East News Tamara Beckwith / Rex Features
Klara Bogucka-Łabęcka 05:00 11.09.21

"Mamo, jestem w porwanym samolocie. Dzwonię, żeby ci powiedzieć..."

T

T o misja samobójcza. Nie zamierzają nigdzie lądować, tylko użyć nas jako żywych tarcz. Uderzą w jakiś strategiczny budynek, jak tamci w WTC. Musimy coś zrobić, skoro i tak zginiemy; Mamo, jestem w porwanym samolocie. Dzwonię tylko po to, żeby ci powiedzieć, że bardzo cię kocham i...żeby się pożegnać - to fragmenty ostatnich rozmów pasażerów lotu 93 linii United Airlines na trasie Newark (pod Nowym Jorkiem) - San Francisco. 11 września 2001 roku udaremnili zamiary terrorystów, którzy porwaną maszyną chcieli uderzyć w budynek Kapitolu. Tego dnia zamachowcy porwali cztery samoloty.

Reklama

O wydarzeniach na pokładzie wiele wiadomo dzięki kilkudziesięciu połączeniom telefonicznym między pasażerami i ich rodzinami oraz zapisowi rozmów w kokpicie. Jakimś cudem porywacze nie zabrali podróżnym telefonów. Fragmenty ich rozmów słyszymy w głośnym, nominowanym do Oscara filmie Paula Greengrassa "Lot 93", będącym przejmującą próbą rekonstrukcji dramatycznego lotu.

Według ustaleń specjalnej komisji badającej zamachy z 11 września, pasażerowie Lotu 93, gdy dowiedzieli się od bliskich, że trzech innych porwanych samolotów użyto jako żywe pociski, zorganizowali atak na terrorystów. Postanowili za wszelką cenę odzyskać kontrolę nad samolotem i przeszkodzić im w osiągnięciu kolejnego celu. Jak się potem okazało, miał nim być budynek Kapitolu, siedziba Kongresu Stanów Zjednoczonych w Waszyngtonie.

Reklama

Na pokładzie było 33 pasażerów oraz dwóch pilotów, pięć osób z załogi i terroryści - trzech Saudyjczyków i jeden Libańczyk. Co najmniej cztery osoby porywacze zdążyli zabić - obu pilotów, stewardessę i jednego podróżnego.

- Macie jakąś broń? Co możemy wykorzystać? - pyta stewardessę mężczyzna, który wcześniej przekonywał współpasażerów o konieczności działania.

"Bronią", i to skuteczną, okazały się widelce, noże i gaśnica. W filmie widzimy, jak grupa pasażerów zabija dwóch, kompletnie nieprzygotowanych na atak terrorystów, strzegących kokpitu, a potem włamuje się do środka. Tam zaczyna się szarpanina z siedzącym za sterami Libańczykiem Zijadem Dżarrahem, przewodzącym atakowi. Gdy już mają wyrwać stery z jego rąk (ma je przejąć jeden z pasażerów, z licencją pilota), Dżarrah rozbija maszynę w szczerym polu, w Shanksville w Pensylwanii, około 250 km od Waszyngtonu.

Zabicie terrorystów i włamanie się do kokpitu to domysł reżysera, na który nie ma niepodważalnych dowodów, ale taka wersja zdarzeń, zdaniem bliskich ofiar, miała miejsce. Większość ekspertów też się z nią zgadza.

Niezwykłą rzeczą jest to, że rodziny ofiar miały ogromny wpływ na scenariusz, zaś wszyscy bohaterowie filmu noszą imiona i nazwiska autentycznych pasażerów lotu, a nawet wypowiadają ich prawdziwe kwestie, utrwalone w rozmowach telefonicznych. Greengrass, twórca obsypanej nagrodami "Krwawej niedzieli", wielbiciel gatunku potocznie określanego jako docudrama, dał głos sierotom po pasażerach lotu United Air93. To oni mówili mu, jak mają zachowywać się aktorzy, grający ich najbliższych, w co ma ich ubrać, jakich użyliby słów. Efekt jest piorunujący.


Samolot ten był jedynym spośród czterech porwanych, który dzięki determinacji pasażerów, nie osiągnął celu wyznaczonego przez terrorystów. Udało się powstrzymać atak na miejsce symboliczne dla amerykańskiej demokracji i ocalić życie kolejnych setek, a może tysięcy ludzi. Przed upadkiem wykonał kilka gwałtownych zwrotów, świadczących o tym, że w kokpicie miała miejsce walka o stery. Została zresztą zarejestrowana przez pokładowy magnetofon. 

