archiwum prywatne Tuli Luli
Paulina E. Godlewska 05:00 03.04.21

Kto przytuli opuszczone maluchy?

Z

Z darza się, że mama niemowlaka jest nieuleczalnie chora i wie, że nie będzie się mogła nim opiekować. Czasem zwyczajnie brakuje pieniędzy albo wsparcia od bliskich, którzy mówią, że dziecko trzeba oddać do adopcji. Maluch trafia wtedy w czułe ramiona cioć z Tuli Luli. Choć przytulanie, łaskotanie i pielęgnacja bobasa może wydawać się pracą marzeń, to w ośrodku brakuje personelu...

Reklama

Co roku w Polsce rodzice opuszczają około 800 maluchów. Część z nich - zostawionych w szpitalu lub oknie życia - trafia do Tuli Luli, interwencyjnego ośrodka preadopcyjnego w Łodzi, gdzie mogą zostać do swoich pierwszych urodzin.

Około jedna trzecia z nich zmaga się z różnymi chorobami, m.in. FAS, problemami neurologicznymi czy chorobami genetycznymi, które czasami trudno zdiagnozować.

Reklama

Natomiast wszystkie Tulisie dotknięte są tym samym: traumą opuszczenia.

Trauma opuszczenia

Psycholog Joanna Szeląg z Tuli Luli wyjaśnia, że każde dziecko ma pamięć prenatalną. - W trzecim trymestrze ciąży zaczyna słyszeć i czuć swoją mamę. Kiedy się rodzi i ten znajomy głos znika, to maluch nie wie, dlaczego jej nie ma - mówi i dodaje:

W Tuli Luli bobas trafia więc w czułe ramiona, by poznać ciepło i dotyk drugiego człowieka. W ośrodku obowiązuje zasada, że do jednego malucha przypisanych jest trzech lub czterech stałych opiekunów.  - Tak jak w domu: jest kontakt z mamą, tatą, może babcią i dziadkiem. Czasami z jakąś ciocią. Chodzi o to, żeby dziecko nie wychowywało się z kilkunastoma dorosłymi, bo to nie jest korzystne dla jego rozwoju emocjonalnego - wyjaśnia Aleksandra Marciniak z Fundacji Gajusz, która prowadzi ośrodek Tuli Luli.

- Jeśli w trzecim miesiącu życia opuszczone dziecko nie nawiązuje kontaktu wzrokowego z opiekunami, możemy wnioskować, że z nikim nie stworzyło więzi - wyjaśnia psycholog.

Pomimo trudności, na ogół opiekunowi udaje się nawiązać kontakt z maluchem. - Zwykle jest tak, że nowy Tuliś sam wybiera sobie ciocię i ją oczarowuje - mówi Joanna Lewy, która w ośrodku jako opiekunka pracuje od dwóch lat, a wcześniej była tu wolontariuszką.

- My odpowiadamy na te sygnały. Kochamy wszystkie dzieci, ale każda z nas ma malucha, z którym jest bardziej związana. Lepiej znamy to dziecko i dzięki temu potrafimy odpowiedzieć na jego potrzeby - dodaje.

Znaleźć wiarę, siłę i nadzieję

Praca z niemowlętami wiąże się bez wątpienia z wieloma bardzo przyjemnymi momentami: tuleniem maluchów, kołysaniem, karmieniem, łaskotaniem. Ale, jak podkreśla Aleksandra Marciniak, miejsce dziecka jest w domu, a nie w ośrodku.

Fundacja Gajusz szuka więc dzieciom, które nie mają szans na adopcję, rodzin zastępczych, ale podejmuje też starania, by maluchy wracały do swoich biologicznych rodziców. Do tej pory udało się to w dziewięciu przypadkach. - Próbujemy się dowiedzieć, co się takiego się stało, że mama czy rodzice, zdecydowali się oddać swoje dziecko. Jeżeli chcą się spotkać, to zawsze na takie spotkanie się umawiamy. Chcemy tak po ludzku, przy kawie i ciastku, porozmawiać o tym, czy jest szansa, żeby maluch do nich wrócił - mówi Marciniak.

- Wówczas trzeba znaleźć w tych ludziach taką siłę, wiarę i nadzieję, że jednak będzie dobrze, że będzie im lepiej z ich maluchem niż bez niego. Że tak naprawdę zostawiając dziecko innym ludziom, będą musieli dźwignąć ciężar tej decyzji. I to może być jeszcze większy kryzys niż ten, którego doświadczają teraz - dodaje Joanna Szeląg.

