123RF/PICSEL
Katarzyna Pruszkowska-Sokalla 05:00 25.09.21

Macierzyństwo na Instagramie: Bez frustracji, zmęczenia i trudów?

K

K ilka dni temu zaczęła się jesień, a wraz z nią sezon infekcyjny. Jego skutki odczuwają przede wszystkim rodzice, którzy coraz częściej otrzymują telefony ze żłobków, przedszkoli i szkół z prośbą o szybkie odebranie dziecka. - Od września do marca mój syn ma kilkanaście infekcji - potwierdza Katarzyna Sorkowicz, mama 4-letniego Jasia, przedszkolaka. - Za każdym razem jest tak samo, czyli najpierw nerwowe ustalanie z mężem, kto ostatnio brał opiekę i u kogo patrzą na L4 krzywym okiem, a potem kilka nieprzespanych nocy, bo małego męczy gorączka albo zatkany nos. Dom wygląda jak pobojowisko, wszędzie zabawki i brudne talerze z niedojedzonymi posiłkami. A kiedy po tygodniu Jasiek nabiera sił, zwykle ja się rozkładam.

Reklama

Jest jednak miejsce, w którym życie wygląda inaczej. Dzieci nie chorują, nie brudzą się, nie bawią przedmiotami, które albo są niebezpieczne, albo łatwe do zniszczenia. Ubranka są czyste, posiłki pełne warzyw, a stojące na półkach książki nie mają powyrywanych kartek czy okładek obgryzionych przez ząbkujących właścicieli. Partnerzy nigdy się nie kłócą, za to zawsze mają czas na swoje pasje. A co ze zmęczeniem, niewyspaniem, zniechęceniem, które towarzyszy tak wielu rodzicom? Tu go, przynajmniej oficjalnie, nie ma. Jak dostać się do tego obiecującego wytchnienie miejsca? Wystarczy wziąć do ręki smartfon i włączyć Instagram.

Jak wygląda macierzyństwo?

Media społecznościowe towarzyszą nam na co dzień, nic więc dziwnego, że wiele przyszłych lub świeżo upieczonych mam, właśnie tam szuka informacji dotyczących macierzyństwa. - Wszystkie bliskie mi kobiety zdecydowały, że nie będą miały dzieci lub odłożyły macierzyństwo na później. Dlatego wiedzę o dzieciach czerpałam w ciąży głównie z sieci - opowiada Ewelina Krajewska, mama 2-letniej Hani. - Po porodzie okazało się jednak, że ten mityczny obraz niewiele miał wspólnego z prawdziwym życiem - mówi. Podobnie było w przypadku Doroty Sokołowskiej, która korzystanie z wiedzy dostępnej w sieci i w poradnikach ocenia dziś jako "najgłupszy pomysł, na jaki można było wpaść". - Oglądałam te wszystkie śliczne zdjęcia i uwierzyłam, że ja będę miała tak samo - mówi. - Że też będę otoczona koleżankami-matkami, że razem będziemy budować piękne wspomnienia. Do dziś żałuję, że wtedy nie widziałam, jak bardzo te nieprawdziwe wizje wpłyną na moją psychikę.

Reklama

Jak regularne wpatrywanie się w kadry z "idealnego" życia może wpłynąć na stan psychiczny matek? Zdaniem psycholog i doradcy rodzinnego Marty Majorczyk z poradni przy SWPS w Poznaniu, możliwości jest kilka. - Jeśli kobieta jest silna psychicznie, odporna na stres, zbudowała stabilne poczucie własnej wartości i zazwyczaj myśli o sobie dobrze, oglądanie nierealistycznych scen raczej będzie dla niej emocjonalnie obojętne. Nie załamie się, kiedy okaże się, że codzienność odbiega od tego, co serwują nam media społecznościowe.

Najnowsze wydanie Tygodnika co sobotę w Twojej skrzynce. Zapisz się do newslettera >>

- Jasne, obserwowałam konta instamatek - mówi Agata Kowalska, mama 11-letniej Zosi i 5-letniej Julii. - Mam trójkę młodszego rodzeństwa, więc wiedziałam, jak wygląda opieka nad noworodkiem. Nie czytałam postów w grupach dla matek i chyba ta nieświadomość była kluczowa. Gdy zostałam mamą, nie wiedziałam, że po cesarce mogę mieć problemy z karmieniem, bo widziałam jak mama karmiła rodzeństwo. Zaczęłam więc po prostu karmić moją córkę. Rodzina zaczęła nas odwiedzać miesiąc później, nie było obok "cioć dobra rada", nie było szumu informacyjnego. Moja rzeczywistość była bardzo instagramowa, a ja byłam na hormonalnym haju. Moje macierzyństwo to zdecydowanie to z lukrem i tak już od 11 lat.  

