East News
Michał Domański 05:00 04.12.21

​Latające sanie św. Mikołaja to nie fikcja

O

O kres świąteczny zbliża się wielkimi krokami, a wraz z nim corocznie kultywowane tradycje. Głównie te zakupowe - powie ktoś ironiczne. Poniekąd tak. A skoro zakupy, to prezenty, a jeśli prezenty to oczywiście on - Święty Mikołaj, który przynosi je wszystkim grzecznym dzieciom. Może jednak chociaż raz powinien zadbać o siebie i zainwestować w nowy środek transportu. Sanie i renifery to przeżytek - oto co powinien mieć nowoczesny Święty Mikołaj.

Reklama

Dorośli, bez względu na swój wynik na grzecznościomierzu, zwykle otrzymują skarpety. Nikt nie wie, dlaczego tak się dzieje, ale podobno mają przypominać, że w dorosłym życiu brak już miejsca na magię, a ludzie skupiają się na pragmatyzmie i odnalezieniu dobrze dopasowanej, ciepłej i miękkiej strefy komfortu. Jak skarpety.

Oczywiście dobrze też wiemy, kiedy oczekiwać nadejścia rubasznego gościa, niosącego worek pełen spełnionych marzeń (oraz skarpet). Pojawia się on w wigilijną noc, wchodzi przez komin i zostawia prezenty pod choinką... Daliście się złapać? Oby nie - wszak każde dziecko wie, że Święty Mikołaj przychodzi 6 grudnia! Pod choinką natomiast możemy znaleźć w Wigilię podarki przyniesione przez (zależnie od lokalnej tradycji) Gwiazdkę, Aniołka, Dzieciątko, Gwiazdora, czy Dziadka Mroza. Choć latorośl z centralnej i zachodniej Polski spotyka Świętego Mikołaja także i 24 grudnia.

Biskup, Coca-Cola i wiersze dla dzieci

Reklama

Do powszechnej wiedzy już dawno przeniknął fakt, że postać Świętego Mikołaja wzorowana była na biskupie Mikołaju z Miry, który żył na przełomie III oraz IV wieku i oddawał się pomocy najbardziej potrzebującym. Przewijamy szybko czas do roku 1930, kiedy to na zlecenie Coca-Coli powstała reklama ze Świętym Mikołajem. Dzięki niej na dobre zakorzenił się w naszej kulturze współczesny obraz grubego, siwobrodego Mikołaja z dużym brzuchem i jeszcze większym sercem, który przemyka po nocnym niebie swoimi saniami zaprzężonymi w renifery. W Polsce powszechnie znany jest jedynie pierwszy z zaprzęgu, czyli Rudolf (Czerwononosy naturalnie), ale w krajach anglosaskich dzieci znają także pozostałą ósemkę - Kometka, Amorka, Błyskawicznego, Fircyka, Pyszałka, Tancerza, Złośnika oraz Profesorka (w oryginale ich imiona brzmią o wiele lepiej).

Postać Świętego Mikołaja, czy też jej protoplaści, byli obecni w kulturze już o wiele wcześniej, ale po raz pierwszy znajome dla nas jego wyobrażenie, pojawiło się w ilustrowanym wierszu dla dzieci nieznanego autora, opublikowanym w 1821 roku w Nowym Jorku, rozpoczynający się od słów: "Stary Święty Mikołaj z wielką radością...". Śledzimy w nim jego podróż od domu do domu, gdzie zostawia dzieciom najróżniejsze prezenty w rozwieszonych skarpetach, ale dla niegrzecznych ma tylko "długie, brzozowe rózgi". Na pierwszej ilustracji widać ubranego w czerwony płaszcz jegomościa z brązową brodą i w wysokiej, brązowej futrzanej czapce, siedzącego w saniach, zaprzęgniętych w jednego renifera. Sanie znajdują się oczywiście na dachu.


Bardziej znana wizja Świętego Mikołaja pojawiła się dwa lata później w wierszu "Noc wigilijna", autorstwa Clementa Clarka Moore’a. Brzuchaty dobroczyńca ląduje w nim swoimi saniami na dachu domu (a właściwie wyjeżdża na dach - według wiersza zaprzęg jedynie przelatywał nad przeszkodami, "niczym huraganem gnane liście"), dostaje się do wnętrza przez komin i wypełnia rozwieszone przez dzieci skarpety (oczywiście nie takie, jakie dziś otrzymują dorośli) prezentami. W tym właśnie wierszu Święty Mikołaj po raz pierwszy wykrzykuje imiona swoich ośmiu reniferów (Rudolf dołączył dopiero w 1939 roku).