Niestety, żaden z pasażerów Lotu 93 nie przeżył.

Muhammad Atta

Na dowódcę wszystkich dziewiętnastu zamachowców, którzy stali za atakami z 11 września 2001 roku, Osama bin Laden wyznaczył Egipcjanina Mohammada Attę, jednego z pięciu porywaczy samolotu linii American Airlines (Lot 11), który jako pierwszy rozbił się o jedną z wież World Trade Center.

Muhammad dorastał w Kairze, gdzie ukończył architekturę, a potem przeniósł się do Niemiec, i w latach 90. studiował planowanie miast na Uniwersytecie w Hamburgu. Po skończeniu tych studiów zajął mieszkanie przy Marienstrasse 54. To właśnie tutaj zbierali się przyszli zamachowcy tzw. Grupy Hamburskiej, która przygotowała zamachy na WTC i Pentagon.

Atta miał licencję pilota i bardzo dobrze znał język angielski. Do pomocy wziął czterech zamachowców - wszyscy pochodzili z Arabii Saudyjskiej. Zadaniem dwóch pierwszych było zastraszenie pasażerów i załogi oraz pilnowanie porządku na pokładzie, dwaj pozostali wdarli się do kokpitu i zabili obu pilotów, dzięki czemu Atta mógł zasiąść za sterami.


Kilka tygodni przed zamachem Muhammad latał samolotami pasażerskimi i obserwował zachowanie ich załóg. Ustalił, że porywacze powinni siedzieć w precyzyjnie wybranych miejscach - dwóch z przodu, aby wtargnąć do kokpitu, a dwóch z tyłu, aby sterroryzować pasażerów i zepchnąć ich na tył samolotu. Wtedy pilot może przejąć stery i skierować maszynę na obrany cel.

Ustalił też, że atak powinien nastąpić na początku lotu, gdy stewardesy zanoszą śniadanie pilotom - wtedy bowiem drzwi kokpitu są otwarte. Swoje wnioski przekazał pozostałym zamachowcom, którzy mieli pilotować trzy pozostałe samoloty: Marwanowi Al-Shehhi, Haniemu Hanjourowi i Ziadowi Jarrahowi.

Wszystkie cztery porwania przebiegały według tego samego schematu.

Lot nr 11

O godzinie 7:59 startuje z lotniska w Bostonie Lot nr 11 linii American Airlines, który wiezie pasażerów do Los Angeles. Wcześniej pilot zadba, by Boeing 767 napełnił także zapasowe zbiorniki paliwa. Na pokładzie ma 81 pasażerów i 11 członków załogi, wśród nich Muhammada Attę. Atta i jego wspólnik Alomari, przylecieli wcześniej z lotniska Portland w stanie Maine.

Jest 8:13, gdy Atta rozstawiwszy czterech pozostałych zamachowców (wszyscy mają bilety pierwszej klasy) na ustalonych miejscach, oznajmia pasażerom z kokpitu: "Niech nikt się nie rusza. Wszystko będzie dobrze. Jeśli spróbujecie wykonać jakiś ruch, narazicie na niebezpieczeństwo siebie i samolot. Zachowajcie spokój". Niechcący wciska jednak niewłaściwy przycisk i tym samym wysyła wiadomość do służb kontroli ruchu lotniczego.

Dwie minuty później kontrolerzy z centrum lotów w Bostonie zauważają, że tor samolotu odbiega od planowanego w kierunku południowym. Jest 8:20, gdy uznają, że samolot został prawdopodobnie porwany. Są zdumieni, rozmawiają o tym, że porwania nie mieli od 20 lat, ale jeszcze nie informują o tym NORAD (Dowództwo Obrony Północnoamerykańskiej Przestrzeni Powietrznej i Kosmicznej). Robią to dopiero o 8:40. (To opóźnienie będzie jednym z punktów śledztwa komisji kongresowej)

Rozkaz startu dwóch myśliwców F-15 z bazy USAF Otis w celu znalezienia porwanego samolotu, kierującego się w stronę Nowego Jorku, pada o 8:40. O wiele za późno, trochę ponad pół minuty przed jego katastrofą.

