Więcej ostatnio piszesz niż nagrywasz.
Wciągnąłem się.
Zamiast płyty pojawia się kolejna książka.
Może nadrabiam stracony czas. Wcześniej miałem kilka podejść, ale brakowało mi konsekwencji w pisaniu. Ale tak mi dobrze poszło przy "Przyjeżdżajcie będzie super", że postanowiłem w to iść.
Ale Dezerter coś jeszcze nagra?
Zaczynamy pracę nad nowym materiałem.
Ostatnio była EP-ka tylko z dwoma piosenkami.
Wtedy uznaliśmy, że nie będziemy czekać aż się nam uzbiera materiał na cały album.
Jest za to nowa książka "Spytaj milicjanta". To, co mnie w niej uderzyło, to dbałość o detal. Ty to wszystko tak dobrze pamiętasz?
Oczywiście, że tak. Akcja powieści jest umiejscowiona w 1984 roku i zależało mi, by było to realne dla czytelnika. Z detalami chodzi o to, by móc przenieść się do tego świata i zrozumieć do jakiej rzeczywistości odnoszą się główni bohaterowie.
Którzy mają po 20 lat.
I widzimy ich zderzenie ze światem dorosłych. Próbę wywalczenia obszaru wolności w którym będą w stanie żyć. Stąd zderzenie z ułożonym życiem ich rodziców, które jest bardzo różne.
Jeśli czegoś może im zazdrościć obecne pokolenie, to klarowny podział na dobro i zło. Jest komuna, z którą się walczy i z którą nie chce się mieć nic wspólnego.
Młodych w zespole Pokuta łączy wspólne dążenie do wolności. Chcieliby zostawić stary świat za sobą. Myślę, że dziś ludzie w ich wieku też chcą sobie wyciosać jakiś swój obszar rzeczywistości. Czasem jest to w opozycji do starszych, ale sam pamiętam takich, którzy dobrze się czuli w tamtych czasach.
I to większość.
Bo to nie jest tak, jak dziś się mówi, że cały naród się bohatersko zwracał przeciwko komunie. Raczej cały naród jakoś sobie radził z tą komuną, a garstka próbowała się z niego wyrwać.
10 milionów ludzi zapisało się do Solidarności.
I co z tego, jak po stanie wojennym już tylko 2,5 miliona, a przed 89 w ogóle było marnie.
Ale komuna upadła.
Upadła, bo nie była już w stanie ekonomicznie się trzymać. Młodzi towarzysze zrozumieli, że lepszą karierę zrobią na wolnym rynku niż w PRL-u. Związek Radziecki upadał, więc nikt nie musiał się już bać i skorzystano z okazji. Nie jestem zwolennikiem teorii o spisku elit, ale trzeba powiedzieć, że to wszystko nie wydarzyło się wcale 4 czerwca. W pewnym momencie ten system nie miał już prawa istnieć.
Dezerter to zespół, który ma stały elektorat.
W tej chwili mamy na koncertach trzy pokolenia: nasze, średnie i nastolatków. To nie jest tak, że tkwimy w świadku przykurzonych starych punków. Jesteśmy dość otwartym zespołem, któremu zdarza się wystąpić na bardziej mainstreamowych imprezach.
Myślę, że największa jest grupa tych, dla których jesteście po prostu symbolem niezależności.
To jest nasz rdzeń.
Choć najciekawsze jest to, że słucha was spora grupa młodych ludzi. Mogę to potwierdzić, bo widziałem to na waszych koncertach. To jest ciekawe, bo raczej nie pojawiacie się na TikToku.
Fakt, nie podejmujemy tematu TikToka. Na szczęście młodzież też jest zróżnicowana. Docieramy do młodych wrażliwców, którzy poruszają się w tych samych tematach, co my. Przełomem była tu płyta "Prawo do bycia idiotą".
Dla mnie wasza najlepsza płyta.
Ale to już było 15 lat temu. Tamta fala dorosła, a teraz mamy nową, młodszą, która trafia do nas różnymi drogami. Jest tam pozytywny ruch.
Dla nich nawet zdekodowanie słowa "dezerter" może być dziś problemem.
Mam nadzieję, że nie ma z tym problemu.
Nie sugeruję, że macie zmieniać nazwę, ale wiele młodych osób po raz pierwszy słyszy hasło dezerter, gdy jest mowa o wojnie za naszymi granicami.
W "dezerterze" chodzi o pewne wyautowanie ze społecznych ścieżek, a nie stricte militarnie odniesienie. Nikt zresztą nie traktował tego dosłownie. Nazwa ma swój początek w głębokich latach 80., gdy Polską rządziła junta wojskowa. Nawet wtedy nie chodziło to, żeby nie iść do Ludowego Wojska Polskiego, tylko żeby pokazać fucka generałom. A przez te wszystkie lata, by być poza głównym nurtem społecznym.