Mikołaje na skalę naszych możliwości

Opowieść o Świętym Mikołaju niezmiennie rozpala wyobraźnię dzieci (dorosłych już nie, jako że ci doskonale wiedzą, co znowu dostaną). Co roku więc aż roi się od samozwańczych mikołajów, których można spotkać na ulicach, w galeriach handlowych, a czasami nawet we własnych domach (w tym ostatnim przypadku zwykle ojciec rodziny jako jedyny przegapia wizytę mikołaja, bo akurat "musi gdzieś na chwilę wyjść" - może dlatego zawsze dostaje skarpety). Ich cechą wspólną jest jednak to, że żaden z nich nie przylatuje saniami. Czyżbyśmy tę część historii musieli wsadzić między bajki?

Niektórzy próbowali to zmienić. Przykładowo, trzy lata temu nad Białymstokiem można było zobaczyć latającego wysoko nad miastem mikołaja z saniami zaprzężonymi w dwa renifery. Niestety, szybko okazało się, że świecące renifery były tylko zarysami figurek tych zwierząt, jakie niektórzy z lubością stawiają w ogrodach. "Saniami" była zaś motolotnia ze świetlnym obrysem, który miał przywodzić na myśl pojazd Świętego Mikołaja.

O wiele bardziej przekonujący widok można było zobaczyć w okolicach szwajcarskiego miasta Montreux. Tam rozświetlone sanie były już prawdziwe, a lampki umieszczono także na lejcach i porożu czterech reniferów. Mikołaj zaś nie fruwał, przechylając się co chwilę na wietrze (jak motolotniarz), ale dostojnie sunął ponad głowami obserwujących, pozdrawiając ich serdecznie. Dokładnie tak, jak być powinno. Niestety, jak łatwo dało się zauważyć, przesuwał się jedynie na rozciągniętej linie na krótkim odcinku. Za takiego mikołaja podziękujemy. My już 40 lat temu widzieliśmy obietnice na temat jednego misia, co też miał fruwać, a tylko wisiał na sznurku (albo na drucie).

Święty Mikołaj w kosmosie

Może więc, chcąc odnaleźć wizję Świętego Mikołaja, który naprawdę lata po niebie swoimi saniami, musimy sięgnąć po wizje rodem z science-fiction? Cóż, autorzy lubujący się w tym gatunku, skupiali się raczej na snuciu wizji podróży międzygalaktycznych, losów dystopijnych społeczeństw przyszłości, transhumaniźmie i tym podobnych zagadnieniach, niż na tworzeniu obrazu Świętego Mikołaja "przyszłości". Wartym odnotowania wyjątkiem jest na przykład (bardzo uznane, nie tylko w czasach swojej działalności) czasopismo "Galaxy Science Fiction", na którego okładkach znajoma postać w czerwonym płaszczu i z siwą brodą występowała wielokrotnie. Co ciekawe, zawsze jest to mikołaj mający cztery ręce. Na jednej siedzi z małym zielonym kosmitą na kolanach, na innym stoi zaskoczony w drzwiach na widok robota z doczepioną brodą, noszącego charakterystyczną czapkę i mającego na plecach worek, oliwiącego metalową choinkę.

Na okładce styczniowego wydania z 1958 roku przedstawiono go w saniach, lecącego przez kosmos, ale zarówno sanie, jak i renifer (pozostałe najwyraźniej są poza kadrem) przedstawiono zupełnie zwyczajne. Podobnie jak sanie mikołaja-kosmity (zaprzęgnięte w jaszczurowate, dwunożne istoty pociągowe), z którym mija się, wymieniając pozdrowienia.

Jedyny powiew futuryzmu znajdziemy w grudniowym numerze z 1954 roku. Sanie mają co prawda klasyczny, kojarzony ze Świętym Mikołajem wygląd, a zaprzęg liczy osiem reniferów, ale płozy sań zakończone są silnikami rakietowymi, z których buchają płomienie, zaś renifery mają skafandry kosmiczne ze szklanymi hełmami. Taki sam hełm ma mikołaj, ale nadal ubrany jest na czerwono, tyle że w skafander. Przelatuje on wraz ze swoim zaprzęgiem nad futurystycznym domem o sferycznym kształcie, obok którego zaparkowana jest rakieta kosmiczna, a na niebie, w miejscu Księżyca, widoczna jest Ziemia.