Oglądanie wyłącznie pozytywnych wersji macierzyństwa może jednak poważnie zaszkodzić kobietom wysoce wrażliwym, ambitnym i ze skłonnościami do perfekcjonizmu. - Zwłaszcza jeśli nie konfrontowały swojej wizji z rzeczywistością, na przykład nie rozmawiały z koleżankami o przebiegu porodu czy trudnościach w połogu - potwierdza psycholog. - Taka kobieta żyje w bańce złudzeń, która w pewnym momencie musi przecież pęknąć, bo macierzyństwo, zaręczam, dla nikogo z nas nie jest łatwe. Wtedy gwałtownie rośnie poziom stresu, niepokoju, napięcia, co może powodować zakłócenia w codziennym funkcjonowaniu, a w cięższych przypadkach doprowadzić do wystąpienia zaburzeń psychicznych, takich jak depresja.

Szczęśliwsze matki, grzeczniejsze dzieci

- Początki macierzyństwa były dla mnie strasznie trudnym doświadczeniem - mówi Ewelina Nowakowska. - Wcześniej uważałam, że skoro macierzyństwo przytrafia się statystycznej większości kobiet, to jest czymś naturalnym. Uznałam, że dziecko dopasuje się do mojego życia. Zawsze miałam silną potrzebę, by realizować się zawodowo, po porodzie nie chciałam więc zwalniać tempa. Podglądałam kilka kont kobiet, które udowadniały, że "jak się chce, to się da". Że na macierzyńskim można napisać książkę, założyć firmę, rozwijać biznes. Kiedy urodziła się Hania okazało się, że dla mnie osiągnięciem było wzięcie prysznica i przespanie trzech godzin ciągiem. Moje ambicje się zmieniły, a nowy plan brzmiał: wytrzymać do wieczora i utrzymać się na powierzchni.

Ewelinie wtóruje Dorota: - Miało być cudownie, a było przerażająco. Naoglądałam się ładnych zdjęć, a moja codzienność wyglądała tak: tydzień w tej samej piżamie, noszonej dzień i noc; brak czasu na podstawowe zabiegi higieniczne; jedzenie śmieciowe, bo nie miałam czasu i siły, żeby sobie coś ugotować. Najgorsza jednak była samotność, i to mimo stałej obecności dziecka i męża. Brakowało mi koleżanek, które jeszcze kilka miesięcy wcześniej interesowały się moją ciążą. A po porodzie zniknęły. 

Pierwsze kroki Diany Papaj w macierzyństwie także nie należały do najłatwiejszych. W czwartej dobie po porodzie musiała wrócić do szpitala, bez dziecka, za to z nawałem mleka. - Nie umiałam obsługiwać laktatora, nie wiedziałam, jak ściągać pokarm. Z tej bezradności czułam się jak najgorsza matka świata, która zamiast zajmować się dzieckiem, musi leżeć w szpitalu z powodu rany krocza.

Zdaniem Marty Majorczyk początki macierzyństwa byłyby łagodniejsze, gdyby kobiety częściej miały okazję zobaczyć prawdziwy obraz macierzyństwa. - Nie widujemy zdjęć czy nagrań prawdziwych porodów, może czasem włącza się je w szkole rodzenia. Uznajemy je za zbyt intymne, brzydkie, odpychające. A szkoda, bo mają ważny wymiar edukacyjny: są prawdziwe. Kobiety podczas porodu są opuchnięte, spocone, czasem z wysiłku pękają im naczynka, mają rozmazany makijaż, jeśli wcześniej go nie zmyły. Estetyczne zdjęcia z porodówek są piękną ustawką, zrobioną wcześniej albo po całym zdarzeniu. A poród to dopiero początek.

O tym, że wiele kobiet daje się nabrać na wizje kreowane przez social media, mogą świadczyć niepochlebne komentarze pod adresem poporodowej figury księżnej Katarzyny, która kilkanaście godzin po urodzeniu pierworodnego syna pozowała wraz z mężem przed szpitalem st. Mary w Londynie. Niektóre brzmiały: przecież już urodziła, więc dlaczego nadal ma taki wielki brzuch?

- Zdaję sobie sprawę z tego, że są matki, które błyskawicznie wracają do figury sprzed ciąży - tłumaczy Majorczyk. - Zwykle to zasługa genów lub wieloletnich treningów. Jednak ciało przeciętnej kobiety potrzebuje aż 1,5 roku, by się zregenerować. Warto o tym pamiętać, oglądając zdjęcia fit-mam, które miesiąc po porodzie prezentują płaskie brzuchy. One na to pracowały latami, więc kobiety, które wcześniej nie uprawiały intensywnie sportu, naprawdę nie powinny się z nimi porównywać.