Jest dokładnie 8:46.40, gdy porwany samolot, lecący z prędkością około 750 km/h, z 40 tysiącami litrów paliwa w zbiorniku, uderza w fasadę wieży północnej World Trade Center. Między 93. a 99. piętrem budynku. Wszystkie 92 osoby znajdujące się w samolocie, giną na miejscu.

Wieża płonie. Ogrom zniszczeń sprawia, że ludzie w niej uwięzieni nie mogą uciec z wyższych pięter niż 92 (WTC liczyło 110 pięter). Wszystkie schody i windy są zablokowane. Setki osób zostają zabite od siły samego uderzenia, inne pochłania ogień bądź dusi dym. Podłoga blisko strefy uderzenia zapada się gwałtownie, co dowodzi niezbicie, że budynek zaraz się zawali. Nie sposób też ewakuować ludzi z powietrza, gdyż dym jest zbyt gęsty, by wylądować na dachu którejkolwiek z wież, a Nowy Jork nie ma wyspecjalizowanych helikopterów.


Ludzie na ulicach widzą osoby wyskakujące z okien wieży. Raporty mówią nawet o 250 osobach, które się na to decydują. Większość z nich ginie na miejscu. Z 94. piętra skacze para świeżo poślubionych małżonków. Ich ciała, podobnie jak pozostałe, miażdży prawdopodobnie siła uderzenia o ziemię, bo nie zostaną odnalezione. Inne przykryje gruz budowanego przez siedem lat WTC, które już niebawem się zawali.

Francuski kamerzysta Jules Naudet filmuje moment uderzenia samolotu w budynek WTC, które potem obiegnie cały świat. Pierwszą wiadomość o "katastrofie na World Trade Center" podaje CNN. Nikomu nawet przez myśl nie przejdzie jeszcze wtedy słowo "zamach".

Lot 77

Jedenaście minut po starcie Lotu 11, o godzinie 8:10, odrywa się od ziemi w Waszyngtonie inny samolot American Airlines - Lot 77,  także wiozący pasażerów do Los Angeles. Startuje z 58 pasażerami i 6 członkami załogi.

Około godziny 9:02 porywacze są już prawdopodobnie w kokpicie, bo nagle wyłączają się transpondery. Kontrolerzy potrzebują ponad 20 minut, by dostrzec, że samolot trafił w ręce terrorystów. I tylko dzięki temu, że jedna z pasażerek, popularna publicystka i komentatorka stacji CNN, Barbara Olsen, dzwoni do męża Thedore’a Olsena, wówczas Prokuratora Generalnego Stanów Zjednoczonych.

W pierwszym telefonie pani Olsen zdąży tylko powiedzieć: "Zostaliśmy porwani. Kidnaperzy mają noże", dzięki czemu mąż zawiadamia Departament Sprawiedliwości. Po chwili dzwoni jeszcze raz: "Spędzili nas wszystkich na rufę. Jest tu także pilot...", po czym połączenie się urywa.

Władze mają czas, by zestrzelić rozpędzoną maszynę, ale rozkaz nie pada. Nagle Boeing 757 zmienia kurs, dokonując zwrotu o 270 stopni, czego nigdy nie robią duże, pasażerskie liniowce.

O 9:45 samolot wbija się w gmach Pentagonu. Giną wszyscy pasażerowie i 125 osób z budynku.


Lot 175

Około 8:14 Lot 175 United Airlines, inny, kolejny po Locie 11 Boeinga 767, wiozący 56 pasażerów i 9 członków załogi, startuje z portu lotniczego w Bostonie, także w kierunku Los Angeles. Tylko co trzecie miejsce jest zajęte. Na szczęście.

O 8:30 jego piloci dostrzegają porwany Lot 11 w odległości 16 km na południe od siebie i meldują o nim kontrolerom. O godzinie 8:42 Lot 175 także zostaje porwany i zaczyna się przesuwać na południe. Minutę później FAA powiadamia NORAD o prawdopodobnym porwaniu Lotu 175. NORAD, który prawdopodobnie ma nasłuch centrum w Bostonie, już o tym wie.

Około 8:47 samolot dokonuje ostrego zwrotu w lewo, a później skręca jeszcze raz, obierając kurs na Nowy Jork. Mody biznesmen z branży komputerowej, Peter Hanson, podróżujący z żoną i dwuletnią córeczką, łączy się przez telefon komórkowy ze swym ojcem. "Porwali nas. Zabili stewardesę. Usiłują się dostać do kabiny pilotów", zdąży powiedzieć. Za drugim razem krzyknie tylko: "Spadamy w dół". Zaraz potem połączenie zostało przerwane.