Postać mikołaja "przyszłości" pojawia się także w animowanym serialu Futurama, którego akcja rozgrywa się w roku 3000 (i późniejszych latach). W odcinku "Xmas Story" główny bohater (który został przypadkiem zahibernowany na 1000 lat) dowiaduje się, że wiele lat wcześniej stworzono mikołaja-robota. Miał on zachowywać się jak ten "prawdziwy" - latać saniami po świecie i rozdawać prezenty grzecznym dzieciom. Jednak na skutek błędu w programowaniu, nikt nie jest w stanie spełnić standardu "grzeczności" (poza jedną postacią). Od tego czasu mikołaj-robot próbuje zabić wszystkich za bycie wyjątkowo (śmiertelnie wręcz) niegrzecznymi. Korzysta z tradycyjnie wyglądających sań, zaprzęgniętych w dwa robotyczne renifery. Nie znajdziemy tu żadnych elementów, tłumaczących, w jaki sposób fruwają, ale w czasie lotu daje się czasem słychać dźwięk silnika odrzutowego.

Jak jednak fani Futuramy doskonale wiedzą, serial ten nie jest najlepszym źródłem inspiracji tego, jak może wyglądać przyszłość. Częścią jego komediowego charakteru jest wszechobecny retrofuturyzm, przedstawiający roboty i inne zaawansowane technologie tak, jak znamy je z pierwszych dzieł science-fiction. Są to więc raczej "automaty", wyglądające jak metalowe beczki z doczepionymi kończynami, a nośnikami danych bywają dyskietki.

Po co nam fantazja, kiedy mamy technologię?

Nie ma co ukrywać, że sanie nie były projektowane według zasad mających cokolwiek wspólnego z aeronautyką, a renifery zaliczane są do dość sporej grupy zwierząt, które jeśli już lecą, to jedynie w dół. Możemy oczywiście fantazjować na temat napędów antygrawitacyjnych, ale nas interesuje rozwiązanie, które można zrealizować tu i teraz. Może więc, zamiast próbować wznieść w powietrze drewnianą skrzynię na płozach i dziewięć jeleniowatych, lepiej jest najpierw uwspółcześnić ten rodzaj lokomocji?

Kiedy odrzemy go z baśniowych konotacji i romantyzmu kuligów z pochodniami, otrzymamy... po prostu środek transportu, stosowany przed pojawieniem się i upowszechnieniem automobilu. Łatwo więc dojść do wniosku, że nowoczesny Święty Mikołaj powinien korzystać... z samochodu.

Latające samochody to dość powszechny motyw w literaturze i kinematografii fantastycznej. Nawet w komunistycznej Polsce, dzieci pytane, jak będzie wyglądał świat w roku 2000, masowo rysowały unoszące się w powietrzu auta, jako najłatwiejszy (oprócz robotów) do wyobrażenia sobie przejaw futuryzmu. No cóż... kiedy spojrzycie przez okno, skonstatujecie bez zdziwienia, że coś opóźnia się rynkowy debiut tych latających samochodów. Co nie znaczy, że pomysł nie został już dawno podchwycony i nie powstały działające pojazdy.

Przykładowo, w 2012 roku można było poczytać o holenderskim wynalazku, zwanym PAL-V. Wygląda jak Carver - inne dzieło inżynierów z kraju tulipanów - trójkołowiec, który zasłynął tym, że choć prowadzi się go jak samochód, przechyla się w zakrętach niczym motocykl. PAL-V również przypominał trochę jednoślad, tyle że... skrzyżowany z helikopterem. Do precyzyjnego lądowania na dachach jak najbardziej się nadaje. Trochę tylko brakuje miejsca na prezenty, ale jego nowsze wersje (przypominające już raczej trójkołowy samochód skrzyżowany z helikopterem) nie miałyby tego problemu. Zresztą wszyscy dobrze wiemy, że w worku Świętego Mikołaja mieszczą się prezenty dla wszystkich dzieci (a także rózgi, no i oczywiście skarpetki), chociaż nie ma on rozmiarów kontenerowca.

