East News DAREK REDOS/REPORTER
Aleksandra Cieślik 05:00 27.03.21

Matura, broń, alkohol i majtki. Tam kupiłeś wszystko

G

G war, szum, krzyk. Tysiące ludzi idących w ścisku. Mijają buty, ubrania, pościel, biżuterię, kosmetyki, narzędzia, sztućce, obrazy, bary z orientalnym jedzeniem. Jedni mierzą koszulkę-podróbkę z Davidem Beckhamem, inni buty Adidos lub Nuke, ty przyszedłeś po grę, a tuż obok jakiś mężczyzna kupuje pistolet. Ktoś łapie cię za rękę. "Empefri, dividi, wódećka, papieroski" - mówi łamanym polskim. Tak do 2008 roku wyglądał Jarmark Europa na Stadionie X-lecia w Warszawie.

Reklama

Obiekt sportowy oddany do użytku w 1955 r. funkcjonował do początku lat 80. W 1989 r. niszczejące przestrzenie stolica wydzierżawiła do celów handlowych firmie Damis. Ta na jego koronie założyła jedno z największych targowisk w Europie. 

Otwierała je - jako honorowy gość - aktorka Hanka Bielicka. - To odrodzony Kercelak (bazar na warszawskiej Woli istniejący do 1947 r. - red.). Przed wojną latało się tam na rozmaite zakupki. Nie miało się na to, by kupić w porządnym sklepie, tak więc kupowało często rzeczy używane - opowiadała do telewizyjnej kamery.

Reklama

Początkowo Jarmark zajmował jedynie koronę stadionu. Z czasem straganów przybywało. I tych legalnych, i tych mniej. Wysiadając na Rondzie Waszyngtona, wchodziłeś do labiryntu kolorowych namiotów, rozkładanych naprędce stołów, czy kupców krążących z towarem między tłumem przyjeżdżającym z całej Polski. Targowisko rozciągało się na Aleję Zieleniecką i błonia obiektu.

Kilka tysięcy stoisk. Jeszcze więcej sprzedawców wielu narodowości. Handlowali m.in. Polacy, Rosjanie, Bułgarzy, Rumuni, Turcy, Wietnamczycy, Chińczycy, Japończycy i Koreańczycy.

Przejście do innego świata

Moi rozmówcy są zgodni - można było nabyć tam dosłownie wszystko. Wystarczyło tylko dotrzeć do odpowiednich osób. Papierosy i alkohol bez banderoli, broń, prawo jazdy, matura, dyplom magistra, narkotyki, zwierzęta, podróbki ubrań, torebek i perfum, nielegalna pornografia - to tylko niektóre przykłady.

Alicja na Jarmark chodziła od dziecka.

Ciekawsze stadionowe zdobycze? - Mama nabyła świadectwo chrztu, pracy oraz książeczkę sanepidowską.

Grzegorz bywał na stadionie jako dziecko i nastolatek - od połowy lat 90. do końca istnienia targowiska. Comiesięczne wizyty z rodzicami stały się tradycją. Najczęściej wybierali niedzielę.

- Jarmark najbardziej kojarzę z muzyką i konsolami. Kupowałem cartridge do Pegasusa (odpowiednik gry wideo do konsoli - red.). Kosztowały chyba dychę. Potem z gameboyem przychodziłem i sprawdzałem u sprzedawcy, czy gra się sejwuje. Najbardziej czekałem na coroczne wydanie Fify. W sklepie kosztowała 90-100 zł. Na koronie pirata dostałem za 20 zł.

W latach 90. przegrane gry pakowano "profesjonalnie" - w plastikowe pudełko, z tłoczoną płytą i okładką. Z każdym rokiem ich jakość spadała. - Potem chowali je w saszetkach i wpisywali flamastrem nazwy. Łatwiej mogli je ukryć przed ewentualną policją.

Popularna była wymiana za dopłatą. - Jak zagrałeś, oddawałeś starą i brałeś nową za 10, a nie 20 zł. Każdy cwaniakował, dlatego grunt to sprawdzony sprzedawca. Ja kupowałem Fifę u Wasyla. Do tej pory pamiętam - sektor 34-35 na koronie. U niepewnych mogłeś dostać bubla lub zamiast gry znaleźć porno - opowiada Grzegorz.

