INTERIA.PL Pixabay
Paweł Sieger 05:00 27.02.21

Kto ostatni zobaczy niedźwiedzia polarnego?

T

T rwająca obecnie katastrofa ekologiczna, którą jest wymieranie wielu gatunków zwierząt i roślin, wzbudza ogromne emocje. Jednak, kiedy porównamy ją ze znanymi z przeszłości geologicznej masowymi wymieraniami gatunków, to szybko dojdziemy do wniosku, że nie dorasta ona nawet do pięt wymieraniom fauny sprzed milionów lat - mówi dr Daniel Tyborowski z Polskiej Akademii Nauk. Dodaje jednak, że dziś zagrożone są głównie duże zwierzęta lądowe, które stanowią znikomy procent żyjących obecnie organizmów.

Reklama

27 lutego przypada Międzynarodowy Dzień Niedźwiedzia Polarnego, największego z niedźwiedzi i największego z lądowych psokształtnych. Według naukowców białe misie mogą zniknąć do końca tego stulecia. Szóste wymieranie trwa. Ale od początku.

"Kosmiczni bandyci"

W wydanej w 2019 roku książce "Dinozaury odkryte na nowo", Michael J. Benton napisał:

Reklama

Gdyby 66 milionów lat temu ogromna skała o średnicy 8-11 km nie uderzyła w Ziemię w okolicach dzisiejszego Półwyspu Jukatan, to nie doszłoby do natychmiastowego wyginięcia dinozaurów... A jaki los czekałby gady morskie? Jak wyglądałaby ewolucja ptaków i ssaków? Nie dowiemy się, bo jednak planetoida uderzyła i doszło do kolejnego, piątego z sześciu, wielkiego wymierania. Wbijając się w Ziemię, ogromna masa skalna wyrwała wielokilometrową dziurę w atmosferze i przez krótki czas dinozaury, gdyby tylko uniosły głowy, zobaczyłyby pustkę i czerń kosmosu, a nie błękit (najprawdopodobniej letniego) nieba. W konsekwencji potwornego uderzenia miliardy ton płonących skał - jakieś 200 tys. kilometrów sześciennych - zostały wyrzucone w powietrze, a spadając rozpaliły powierzchnię całej planety. Przez glob przetoczyło się megatsunami z falami wysokimi na kilometry, zapanowały ciemności, uwolnione toksyczne związki chemiczne opadały w postaci kwaśnych deszczy, niszcząc glebę i zmieniając chemię oceanów. Kosmiczny "bandyta" unicestwił około 75 proc. gatunków roślin i zwierząt.

Ale to nie pierwszy raz, gdy przybysz z kosmosu dramatycznie wpłynął na kierunki rozwoju życia na Ziemi (pomijając już fakt, że według jednej z teorii zapewne żyjemy na Ziemi 2.0, która powstała ponad cztery miliardy lat temu w efekcie kolizji Ziemi 1.0 z planetą wielkości Marsa).

Przyczyn wcześniejszego o prawie 150 milionów lat wymierania triasowego nie znamy, choć podejrzewamy, co doprowadziło do wyginięcia około 4/5 gatunków morskich i wielu lądowych. Jedno z wyjaśnień wskazuje na załamanie klimatyczne, nie ma mowy o kosmicznej katastrofie. Jednak już w przypadku "matki wszystkich wymierań", największego ze wszystkich, czyli wymierania permskiego sprzed 250 milionów lat podejrzenie kieruje się również w przestrzeń kosmiczną.