Jest 9:02.57, gdy pędzący z szybkością 950 km/godz boenig uderza w drugą, południową wieżę WTC, trafiając w nią między 78. i 84. piętro. Stacje informacyjne relacjonują wciąż pierwsze uderzenie, miliony osób oglądają to na żywo. Części samolotu przebijają się przez budynek i wychodzą po stronie północnej, spadając na ziemię znacznie dalej. Rozpoczyna się masowa ewakuacja z południowej wieży, poniżej strefy uderzenia. Nawet nienaruszone pomieszczenia wypełnia dym. Niektórzy usiłują dostać się na dach w oczekiwaniu powietrznej ewakuacji. CNN podaje: "Drugi samolot uderza w World Trade Center".

I już nikt nie ma wątpliwości, że to nie katastrofa. To zamach na Amerykę.

Obywatelskie zachowanie

O 8:42, cztery minuty przed uderzeniem w pierwszą z wież World Trade Center, z ziemi startuje ostatni z samolotów, które 11 września, 20 lat temu, padły ofiarą terrorystów - United Airlines Lot 93. Jego historię już znamy za sprawą świetnego filmu Greengrassa. Według rozkładu, samolot miał wystartować z lotniska Newark koło Nowego Jorku o 8:00, ale z powodu opóźnień innych lotów, start nastąpił o 8:42. To pokrzyżowało plany zamachowców, bowiem jego pasażerowie mieli szansę usłyszeć o serii ataków i udaremnić ich plany.

Zapisy z czarnej skrzynki znalezionej na miejscu katastrofy, świadczą o tym, że samolot runął na ziemię o 10:03. Ich postawę uznano za przykład obywatelskiego zachowania ludzi postawionych w ekstremalnej sytuacji w obliczu zagrożenia życia.


Pięć minut przed runięciem samolotu, dokładnie o 9:58, na oczach telewidzów całego świata zawala się południowa wieża World Trade Center. Około 10:10 zawala się część budynku Pentagonu. Załogi strażaków jeszcze długo będą walczyć z pożarami. O 10:28 zawala się północna wieża WTC. Nie przeżyje nikt powyżej miejsca uderzenia samolotu.

Akcja ratowania spod gruzów ocalałych to obowiązek nowojorskiej straży pożarnej i policji, gromadzą się tam jednak ochotnicy w celu jak najszybszego przerzucania gruzu. Do dziś tysiące nowojorczyków zmaga się z ciężkimi chorobami płuc, co jest efektem wdychania azbestu, który znalazł się w powietrzu na skutek zawalenia się wież. Z myślą o nich został uruchomiony World Trade Center Health Program.

Łącznie w atakach 11 września zginęło 2996 osób, z tego 2602 zabitych i 26 zaginionych pochłonęło World Trade Center. Zamach na WTC pociągnął za sobą więcej ofiar i strat materialnych niż jakikolwiek inny akt terroru w dotychczasowej historii świata.


Krajobraz po wojnie

Jako pierwszy nazwał ataki 11 września "aktem wojny" senator John McCain, kandydat Partii Republikańskiej w wyborach prezydenckich w 2008 roku.

Za zamachami stała organizacja terrorystyczna Al-Kaida. Na antenie telewizji Al-Jazeera Osama bin Laden, ówczesny przywódca Al-Kaidy, wziął na siebie odpowiedzialność za ataki. Amerykanie zażądali wtedy od Afganistanu wydania im bin Ladena. Po odmowie, zdecydowali się zaatakować Afganistan. Reżim talibów został obalony, lider Al-Kaidy zdołał jednak uciec.


Dopiero w 2011 roku amerykański wywiad odkrył miejsce pobytu terrorysty. 2 maja 2011 roku Osama bin Laden został zastrzelony w tajnej operacji amerykańskich komandosów w pakistańskim Abbottabadzie, niedaleko Islamabadu.

Obecna, 20. rocznica ataków obchodzona będzie w cieniu ewakuacji wojsk amerykańskich z Afganistanu. Amerykański prezydent Joe Biden jest krytykowany, nawet przez zwolenników, za sposób, w jaki się ona odbywa.

W sierpniu prezydent wydał rozporządzenie, w którym nakazał przegląd, odtajnienie i ujawnienie rządowych dokumentów, związanych z zamachami we wrześniu 2001 roku.