Zupełnie inaczej do sprawy podeszła firma AeroMobil z siedzibą na Słowacji. Jej konstruktorzy, dla odmiany zainspirowali się samolotami, przez co ich projekt wygląda trochę jak awionetka z doczepionym przodem od samochodu. Wygląda to o dziwo całkiem spójnie, ale łatwo wskazać dwie wady. Po pierwsze możliwości przewozowe, a po drugie fakt, że nie jest to samolot pionowego startu. Do rozwożenia prezentów nadałby się więc średnio, ale może jako środek transportu, kiedy mikołaj ma urlop?

Wbrew pozorom bardziej obiecujący wydaje się projekt Toyoty o nazwie SkyDive, którego prototyp pokazano tego samego roku (2017). Na pierwszy rzut oka wygląda jak fotel na kółkach z dużą szybą oraz śmigłami jak w dronie. Zbyt mały? A przypomnijcie sobie pierwszy rysunek Świętego Mikołaja w saniach? Wcale nie były wiele większe. Trzeba dołożyć tylko z tyłu pakę niczym w pick-upie na prezenty i można latać po świecie, przeskakując od dachu do dachu! Bycie wystawionym na działanie warunków atmosferycznych przecież nigdy nie było problemem dla mikołaja.

Gdyby jednak zapragnął nieco więcej komfortu, to mógłby zainteresować się Terrafugią TF-X- pojazdem, który wygląda jak dziwnie zabudowany samochód. Tajniki tej konstrukcji stają się jasne, kiedy chcemy wystartować. W jej bokach ukryto dwa składane śmigła, które nie przeszkadzają podczas codziennej eksploatacji, a do tego pozwalają na pionowy start. Dodajmy do tego hybrydowy (a więc ekologiczny) układ napędowy i deklarowaną prędkość maksymalną wynoszącą 320 km/h, a otrzymamy naprawdę ciekawą i nowoczesną alternatywę dla sań z reniferami.

Z patriotycznego obowiązku warto wspomnieć także o projekcie ochrzczonym Hoverbike Raptor. Polski projekt (stworzony przez firmę Skynamo aerospace), będący wyjątkowo oryginalną konstrukcją, którą prowadzi się podobnie jak motocykl. Tylko że w powietrzu. Pojazd ma naprawdę sporo przestrzeni ładunkowej jak na swoje niewielkie rozmiary. Jego konstrukcja wyklucza niestety pionowe starty, ale na jednym z projektów przedstawiono go tuż nad lądowiskiem dla helikopterów, więc kto wie.

A co tam słychać, zapytacie, w Chinach? Póki co, po staremu - chciałoby się rzec. Co prawda już dwa lata temu pojawiła się informacja, że tamtejszy gigant motoryzacyjny Geely ogłosił chęć zbudowania nie jednego prototypu, ale całej fabryki latających samochodów! Jak dotąd jednak przestworza się od nich nie zaroiły, ale kto wie - wszystko przed nami.

Z kolei inny tamtejszy producent, XPeng, zaprezentował niedawno swoją wizję latającego pojazdu, który jawi się bardzo obiecująco. Na pierwszy rzut oka wygląda na kolejny, całkiem futurystyczny prototyp, jakimi firmy motoryzacyjne regularnie się chwalą. Różnica polega na tym, że w jego zaskakująco długiej tylnej części ukryto dwa składane śmigła, które pozwalają na szybkie wzbicie się w górę. Co więcej, jest to pojazd elektryczny, a więc w pełni zgodny z dzisiejszymi trendami w transporcie i zgodny z polityką redukowania emisji CO2.

Pomysłów i projektów jest więc całe mnóstwo i chociaż nadal zatrzymują się one na etapie prototypów lub pojedynczych egzemplarzy, to dla Świętego Mikołaja i roztaczanej przez niego świątecznej magii, nie byłby to raczej problem. Co byście więc powiedzieli na takie "sanie" na miarę XXI wieku? W formie choćby zaproponowanej przez XPeng, ale z otwartym nadwoziem, żeby mikołaj mógł pozdrawiać wszystkich machaniem i wesołym "Ho, ho, ho!", a za nim, żeby piętrzyły się prezenty. Jego wierne renifery mogłyby zaś spokojnie hasać po zaśnieżonych okolicach Laponii, na zasłużonej emeryturze.