Jak w twojej książce "Spytaj milicjanta" - życie "my kontra ZOMO" było pewnie dla młodych bardziej klarowne niż to, które jest dziś z przeciwnikiem, którego trudno zdefiniować.
Młody człowiek miał wybór: albo akceptuję to, co jest, albo muszę stworzyć coś własnego. Dziś wybór jest wielki. Można zaakceptować wiele, ale mieć problem z innymi. Gdy zaczynaliśmy tworzyć, to moje teksty były takie, że gdyby je ktoś usłyszał, to moglibyśmy skończyć w pierdlu.
Ale cenzura tego nie złapała?
Graliśmy wtedy koncerty dla pięciu osób i nie miało to żadnego znaczenia. Myśmy w ogóle nie zakładali, że to, co robimy, się rozleje. Nie braliśmy pod uwagę, że ktoś może chcieć tego słuchać. Myśmy to robili dla siebie. Tak jak w mojej książce, zespół Pokuta jedzie po bandzie, a jeden perkusista ma z tym problem, bo on chciałby pograć trochę więcej.
Twoi bohaterowie są też w wieku, gdy nie trzeba chodzić na kompromisy. Tak im się przynajmniej wydaje...
W tamtym czasie było dużo zespołów radykalnych, które były i się zmyły. Dezerter miał świadomość tego, jak radykalny ma przekaz i szukał sposobu na jego dostarczanie. "Nadchodzi komunistyczny poranek. Czerwoni rodacy idą do pracy. Ci, co nie chcieli pracować w systemie, gryzą teraz komunistyczną ziemię" - to z "System" z 1981. Mieliśmy pełną świadomość, że z czymś takim nic nie zdziałamy. W pewnym momencie zrozumieliśmy, że musimy te same treści zawrzeć w innych słowach.
A ty się czujesz cały czas punkiem?
Jest to dla mnie totalnie nieistotne.
Zawsze tak było?
Jak miałem 18 lat, to było dla mnie istotne. Chciałem się wyróżnić z tej szarej masy, która mnie otaczała. Im jednak byłem doroślejszy, tym mniejsze znaczenie miało dla mnie to, czy ktoś mnie tak nazywa. W zasadzie jest mi wszystko jedno.
Rozumiem, że nie musi cię interesować, jak cię ktoś nazywa, ale też chodzi mi o coś innego. Chodzi mi o ewolucję ideałów, bo zakładam, że w ich sprawie nie jest ci wszystko jedno.
Moja droga życiowa i artystyczna jest dowodem na to, że cały czas w tym tkwię. Nie mam już jednak potrzeby definiowania tego. Tworzę w kontrkulturze. Mój obecny punkrock bardzo różni się od tego, jak rozumieją go inni. Nie mam problemu z tym, że ktoś mnie nazwie artystą punkowym.
A masz problem z tym, że ktoś cię oskarży o zdradę punkowych ideałów?
Każdy ma swoją miarkę. Zespół Dezerter w swojej 40-letniej historii tyle razy słyszał, że zdradził, że musielibyśmy już tylko usiąść i płakać. Oskarżenie jest poważne, ale nie ma sensu się nim zajmować, bo nie czuję ani jednego momentu, że odszedłem od tego, co sobie wymyśliliśmy wcześniej.
Choć ideały ewoluują razem z człowiekiem.
Nie da się tkwić w tym samym miejscu. Człowiek się rozwija, poznaje życie, ma większą wiedzę i inaczej patrzy na świat. My jednak nigdy nie zaprzeczyliśmy samym sobie, co się przecież zdarza.
Nawet dość nagminnie. Znamy takie historie.
Czasem ci ludzie wracają po 20 latach. Zrobili, co mieli zrobić i mają resentyment: chcą słuchać dawnej muzyki czy zakładają na nowo zespoły. Ja to rozumiem. Mniej rozumiem tych, którzy nagle całym swoim życiem zaprzeczyli temu, co robili i tworzyli.
Co cię ostatnio wkurzyło?
To, co się dzieje na świecie, jest bardzo niepokojące, a co za tym idzie - stresujące i wkurzające. To, jak się rozwija sytuacja geopolityczna, jest paranoją. W dodatku wszystkie inne zagrożenia, jak zmiana klimatu czy brak wody, przestały być tematami. Media działają tak, że wybierają sobie jeden temat i nim się zajmują.
Pytanie, czy tak nie działa po prostu nasza percepcja.
To też prawda. Dlatego sobie trochę ujmujemy zamiast dodawać. Najgorsze jest to, że rzeczy niepokojących jest więcej niż jesteśmy w stanie ogarnąć.