Jedna z teorii tłumaczących wybicie do 95 proc. organizmów morskich oraz ponad połowę gadów i płazów łączy ze sobą dwa wydarzenia: kosmiczną kolizję i supererupcje wulkaniczne. Według tej teorii (dość świeżej) doszło do uderzenia w południową półkulę Ziemi, w okolicach bieguna, ogromnego obiektu, możliwe, że nawet większego niż ten, który sprowadził zagładę między innymi na dinozaury i gady morskie. Siła uderzenia doprowadziła do przejścia przez planetę ogromnych fal uderzeniowych, które spotkały się po przeciwnej stronie, doprowadzając do katastrofalnych erupcji wulkanicznych (albo wzmagając już trwające). Skutki były rzeczywiście katastrofalne - przez ponad milion lat na terenie dzisiejszej Syberii wybuchały wulkany, co doprowadziło do powstania tzw. trapów syberyjskich, czyli lawowych pokryw o powierzchni (dziś) dwóch milionów kilometrów kwadratowych (pierwotnie, w momencie powstawania nawet trzy, cztery razy większej) i grubości dochodzącej do prawie czterech kilometrów. Wulkanizm to nie tylko płonące głazy spadające z nieba, spływy piroklastyczne mknące z prędkością kilkuset kilometrów na godziną i zmiatające z powierzchni Ziemi wszystko co napotkają. To przede wszystkim uwolnienie gigantycznych ilości dwutlenku węgla, siarki, chloru, co prowadzi między innymi do zakwaszania wód (obserwujemy to dziś na przykładzie umierających w zastraszającym tempie raf koralowych, które są środowiskami niezwykle wrażliwymi na zmiany kwasowości).

Każde wymieranie - o ile nie jest całkowite - otwiera nowe możliwości przed tymi, którym udało się przetrwać. Tak było po zagładzie dinozaurów, tak było po wymieraniu permskim (dzięki niemu dinozaury wkroczyły na scenę). Ale, które z tych wszystkich wymierań było najważniejsze dla rozwoju życia na Błękitnej Planecie? Pierwsze.

- Z punktu widzenia rozwoju życia na Ziemi, największy wpływ na rozwój biosfery miało wymieranie ordowickie (438 milionów lat temu). Zakończyło ono trwający mniej więcej 100 milionów lat epizod nagłego rozwoju życia, w trakcie którego powstała znakomita większość znanych dzisiaj grup zwierząt. Wymieranie ordowickie związane było z rozległymi zlodowaceniami, które rozwijały się w południowej części świata na tak zwanym superkontynencie Gondwana. Pod koniec tego zlodowacenia doszło natomiast do gwałtownego ocieplenia klimatu, które skutkowało rozwojem toksycznych bakterii w oceanach. Zatem wymieranie to powiązane było z gwałtownymi zmianami klimatu. To taka swoista huśtawka klimatyczna - raz zimno jak w zamrażalniku, a za chwilę gorąco jak w saunie - wyjaśnia dr Daniel Tyborowski, paleontolog z Muzeum Ziemi w Warszawie i Polskiej Akademii Nauk.

- Niektórzy badacze doszukują się w wymieraniu ordowickim również pewnych kosmicznych przyczyn, a mianowicie rozbłysków promieniowania gamma. Nagłe wahania klimatu i goście z kosmosu w postaci strzałów promieniowania, z pewnością były głównymi mechanizmami, które wymusiły na żyjących w tamtym czasie organizmach wykształcenie zupełnie nowych przystosowań do życia. To właśnie w tamtym czasie zaczęły formować się ewolucyjne korzenie naszych odległych przodków - ryb, które niedługo później objęły panowanie nad światem - dodaje.

Zagrożenie pod ziemią

Może nas zabić kosmiczny przybysz, ale może i... Park Narodowy Yellowstone. A konkretnie - superwulkan, który się pod nim skrywa.

Erupcja superwulkanu Yellowstone mogłaby doprowadzić nasz gatunek na skraj zagłady. A jak twierdzą naukowcy, ówże wulkan wybucha z pewną regularnością - mniej więcej co 600 tys. lat - i obecnie jest już właściwie po terminie. I nie jest to straszenie - podobnej katastrofy nasz gatunek już doświadczył i ledwo przetrwał. 70 tys. lat temu doszło do erupcji indonezyjskiego superwulkanu Toba na Sumatrze. W efekcie, najprawdopodobniej na kilka lat, zapanowała globalna zima (zima wulkaniczna), a okres znacznego obniżenia światowej temperatury trwał tysiąc lat. Badania genetyczne sugerują, że skutki erupcji mogłyby oznaczać drastyczną redukcję liczebności do zaledwie kilku- kilkunastu tysięcy osobników. Ale to tylko teoria.