Najłatwiej ocenić

Łatwo nam oceniać: co to za matka, co to za rodzice, którzy zostawiają swoje dziecko? A za takimi decyzjami kryją się często wielkie dramaty. Tu nie ma schematów. Każdemu zdarza się kryzys. Czasem naprawdę poważny. Zanim więc napiszemy krzywdzący komentarz, psycholog Joanna Szeląg proponuje zadać sobie pytanie: gdyby to zrobiła moja córka, to co wtedy bym powiedziała? Że jest taką złą matką? Czy zapytałabym może, co takiego wydarzyło się w jej życiu, że podjęła właśnie taką decyzję?

- Zdarza się, że mama malucha jest nieuleczalnie chora i wie, że nie będzie się mogła nim opiekować. Wtedy możemy ją wesprzeć opieką psychologa i zapoznać z rodziną, która będzie się jej dzieckiem opiekowała - mówi Aleksandra Marciniak.

Czasami zwyczajnie brakuje pieniędzy. Tak było z parą, która znalazła się w trudnej sytuacji, bo oboje z powodu pandemii stracili pracę. Do tego doszła nieplanowana ciąża. Po rozmowach z rodziną i lekarzami uznali, że dobrym rozwiązaniem będzie adopcja. Nie mogli sobie jednak poradzić z rozstaniem z dzieckiem, po tym, jak zostawili je w szpitalu. Przyszła rozpacz i wyrzuty sumienia.

- Nawiązaliśmy z nimi kontakt. Okazało się, że ich problemy wspólnymi siłami można rozwiązać. Dzięki naszym niesamowitym darczyńcom otrzymali wsparcie socjalne - mówi Aleksandra Marciniak. Fundacja pomaga niektórym rodzinom usamodzielnić się w sytuacjach kryzysowych, ale jak podkreśla, "pomaganie jest sztuką" i trzeba dawać "wędkę a nie rybę".

Są też nastoletnie mamy, które chciałyby się zająć swoim maluchem, ale ze strony rodziny brakuje wsparcia. Bliscy mówią, że dziecko trzeba oddać do adopcji.

- Wtedy rolą naszego zespołu jest pokazanie tej rodzinie, że są inne możliwości. Często jest tak, że ludzie znajdą jedno rozwiązanie i chcą szybko zakończyć problem, który pojawił się w ich życiu. Kiedy dostają profesjonalne wsparcie, uświadamiają sobie, że jednak można inaczej - mówi Joanna Szeląg. 

Drugie narodziny

To wielkie szczęście, jeżeli dziecko wraca do domu, ale nie jest tak, że od razu może zostać wydane rodzicom przez ośrodek. Machina prawna już ruszyła, kiedy w szpitalu podpisali wstępną zgodę na adopcję, dalej więc trzeba podążać ścieżką prawną. Rodzice mogą jednak liczyć na wsparcie ośrodka w tej kwestii.

- Kiedy już wiemy, że rodzina będzie się starała o odzyskanie malucha, to umożliwiamy jej kontakt z nim. Mamy wydzielony specjalny pokój, gdzie mogą uczyć się rytmu dnia i nocy niemowlęcia oraz opieki nad nim - wyjaśnia Aleksandra Marciniak.

Ale nie tylko powrót do biologicznych rodziców sprawia wielką radość. Zawsze, kiedy Tuliś znajdzie kochającą rodzinę - zastępczą czy adopcyjną - w ośrodku jest małe święto.

- To cudowny moment, kiedy rodzice zabierają dziecko do domu. Czasami mam wrażenie, że to jakby drugie narodziny tego malucha, tak duże emocje temu towarzyszą - mówi Joanna Lewy.

- Kręci się łezka w oku, że nasz ulubieniec odchodzi, ale to też wielka radość dla całego ośrodka, bo to początek nowej, bezpiecznej drogi dla naszego Tulisia - dodaje.

Bez happy endu

Nie zawsze jednak w Tuli Luli pracownicy mają powody do radości. - Zdarzają się katarki, przeziębienia i poważniejsze choroby maluchów. Czasami trzeba z dzieckiem jechać do szpitala i z nim zostać, bo nie wyobrażamy sobie, żeby był tam sam, bez naszej opieki - opowiada Aleksandra Marciniak.

Niestety, nie wszystkie historie Tulisiów kończą się happy endem... Do ośrodka trafiają często niemowlaki, które są poważnie chore, bo Tuli Luli to jedyna taka instytucja w Polsce, gdzie jednocześnie prowadzony jest ośrodek preadopcyjny i hospicjum stacjonarne dla dzieci.

- Niewątpliwie trudnym momentem, który przytrafił nam się pod koniec zeszłego roku, było odejście jednego z maluchów. Miał poważne wady, m.in. serca. Dziecko trafiło do szpitala, spędziło tam kilka tygodni, ale nie udało się go uratować...