Obrazek ładny, ale nastrój kiepski

Jedno z pytań, które zadawałam moim bohaterkom brzmiało: czy kiedykolwiek przeglądanie kont "idealnych mam" sprawiło, że gorzej się poczułaś? Wszystkie rozmówczynie odpowiedziały twierdząco.

- Nieraz zazdrościłam im tego, jak wygląda ich życie - potwierdza Diana. - Wiele razy złapałam się na myśleniu, że też chciałabym tak ładnie wyglądać, mieć pieniądze na markowe ubrania, na prywatne przedszkola i szkoły, fajne zajęcia dodatkowe. Też chciałabym podawać dzieciom dopracowane dania, robić im samodzielnie zabawki, nawet kosztem zarwanej nocy. 

- Łapię się na tym, że nastrój obniżają mi naprawdę banalne rzeczy, jak to, że moje potrawy nie wyglądają tak, jak innych - mówi Dorota.  - Jestem już coraz bardziej świadoma i wiem, że przecież nikt normalny się nie przyzna, że nie miał czasu się umyć i chodzi drugi dzień w tej samej bieliźnie. Ale kiedyś bardzo bolało mnie, że nie mam takiego pięknego życia jak "ci z internetu".

- Na pewno zdarzało się tak, że social media pogarszały mój wyjściowy nastrój, który w początkach macierzyństwa nie był szczególnie dobry - tłumaczy Ewelina. - Dopiero po pewnym czasie orientowałam się, że jakieś treści mnie nie wspierają. Tak było właśnie w przypadku tych produktywnych mam, które miały nowe biznesy, produkty i kampanie. Obserwowałam je, a potem myślałam, że ja sama jestem w ciemnej dupie i w ciągu najbliższych miesięcy raczej nic kreatywnego nie zrobię.

Po czym poznać, że przeglądane treści nam nie służą? Przykład Eweliny pokazuje, że odpowiedź nie zawsze jest łatwa, bo początkowo możemy uznać, że treści danego profilu nas "motywują" czy "inspirują". Dlatego psycholog radzi, by skupić się nie na tym, co myślimy o danych treściach, ale co czujemy wtedy w ciele. - Jeśli oglądamy zdjęcie i czujemy złość, żal, zazdrość, smutek, pretensje do losu lub bliskich, wtedy warto się zatrzymać i przyjrzeć naszym myślom. Jeśli brzmią: "nie umiem się opiekować własnym dzieckiem", "inni mają lepiej", "jej dziecko jest grzeczniejsze", "jestem bezwartościowa" warto wyłączyć aplikację, uciszyć wewnętrznego krytyka i skupić się na sobie.

Po pierwsze, warto się zastanowić, czy konta, które nas drażnią, nie zostały stworzone wyłącznie po to, żeby sprzedawać produkty i usługi. W końcu nie od dziś wiadomo, że instagramowe ciąże świetnie się sprzedają. - Kiedy któraś z celebrytek zachodzi w ciążę, może na tym skorzystać wiele firm. Większość osób pracujących w marketingu wie jednak, że reklama nie znosi brzydoty, dlatego zdjęcia publikowane na profilu muszą być estetyczne, czasem aż do przesady - potwierdza Majorczyk. 

Po drugie, dobrze zadać sobie kilka, z pozoru prostych, pytań: Jak się czuję jako mama? Co sprawia, że czuję się gorsza od innych lub wypalona? Co mogłoby mnie wesprzeć, żebym poczuła się lepiej? Ostatnie pytanie jest ważne, bo dzięki niemu nie będziemy musiały całkowicie rezygnować z mediów społecznościowych. Błędem byłoby bowiem wrzucanie wszystkich prowadzących profile matek do jednego worka. Instagram może być miejscem, które daje wytchnienie i poczucie zrozumienia. Trzeba jednak wiedzieć, gdzie i jak szukać. Nie bez powodu obok najpopularniejszych hasztagów, czyli #instamatki (1,8 mln obserwujących) i #jestembojestes (1,7 mln), pojawiają się bowiem i takie: #macierzynstwobezlukru (27,9 tys.) i #macierzynstwobezściemy (19,1 tys.).

Siła płynąca z ekranu

- Jednym z kont, które bardzo mnie wspiera, są dzieciaki-cudaki - opowiada Ewelina. - Historia Moniki, Wojtka i czwórki dzieciaków, z których dwoje ma wyzwania rozwojowe (Heniek i Dorotka mają zespół Downa - przyp. red.) bardzo mnie wzruszyła i sprawiła, że inaczej spojrzałam na swoją codzienność. Myślałam: "skoro oni dają radę, to ja z jedną Hanią też dam". Mogę powiedzieć, że to konto uchroniło mnie przed kompletną załamką.