Dziś kilkuletnia wulkaniczna zima spowodowana na przykład przez erupcję superwulkanu Yellowstone, oznaczałaby globalną katastrofę gospodarczą, przerwanie szlaków handlowych, powszechny głód i choroby, śmierć milionów ludzi, upadek systemów politycznych, koniec cywilizacji.

Przesada? Raczej nie. Wystarczy wspomnieć o skutkach wybuchu wulkanu Tambora w 1815 roku, który pociągnął za sobą w roku następnym spadek temperatur, zniszczenie upraw, choroby. W efekcie rok 1816 określany jest jako "rok bez lata". A nie była to erupcja nawet w części porównywalna do wybuchów superwulkanów.

Zawrotne tempo zmian

Pod koniec XIX wieku do Europy sprowadzono pierwsze wiewiórki szare. Najpierw na Wyspy Brytyjskie, potem, w połowie XX wieku, do Włoch. Skutek? Większa, wytrzymalsza i agresywniejsza wiewiórka szara wykańcza subtelnego słodziaka, czyli rodzimą wiewiórkę. Zapewne nasz europejski rudzielec skończy jak wiele innych gatunków, którym dane było zetknąć się z ludzką ingerencją w przyrodę. 

Mamut i tur to znane, "medialne" przykłady gatunków, które udało nam się wybić. Ale brutalna prawda jest taka, że gdziekolwiek człowiek się pojawił, tam doprowadzał do gigantycznej ekokatastrofy. Przybycie ludzi do Australii około 50 tys. lat temu, oznaczało wyrok śmierci dla największego torbacza jaki kiedykolwiek istniał, ogromnego diprodona, zagładę wilka workowatego i procoptodona, potężnego kangura ważącego ćwierć tony.

- Trwająca obecnie katastrofa ekologiczna, którą jest wymieranie wielu gatunków zwierząt i roślin, wzbudza ogromne emocje. Jednak kiedy porównamy ją ze znanymi z przeszłości geologicznej masowymi wymieraniami gatunków, to szybko dojdziemy do wniosku, że nie dorasta ona nawet do pięt wymieraniom fauny sprzed milionów lat. Kiedy podaje się statystyki wielkich wymierań (procent wymarłych organizmów w danym wymieraniu), należy pamiętać, że lwia część tego, co wymierało, to w istocie mikroskopijne organizmy morskie albo drobne bezkręgowce takie jak mięczaki, gąbki czy szkarłupnie. Wymieranie, z którym mamy do czynienia obecnie, tyczy się głównie dużych zwierząt, które żyją na lądzie, a te stanowią znikomy procent żyjących obecnie organizmów. Zatem na chwilę obecną, nie ma co porównywać wielkich wymierań, które dotknęły naszą planetę w przeszłości, z ekologicznym kryzysem jaki mamy obecnie - wyjaśnia dr Tyborowski.

- Należy pamiętać, że badając wymierania w zapisie geologicznym, mamy do czynienia z procesami, które zachodziły dłużej niż zmiany, które mamy obecnie. Same zmiany na Ziemi nie są czymś niebezpiecznym, to tempo tych zmian stanowi zagrożenie. I faktycznie, dziś mamy do czynienia z zawrotnym tempem zmian środowiskowych, klimatycznych i biotycznych, ale pytanie brzmi: czy coś z tych zmian pozostawi po sobie jakiś ślad w zapisie geologicznym? Przecież w przeszłości naszej planety też mogło dochodzić do szybkich zmian środowiska, a my możemy nie mieć żadnych śladów po tych zjawiskach w skałach. I to jest problem, na który pewnie nigdy nie znajdziemy odpowiedzi - dodaje.

Kto ostatni zobaczy słonia, nosorożca, żyrafę?

