Reporter Fot. Piotr Stokłosa
Paulina Sowa 05:00 06.11.21

Mec. Jolanta Budzowska: Nie wiem, co siedziało w głowach lekarzy

W

W edług relacji pani Izabeli, lekarze w jej przypadku czekali aż płód obumrze, zasłaniając się przepisami antyaborcyjnymi. To dowodzi, że wyrok Trybunału w praktyce wywiera wpływ na sytuację kobiet w ciąży - mówi mec. Jolanta Budzowska, pełnomocniczka rodziny zmarłej w szpitalu w Pszczynie 30-latki. Radca reprezentująca w sądzie poszkodowanych pacjentów, odpowiada też na pytanie, jakie błędy medyczne zdarzają się w Polsce najczęściej.

Reklama

Paulina Sowa: 30-letnia pani Izabela zgłosiła się do szpitala w Pszczynie w 22. tygodniu ciąży po tym, jak odeszły jej wody. Wiedziała już wtedy, że jej dziecko nie przeżyje?

Mec. Jolanta Budzowska: - Pani Iza jechała do szpitala po pomoc. Została przyjęta z poważnymi powikłaniami ginekologicznymi, czyli masywnym odpłynięciem wód płodowych i bezwodziem. W momencie przyjęcia lekarze nie dawali już szans na przeżycie dla płodu, nie podejmowano żadnych czynności, żeby poprawić jego dobrostan. W tym zakresie przyjęto postawę wyczekującą. Przy przyjęciu pani Izabela dowiedziała się, że dziecko nie przeżyje.

Reklama

Jaki był jej stan psychiczny? Informowała rodzinę o tym, co się dzieje w szpitalu?

- Odpłynęły jej wody płodowe, ale w momencie przyjęcia czuła się jeszcze dobrze. Celem jej pobytu w szpitalu było to, by nie doszło do zakażenia, a jeśli już tak się stanie, to żeby zakażenie nie uogólniło się na cały organizm. Niestety, jej stan systematycznie się pogarszał i informowała o tym rodzinę. Emocjonalnie na pewno nie było to dla niej łatwe doświadczenie, bo miała świadomość, że według lekarzy musi czekać, aż serce dziecka przestanie bić. Tak relacjonowała to rodzinie, nie mamy powodów do tego, by ten przekaz kwestionować.

W szpitalu spędziła dobę. Co w tym czasie robili lekarze?

- Po około dwóch, trzech godzinach od przyjęcia wykonano jej badania, z których wynikało, że wskaźniki stanu zapalnego są przekroczone, było więc jasne, że dzieje się coś niepokojącego. Pisała do rodziny, że zaczyna czuć się coraz gorzej, czuła jakby "coś ją brało", miała skoki temperatury, dreszcze, wymiotowała. To wszystko nie skłoniło jednak lekarzy do zweryfikowania obiektywnymi badaniami, jakimi są badania morfologiczne, tego, czy wykładniki stanu zapalnego nie narastają, czyli czy nie rozwija się sepsa. Ten stan trwał, a pani Iza była coraz słabsza. Możemy z dużym prawdopodobieństwem zakładać, że w tej sprawie doszło do błędu medycznego i to było przyczyną jej śmierci.

Na czym w jej przypadku miał polegać błąd medyczny?

- Rodzina i ja zarzucamy personelowi medycznemu, że mając świadomość zagrożenia i rozwoju stanu zapalnego, nie monitorowali należycie stanu zdrowia matki i płodu, i nie podjęli interwencji zgodnej z wiedzą medyczną na tyle wcześnie, żeby uratować jej życie.

O tym, że płód ma wady wrodzone, pani Izabela wiedziała wcześniej. Myślała o aborcji?

- Była w zaawansowanej ciąży, dbała o nią i w momencie, w którym pojawiły się komplikacje, udała się do szpitala. Z tych faktów raczej nie wynika, żeby celem jej działań była aborcja.

Gdyby nie ubiegłoroczny wyrok Trybunału Konstytucyjnego i zmiany w prawie aborcyjnym lekarze postąpiliby inaczej i ta młoda kobieta mogłaby nadal żyć?

- Nie wiem, co siedziało w głowach lekarzy. Mogę tylko przypuszczać, że mając do dyspozycji więcej możliwości zgodnych z prawem, czują większą swobodę i łatwiej jest im podjąć decyzję o terminacji żywej ciąży wtedy, kiedy nie obawiają się odpowiedzialności karnej z tego tytułu. Według relacji pani Izabeli, lekarze w jej przypadku czekali aż płód obumrze, zasłaniając się przepisami antyaborcyjnymi. To dowodzi, że wyrok Trybunału w praktyce wywiera wpływ na sytuację kobiet w ciąży.

Zaczęło się od pani wpisu na Twitterze, później były protesty pod TK, teraz o 30-letniej Izabeli mówi cała Polska. Była pani świadoma, że ta sprawa będzie tak ważna dla tak wielu kobiet w kraju?