Koronę stadionu nazywa "przejściem do innego świata". - Taka Narnia, a zarazem surrealizm. Widzisz rodziny z dziećmi. Ktoś mierzy koszulkę-podróbkę z Davidem Beckhamem, inny buty Adidos lub Nuke, ty przyszedłeś po grę, a tuż obok ktoś kupuje nóż i pistolet. Stacjonarne Allegro, tyle, że mniej bezpieczne.

Broń i wiadra amunicji

O handlu bronią opowiada mi pan Leszek, dziś 65-latek. W czasach świetności Jarmarku mieszkał niedaleko, obok fabryki Wedla.

Sam tego nie chciał. Bardziej interesowały go... rosyjskie narzędzia. Do tej pory wspomina ich jakość.

- Trzeba wiedzieć, do kogo pójść po daną rzecz. Ograniczone zaufanie. Pytałem znajomych, gdzie znajdę najlepszy, uczciwy i prawdziwy towar. Wystarczył telefon z poleceniem od tego do tego i docierałem do kogoś. Nawet, jeśli ktoś miał skłonności do chachmęcenia to, gdy wiedział, że jestem "swój", był czysty. Nie nadużywało się zaufania.

Przykład? Zakup garnituru. Oczywiście z polecenia kuzyna.

- Trochę przytyłem i przed świętami nie dopiąłem spodni. Brakowało ponad 10 cm. Poszedłem z nimi na stadion. W tym samym miejscu, na środkowej koronie, stał handlarz. Pokazałem mu je. Gość rzuca: "To od nas, mam takie o rozmiar większe". Dobrałem portki u tego samego pana po kilku latach.

Wielkie pieniądze

Pan Leszek nie handlował, ale sporo jego znajomych - owszem.

- Danka wraz z mężem perłami sprowadzanymi z Chin. Ona pracowała w Locie, miała darmowy przelot pracowniczy, a na kolejne dużą ulgę. Podróżowali do Pekinu. Nawiązywali kontakt, potem przewozili towar. Kupowali go za 25 tys. dolarów. Po miesiącu, dwóch w Polsce - jak słaby - wychodziło 100 tys., ale z reguły pieć razy więcej.

Dobrze zarabiali też sprzedawcy przypraw.

- Tereny bliskowschodnie - tam jest ich zagłębie, ale wyjeżdżałeś w rejon wojenny - do Iraku, Iranu, Pakistanu. Inwestowałeś 250 tys. dolarów. Po pół roku wychodził z tego milion.

O dużych pieniądzach opowiada mi również kolejny rozmówca, który woli pozostać anonimowy. Na spotkanie przyjechał luksusowym autem. W szczytowym okresie na Jarmarku miał sześć stanowisk. Handlował tekstyliami - kapciami, ubraniami. Nie pracował w weekendy.

- Wystarczyły wtorek, środa, czwartek i czasem piątek. Od 5:30 do 9:00. Opychaliśmy cały towar, głównie Rosjanom. Sezon trwał dla mnie od października do kwietnia. Zarabiałem około 10 tys. dolarów dziennie. Przyjemne, ale nie byłem najlepszy, raczej taki sobie.

Przyznaje - to go wyszkoliło. - Nauczyłem się prowadzić interesy, zarządzać zespołem. Korzystam z tego do dziś.

Alkohol drugą walutą

Witold wraz ze Zbyszkiem pracowali na stadionie na początku lat 90. Ten pierwszy prowadził magazyn w Pruszkowie obsługujący Jarmark. Czasem sprzedawał ubrania, w zastępstwie. Drugi bywał tam regularnie.

- Towar braliśmy z Chin. Dwa, trzy wyjazdy to równowartość malucha. Zarobki potężne. Pamiętam, gdy w okresie przedświątecznym sprowadziliśmy kontener (rzeczy często przypływały drogą morską lub jechały pociągami cargo - red.) kapci zwierzaków. Jednego zapakowanego żuka opchnęliśmy podczas jednego wjazdu na targ. Kolega o pseudonimie Lycra - bo handlował wyrobami z tej tkaniny - dogadał się z Rosjaninem i na stadionie kupił katamaran. Naprawdę, w grę wchodziły duże pieniądze - relacjonują.