- Dla całego zespołu to jest ogromny szok i trauma, mimo że wiemy, że niektóre dzieci są chore i mogą odejść. W takich chwilach pracowników wspierają fundacyjni psycholodzy - mówi Aleksandra Marciniak.

Tuli Luli pożegnało troje swoich podopiecznych.  

Wszystkie ręce na pokład

Sen z powiek spędzają też zupełnie przyziemne sprawy. Wraz początkiem pandemii ośrodek musiał zamknąć drzwi przed wolontariuszami. Potrzebna jest więc pełna obsada pracownicza, a nadal pięć etatów pozostaje wolnych. - Dochodzi do sytuacji, kiedy w opiekę nad dziećmi włączani są wychowawcy i dyrektor ośrodka. Choć na co dzień mają inne obowiązki, to jeśli niemowlak miałby zostać bez opieki, stosujemy zasadę: wszystkie ręce na pokład - wyjaśnia Aleksandra Marciniak.

Mogłoby się wydawać, że przytulanie słodkich bobasów to praca marzeń, więc skąd te problemy? Do Tuli Luli, co prawda, zgłasza się mnóstwo chętnych, ale wielu z nich odpada od razu, bo nie spełniają wymogów ściśle określonych przez ustawę. Kandydat powinien ukończyć szkołę przygotowującą do pracy w zawodzie opiekuna dziecięcego lub pielęgniarki albo studia pedagogiczne.

Kiedy te warunki są spełnione, zaczynają się kolejne schody. - W tej chwili możemy zaoferować opiekunom pracę za stawkę bliską najniższej krajowej, czyli mniej więcej 13 zł za godzinę "na rękę" - mówi Aleksandra Marciniak.

Wyjaśnia, że placówka jako interwencyjny ośrodek preadopcyjny musi być prowadzona przez samorząd, a organizatorem Tuli Luli jest województwo łódzkie.

- Niestety, finansowanie, które zostało przewidziane przez województwo, jest na takim poziomie, że po odliczeniu wszystkich kosztów utrzymania dzieci i budynku, zostaje taka kwota do zaproponowania pracownikom - dodaje. A ta stawka, krótko mówiąc, nie zachęca.

Z marszałkiem trwają rozmowy dotyczące finansowania ośrodka. Fundacja Gajusz uruchomiła też petycję w internecie z apelem do władz samorządowych, by zwiększyły dotację, bo pieniędzy może zabraknąć nie tylko na pensje.

 - W zeszłym roku w listopadzie i grudniu doszło do kuriozalnej sytuacji, że nie mieliśmy środków na prąd i ogrzewanie w ramach dotacji. Nie wyobrażamy sobie, aby niemowlęta mogły marznąć. Nie pozostało więc nic innego, jak wyłożyć pieniądze ze środków Fundacji Gajusz. Jest to możliwe wyłącznie dzięki darowiznom i 1 proc. podatku. W zeszłym roku dołożyliśmy pół miliona złotych do funkcjonowania Tuli Luli  - mówi Aleksandra Marciniak.

Cuda czasem się zdarzają

Wspomniani wolontariusze, przed pandemią bardzo wspierali ośrodek przy opiece nad maluchami. Aby zostać jednym z nich, trzeba przejść złożony proces rekrutacji. Podczas spotkań szkoleniowych można poznać zakres działalności Fundacji Gajusz, przy której powstało Tuli Luli. Ostatnim etapem jest wybór miejsca, w którym podejmie się wolontariat.

Chętnych do zajmowania się niemowlakami czeka dodatkowo rozmowa z psychologiem. - Musimy mieć pewność, że ta osoba przychodzi do nas z czystych pobudek, a nie po to, by zrekompensować sobie w ten sposób osobiste straty czy rozwiązywać swoje problemy emocjonalne - tłumaczy Aleksandra Marciniak.

Podkreśla, że dziecko to nie zabawka.

Wolontariusze muszą się zobowiązać, że będą przychodzili co najmniej trzy razy w tygodniu na dwie godziny. Ale ich wcale nie trzeba namawiać do kontaktu z bobasami. Zdarza się nawet czasem, że zakochują się w maluchach i chcą im stworzyć prawdziwą rodzinę. Jest to możliwe w przypadku dzieci chorych.

Tak było z małym Dominikiem, który ma zespół Downa. -  Niestety, poważna choroba właściwie wyklucza dziecko z możliwości znalezienia rodziny adopcyjnej. A jednak udało się. Mamą zastępczą chłopca została nasza, była już, wolontariuszka - opowiada Aleksandra Marciniak.

- U nas czasem zdarzają się cuda - dodaje z uśmiechem.

A tym cudom bez wątpienia pomagają cudowni ludzie - pracownicy, wolontariusze i darczyńcy ośrodka.