas podróży do Warszawy i ciało wyrzucono do Niemna itp.

Krążyła nawet pogłoska, że do forda na dworcu nie wsiadł Zagórski, tylko udający go kapitan Władysław Kowalewski, a generał odjechał w swoją ostatnią podróż cadillakiem. Ale dosyć spekulacji, czy Piłsudski mógł wydać rozkaz zabicia znienawidzonego wojskowego? Należy założyć, że nie, w ogóle, jeśli to piłsudczycy porwali Zagórskiego to raczej nie po to, aby go zabić. Owszem, Marszałek bywał brutalny wobec przeciwników, ale czym innym jest zgoda na bicie liderów opozycji w twierdzy brzeskiej, a czym innym zgoda na skrytobójstwo. Poza tym, jeśli generała uprowadzono, aby ujawnił, gdzie trzyma "papiery" na Piłsudskiego, zabójstwo nie ułatwiało piłsudczykom dostępu do dokumentów.

Zagórski, jako doświadczony oficer, mógł część kwitów ukryć i nawet po jego śmierci mogłyby wypłynąć. Bardziej prawdopodobne, że Piłsudski przekazał swojemu otoczeniu (np. Prystorowi), aby jakoś zneutralizować Zagórskiego politycznie, np. wymusić na nim wyjazd zagranicę. Zgodnie z tą wersją, Prystor zorganizował podróż generała do Warszawy, aby go gdzieś wywieźć, zmusić do obietnicy emigracji, a potem wypuścić. Do wypożyczenia cadillaca z GISZ wykorzystano Wieniawę, który myśląc, że wyświadcza przysługę Wendzie, udostępnił auto jego wysłannikom. Z kolei na Dworcu Wileńskim Wenda i Miładowski nie powiedzieliby Zagórskiemu, że jest wolny, a np. że ma się gdzieś stawić o 22:00 na spotkanie z reprezentantami Marszałka.

Na miejscu Zagórskiego przejąłby wspomniany cadillac, który gdzieś by go wywiózł, a potem... piłsudczykom mogły puścić nerwy podczas "przesłuchania" i któryś z podkomendnych, wbrew planowi, zastrzelił generała. Zagórski mógł też wdać się w jakąś szarpaninę z nimi podczas próby uprowadzenia i zginąć w bójce itd. Wiemy tyle że 6 sierpnia 1927 roku dotarł do Warszawy i zaginął, a prawdopodobni sprawcy jego zniknięcia pozostali bezkarni. Wenda zrobił za to karierę w obozie sanacyjnym (był m.in. wicemarszałkiem Sejmu), a w trakcie kampanii wrześniowej zasłynął kompromitującymi słowami, że sanacja "nie ma zamiaru z nikim dzielić się owocami zwycięstwa" (!).

Przy pisaniu tekstu korzystałem z publikacji: "Legiony Polskie 1914-1918" Andrzeja Chwalby, "Tajemnice śledztwa KO-1042/27: sprawa generała Zagórskiego" Zbigniewa Cieślikowskiego, "Józef Beck. Biografia" Marka Kornata i Mariusza Wołosa, "Generał Zagórski będzie milczał!" Romualda Romańskiego i "Mundur na nim szary... Rzecz o Józefie Piłsudskim (1867-1935)" Włodzimierza Sulei.