Co te wybory prezydenckie dla ciebie oznaczają?
To, co dla większości rozsądnych. One wyznaczą kierunek, w jakim będziemy podążać: czy zostajemy na zachodzie, czy będziemy podążać na wschód. Społeczeństwo jest oczywiście nieprzewidywalne.
W poprzednich wyborach dość jasno opowiedzieliście się przeciwko Andrzejowi Dudzie.
Tu muszę zaprotestować. Dezerter, jako zespół, nie uczestniczy w takich dywagacjach. Każdy z nas decyduje z osobna, choć nie dziwne, że mamy podobne zapatrywania. To nie jest tak, że ja się deklaruje przeciwko komuś, choć wiadomo jest, że nie lubię tego faceta. Jako urzędnik państwowy robi wiele złego i trudno mi było tak całkowicie milczeć.
Tylko wtedy opowiedzenie się przeciwko Dudzie było jak opowiedzenie się za Trzaskowskim.
Jak uważam, że ktoś jest szkodnikiem, to o tym mówię, ale nigdy jednak nie deklarowałem za kim jestem. Nigdy też nikogo do niczego nie namawiam.
Jestem krytyczny wobec każdego. Polityka jest kłamliwą dziedziną życia i przeważnie stoimy tylko przed wyborem, co jest gorsze. W praktyce sprowadza się to do tego, że odrzucamy to, co jest najgorsze i wybieramy w tym, co zostało. Nie chcę popierać tych, których mam do wyboru, bo dla mnie to nie jest żaden wybór. Wiem natomiast kogo trzeba natychmiast wykreślić, bo mogą być dla mnie w przyszłości niebezpieczni.
Mówicie o tym bardzo konsekwentnie. Wiele twoich tekstów, zwłaszcza tych z lat 90., jest dziś niestety bardzo aktualna.
Ta cywilizacja jest tak skonstruowana, że wąskie grono chce kontrolować całą resztę. Dzięki mediom społecznościowym łatwiej manipulować. Im gorsze wiadomości, tym media są nimi bardziej zainteresowane.
Media dają to, co ludzie chcą czytać.
Uważam, że jest długi proces wychowania czytelnika. Odwoływanie się do najgorszych instynktów zamiast narzucać wyższe standardy.
Myślę, że schlebianie czytelnikom przez tradycyjne media to było przedszkole, gdy zestawimy to z nakręcającymi nienawiść algorytmami mediów społecznościowych.
To pokazuje w którą stronę zmierzamy społecznie i jak z tego wybrniemy. Jestem przekonany, że jakieś mechanizmy ochronne się wytworzą, ale na razie ich nie mamy: w wyborach zbyt często wygrywają populiści, a czasem i idioci, którzy są pozbawieni empatii. Moment w którym jesteśmy jest bardzo niebezpieczny.
Sprawdziło się to, przed czym ostrzegaliście w latach 90. Czujesz gorzką satysfakcję?
Dość smutną. Niestety nasze teksty rzeczywiście okazały się prorocze. Jeśli posłuchasz piosenki "Choroba" z 1994 roku, to aż boli jej słuchanie.
"Bo demokracja ma drobną wadę, że każdy może być wybrany. Nawet największy psychopata, jeśli mu wyborcy zaufali". Straszny fatalizm.
Czasem coś zauważam i za ileś lat inny też to zauważa albo zaczyna się to dziać. To nie jest tak, że wyszukuję tylko negatywne zjawiska, ale specyfika naszych tekstów jest taka, że opowiadamy o rzeczach nad którymi warto się zastanowić. Nie piszę tekstów po to, by się dołować, tylko żeby coś zmienić. Oczywiście niewiele osób ich słucha, bo jesteśmy zespołem niszowym. Nasza siła rażenia jest mała, ale jest grono osób, które dzięki tym tekstom czuje, że nie jest sama.
Ale na rynku utrzymujecie się 40 lat.
Choć nie uświadczysz nas w radiu.
Już prędzej można trafić na występ. Jak byłem na waszym koncercie w Proximie, to trudno było się dopchać pod scenę. Doświadczacie boomu na koncerty na własnej skórze?
Jest więcej ludzi. Przychodzą różne pokolenia. Zrobiło się trochę tak, jak jest w normalnym świecie zachodnim: wyjście do knajpy czy na koncert stało się normalną rzeczą.
Każdy może sobie pozwolić na kupno biletu, co kiedyś nie było takie oczywiste?
To jedno, ale myślę, że zmienił się sposób percepcji kultury. Zepchnięcie wszystkiego do cyfrowego świata, gdzie nie ma kontaktu z człowiekiem sprawiło, że ludzie zaczęli mieć ochotę spotkać się też gdzieś w stadzie.