Gdy w świecie bez ludzi rocznie wymierały dwa, trzy gatunki, dzisiaj jest to kilkaset razy więcej. Wielkie projekty budowlane, regulacje rzek oznaczają śmierć dla wielu zwierząt i roślin. Budowa Tamy Trzech Przełomów to przykład najpotworniejszej katastrofy ekologicznej ostatnich lat, której "twarzą" może być właśnie wymarły gatunek delfina słodkowodnego, baji chińskiego. I dalej: w europejskich rzekach i jeziorach żyje prawie dziesięć razy mniej ryb niż w połowie XX wieku; wylesienie Europy (dziś 1/3 tego co było tysiąc lat temu) i wybijanie drapieżników (wilków, niedźwiedzi) spowodowała ogromny wzrost liczebności (kilkanaście, kilkadziesiąt razy) saren, jeleni; znikają kolejne gatunki ptaków - dziś w Polsce nawet co trzeci gatunek zagrożony jest wyginięciem.

Kto widział ostatnio wróbla? Kto ostatni zobaczy słonia, nosorożca, żyrafę, gnu? Oczywiście, ze statystycznego punktu widzenia niewiele się stanie, jeśli znikną wszystkie ssaki (niespełna 6 tys. gatunków), wszystkie gady (również ok. 6 tys. gatunków), wszystkie płazy (7 tys. gatunków), wszystkie ptaki (10 tys. gatunków) i wszystkie ryby (13 tys. znanych gatunków; a w głębinach na odkrycie czekają kolejne tysiące). Bo cóż to wszystko znaczy wobec ponad miliona odkrytych gatunków bezkręgowców (i pewnie z pięciu albo i dwudziestu pięciu milionów pozostających do odkrycia)?

Chociaż pewnie na Ziemi bez ssaków, gadów, płazów, ryb i ptaków nie znajdziemy takiej różnorodności w szaleństwie rozmiarowym. Dość powiedzieć, że największy ssak jest... 90 mln razy większy od najmniejszego - taka jest różnica między płetwalem błękitnym a ryjówkiem etruskim (180 ton do 2 gramów). W świecie pozostałych gromad (ptaki, gady, płazy) różnice także bywają spore, ale nie aż takie.

27 lutego przypada Międzynarodowy Dzień Niedźwiedzia Polarnego, największego z niedźwiedzi i największego z lądowych psokształtnych. Tak, tak, domowy pupil w stylu pekińczyka i niedźwiedź polarny (a także morsy, foki, uchatki, pandy, szopy, skunksy i łasice) należą do tego samego podrzędu.

Sam biały miś nie jest odrębnym gatunkiem w ścisłym tego słowa znaczeniu, ponieważ w naturalnym środowisku zdarzają się krzyżówki z grizzly. Oznacza to, że oba "gatunki" misiów - grizzly i polarny - na tyle niedawno się rozdzieliły, że wciąż mogą zdarzać się, i zdarzają się, mieszańce, czyli pizzly, które doskonale dają sobie radę w środowiskach rodzicielskich.

Ogromny - może ważyć i tonę - samiec niedźwiedzia polarnego ze swoimi trzema i pół metrami wzrostu w pozycji wyprostowanej nie wejdzie na tylnych łapach do przeciętnego mieszkania w bloku. Największy z niedźwiedziowatych może być ponad dwadzieścia razy cięższy od swego najmniejszego kuzyna, czyli biruanga malajskiego. 

Niedźwiedź polarny to Arktyka, Kanada, Stany Zjednoczone, Grenlandia, Rosja, a mniejszy kuzyn od Himalajów na południe. Ale jest coś co łączy oba gatunki - zagrożenie wyginięciem. Niedźwiedziowi polarnemu za sprawą zmian klimatycznych, w których mamy swój całkiem spory udział, zaś biruangowi z powodu polowań i niszczenia jego naturalnego środowiska.

Nie kosmiczny bolid roztrzaskujący się o Ziemię, nie śmiercionośne promieniowanie gamma zmiatające atmosferę i sterylizujące powierzchnię planety, nie gigantyczne erupcje wulkaniczne i gwałtowne ruchy skorupy ziemskiej są zagrożeniem dla życia na Ziemi. Sprawcą totalnej katastrofy, która z Błękitnej Planety uczyni jałową pustkę, zdaje się być Homo sapiens recens, współczesny człowiek rozumny.


Szóste wymieranie trwa.