Witold - podczas naszej rozmowy - wspomina zbieg okoliczności, który zmienił jego życie.

- Jedwabne koszule po wyjęciu z toreb wyglądały fatalnie. Aby coś z tym zrobić, w magazynie zatrudnialiśmy panie do ich prasowania. Jedna z nich została moją żoną, mamy dwójkę dzieci.

Zdradza mi jeszcze jedną historię. 

Czy w miejscu, w którym obok siebie sprzedawało tak wiele różnych nacji, obecny był rasizm? - O Chińczykach mówiliśmy "żółty", ale piliśmy z nimi. Często mieli lepsze głowy od nas. Załatwiałem coś z "ciapatym", ale za tym słowem nie szła agresja. Rasistą nie jestem, z różnymi ludźmi w życiu piłem - twierdzi Witold.

 - Miałem dużo klientów Rosjan. Nie czułem wrogości - przyznaje Zbyszek.

Tajemnica poliszynela

Każdego z rozmówców pytam o tzw. naloty. Każdy wybucha śmiechem. Pan Leszek kreśli w powietrzu cudzysłów.

- Policja - by się wykazać - musiała kogoś odstrzelić. Wiedzieli o wszystkim, tylko przymykali oko. Taka tajemnica poliszynela. Trzeba było przeznaczyć jakiś nielegalny towar. Oni go przeglądali i dla niepoznaki trochę zarekwirowali. Do "odstrzału" podczas takiego nalotu szedł ktoś nielubiany lub szkodzący komuś. Kupcy wiedzieli o kontroli i "wystawiali" daną osobę. Służby miały przedstawić wyniki i to też czyniły - opowiada.

Grzegorz - podczas jednej z wizyt na straganie Wasyla - doświadczył nalotu.

- Przyszedłem po Fifę. Ktoś nagle krzyknął: "Nalot". Wasyl zasłonił kotarę stoiska, a ja siedziałem z nim w kuckach i trzymałem w rękach grę. Wszystko trwało może kilkadziesiąt sekund. Rodzice czekali obok namiotu.

Egzotyczna podróż

Ostatni dzień handlu na koronie przypadł 30 września 2007 roku. Na niższych partiach trwał do 2008 r. Wtedy to - 6 września - odbył się finał serii Red Bull X-Fighters, zawodów FMX-Freestyle Motocross. Na zakończenie imprezy ówczesny minister sportu i turystyki Mirosław Drzewiecki oficjalnie zamknął Stadion X-lecia. W jego miejscu powstał PGE Narodowy.

A co z tysiącami ludzi zarabiającymi na targowisku przez lata? Niektórzy przenieśli stoiska do hal przy ul. Marywilskiej i Bakalarskiej. Inni zainwestowali zarobiony kapitał lub zmienili branżę.

Można powiedzieć, że namiastka Jarmarku Europa wciąż istnieje. W miniaturze możemy zobaczyć ją przy ulicy Zamojskiego, nieopodal stacji metra i wiaduktu kolejowego. Na stosunkowo niewielkiej działce stoi kilkadziesiąt kolorowych namiotów na metalowych rusztowaniach. Pracują m.in. Bułgarzy, Wietnamczycy, Ormianie. Ceny ubrań niższe niż na Marywilskiej.

Targowisko na Stadionie X-lecia wielu uważa za symbol transformacji ustrojowej, wyjścia Polski zza żelaznej kurtyny i otwarcia na Zachód. To tam - pośród tysięcy straganów - raczkował konsumpcjonizm. Dostęp do marek (nawet jeśli podróbek) takich, jak Adidas, Nike, Gucci czy Dior pozwalał poczuć się bardziej europejsko. Rozwój technologii umożliwiał z kolei prowadzenie nielegalnego, dobrze prosperującego, biznesu ze sprzedażą płyt, gier i kaset.

Przyjazd na zakupy stanowił substytut egzotycznej podróży, z której przywozimy "pamiątki" i "skarby". Przy prowizorycznych stolikach klienci po raz pierwszy próbowali smaków kuchni azjatyckiej.

Jak powiedziała z okazji otwarcia Jarmarku Europa Hanka Bielicka: "Ciuchami interesują się wszyscy. To atrakcja, wymiana myśli, spotkania towarzyskie i wszystko, co łączy nas z życiem".