- (...) Cieszę się, że się odważyłam (założyć konto na IG - przyp. red.) bo widzę, że dzięki temu niektórzy ludzie zmieniają swoje zdanie o osobach z zespołem Downa - opowiedziała mi, w wywiadzie dla serwisu kobieta.interia.pl, Monika Hoffman-Piszora. - Patrzą na naszą rodzinę, na uśmiechnięte dzieciaki. Nie przez pryzmat niepełnosprawności, rehabilitacji, chorób, smutku. To ogromna satysfakcja, kiedy ktoś pisze mi w wiadomości prywatnej, że bał się osób z zespołem, ale już się nie boi (...).

Cały wywiad przeczytasz TUTAJ

Dla Doroty takim wspierającym kontem jest to prowadzone przez Zuzę Skrzyńską. - To naprawdę wartościowe miejsce. Sama prawda o macierzyństwie, bez owijania w bawełnę i bez ściemy - mówi. Co ciekawe, kiedy Zuza zakładała swoje konto, początkowo wcale nie chciała zajmować się dawaniem wsparcia. - Moim założeniem było jego otrzymanie - mówi. - To właśnie na IG trafiłam na inne mamy wymagających dzieci. Znalazłam zrozumienie. Opowiadając o własnych trudnościach odczuwałam też ulgę, że mogę wyrzucić to z siebie ze świadomością, że nie tylko ja tak mam. Z czasem okazało się, że to, co mówię i pokazuję, jest również wsparciem dla innych mam...

Na swoim profilu Skrzyńska porusza wiele tematów, które wciąż uważane są za tabu. Mówi, m.in., o depresji i zaburzeniach lękowych, psychoterapii, terapii farmakologicznej, rodzicielskiej złości i wypaleniu. - Jest szczera, autentyczna i nie udaje, że jest lepiej, niż jest. No i wymyśliła hasło "ku***ść losu", które nieraz pomaga mi przebrnąć przez gorszy dzień.

Jak pokazuje przykład Zuzy, szczerość przyciąga, choć ona sama na początku się tego nie spodziewała. - (...) miałam wrażenie, że powinnam bardziej się starać. Robić piękniejsze zdjęcia, zadbać o obróbkę tych zdjęć, planować treści itd. Ale nie miałam do tego głowy, brakowało mi też czasu. Więc stwierdziłam, że wybiorę najmniej czasochłonną drogę i po prostu pokażę to, co mam i jaka jestem. A jeśli komuś to się nie spodoba, to nie musi do mnie zaglądać.

Cały wywiad z Zuzą przeczytasz TUTAJ

Wygląda na to, że autentyczność jest w cenie, bo Zuza ma blisko 59 tys. obserwujących, a do Kobiecej Kooperatywy Rozwojowej, którą niedawno założyła, zapisało się już ponad 200 kobiet. - Marzyłam o takim miejscu dla kobiet, w którym możemy się wspólnie rozwijać. Nie w duchu pracoholizmu, ścigania i porównywania się z innymi, ale raczej w duchu poukładania się z samą sobą. Uczenia się nowych rzeczy, wśród których jest nie tylko rozwijanie swojego biznesu, ale również nauka odpuszczania, komunikowania granic, radzenia sobie ze stresem czy krytyką - opowiada o swoim projekcie, który rozwinęła z dwójką małych dzieci u boku.

Choć każda z moich bohaterek stworzyła własną listę wspierających profili, kilka się powtarzało: Pomelody Anny Weber, gdzie można podglądać "wychowanie przez sztukę", Psychomama_julia Julii Izmalkowej, autorki hasztagu #ParentsFirst, kanał Mama Lama na YT (Anny Weber i Aleksandry Miksy-Woźniak), portale ładnebebe i natuli.

Kiedy robi się za trudno

Jak tłumaczyła psycholog, podglądanie kadrów z "idealnego", instagramowego życia może doprowadzić do spadków nastoju czy zaburzeń funkcjonowania, które powinny minąć po wprowadzeniu zmian w stylu życia (ograniczenie przeglądania IG, obserwowanie wspierających profili, zadbanie o regenerację i czas poza siecią). Zdarza się jednak i tak, że niezbędna jest pomoc specjalisty. Na co zwrócić szczególną uwagę? - Jeżeli kobieta czuje się źle, jest smutna, płacze czy popada w przygnębienie, powinna nam się zapalić czerwona lampka. Jeśli do tego dojdą komunikaty w stylu "jestem beznadziejna" czy "nic mi nie wychodzi", brak zainteresowania opieką nad dzieckiem lub mówienie o śmierci, bezwzględnie trzeba zwrócić się po pomoc do psychoterapeuty lub psychiatry.