- Napisałam o tym na Twitterze dlatego, że osobiście bardzo przejęła mnie ta sytuacja. Wpis był na prywatnym koncie bez skonkretyzowania, o jaką sprawę chodzi. Nie miał na celu wywołania takiego efektu. Komentarze, jakie pojawiły się później, w żaden sposób nie zmieniły mojego poglądu, nadal uważam, że problem jest, i to olbrzymi, a sprawa niezwykle poruszająca i emocjonalna. Mimo że mamy silne przekonanie, że doszło do błędu medycznego, to nie można jej rozpatrywać w oderwaniu od rozstrzygnięcia TK. Pani Iza i każda inna kobieta na jej miejscu byłaby bezpieczniejsza, gdyby lekarze mieli do dyspozycji bez ograniczeń prawnych więcej metod leczenia, które są zgodne z aktualną wiedzą medyczną. Dzisiaj nie budzi żadnych medycznych wątpliwości to, że terminacja żywej ciąży w takiej sytuacji klinicznej, w jakiej była pani Iza, jest zgodna z aktualną wiedzą medyczną, tymczasem lekarze mogą się powstrzymywać przed takim działaniem, bojąc się odpowiedzialności karnej. To jest tragedia przede wszystkim pacjentek, bo może się okazać, że w praktyce o ich życiu, zdrowiu i sposobie leczenia decyduje nie lekarz i jego wiedza, tylko przepis prawa.

Lekarze znają te przepisy? Czy może sami nie wiedzą, co tak naprawdę im wolno i ze strachu nie podejmują działania?  

- Pacjenci mają prawo do leczenia zgodnego z aktualną wiedzą medyczną, z należytą starannością, a przede wszystkim mają prawo żądać natychmiastowego udzielenia pomocy w sytuacji zagrożenia ich życia i zdrowia. Gdybyśmy myśleli, że lekarze mogą się skutecznie zasłonić niepewnością prawną, to nie kierowalibyśmy tej sprawy do prokuratury, a właśnie tam się znalazła. Uważam, że lekarze w tej sprawie powinni odpowiedzieć co najmniej za narażenie życia i zdrowia kobiety, a być może za spowodowanie śmierci pacjentki. A dlaczego tak się stało, to jest pytanie do lekarzy, czego się obawiają i czy te obawy są słuszne. Ja - z punktu widzenia prawnika reprezentującego poszkodowanych pacjentów - mogę powiedzieć tylko tyle, że nieznajomość prawa szkodzi.

Takie sprawy jeszcze panią szokują?

- Każda sprawa jest dla mnie ważna, ale niektóre są szczególnie przejmujące, tak jak ta. Zajmuję się jednymi z najtrudniejszych spraw o błędy medyczne  w Polsce i myślę, że niezależnie od tego, jak bardzo próbuję podchodzić do tego bez emocji, to tam, gdzie sednem sprawy jest tragedia ludzka, i to tragedia, której można było stosunkowo łatwo uniknąć, to nie da się tych emocji całkowicie wyzbyć. Co nie znaczy, że nie jest się wtedy profesjonalnym. Mogę być jednocześnie człowiekiem i profesjonalnym pełnomocnikiem.

Ale trudności w pracy na pewno się zdarzają.

- Dla mnie nie jest trudnością zmierzenie się z materiałem dowodowym, lubię pracę nad sprawą, moich klientów, salę sądową. Ale są takie trudne momenty, kiedy moja argumentacja zderza się z opinią biegłych, która jest najważniejszym dowodem w każdej sprawie medycznej, a ta okazuje się ewidentnie nieprzydatna dla sprawy, nie merytoryczna, błędna. A mimo to nadal może być rozstrzygająca. Wtedy czuję, że walę głową w mur. Mogę pokazywać czarno na białym, jaki jest pogląd medycyny na dany temat, przytaczać twierdzenia autorytetów, a biegły powie inaczej, nawet bez uzasadnienia, i to jego zdanie - zgodnie z procedurą - jest ważniejsze dla sądu. Takie mamy przepisy i ta właśnie słabość systemu opiniowania jest głównym powodem trwających długo postępowań i tego, że sądy nie zawsze dysponują wartościowym materiałem dowodowym. Może to prowadzić do błędnych i niesprawiedliwych wyroków, nie z winy sądów, tylko z winy biegłych. Nie ma we mnie zgody na to, że wyrok może być niesprawiedliwy. Na szczęście w sprawach, które prowadzę, zdarza się to stosunkowo rzadko.

Jest jakaś sprawa, która dała pani najwięcej satysfakcji?  

- Jest kilka takich spraw. Jedna z nich dotyczyła bardzo poważnie poszkodowanego przy porodzie dziecka. Przesądziliśmy, jako kancelaria działając na rzecz rodziny, że zadośćuczynienie za tę krzywdę przysługuje nie tylko dziecku, ale również jego rodzicom dlatego, że życie takiej rodziny zmienia się nieodwracalnie i na zawsze. Tę krzywdę należy dostrzec. Ten wyrok sprzed kilku lat zapoczątkował dyskusję w doktrynie, zaczęto dostrzegać rozbieżności w orzecznictwie. Ostatecznie te spory zostały ucięte po naszej myśli, z korzyścią dla poszkodowanych pacjentów. We wrześniu tego roku weszła w życie zmiana Kodeksu cywilnego, dodano w art. 442 (2).  Wprowadzono jednoznaczny przepis mówiący o tym, że takie prawo do zadośćuczynienia dla najbliższych członków rodziny przysługuje. To jest finał działań naszej kancelarii zapoczątkowany tą pierwszą, precedensową sprawą, dotykającą tego zagadnienia, która ostatecznie doszła do Sądu Najwyższego.

Myślę o jeszcze jednej sprawie z ostatnich miesięcy, takiej z pogranicza frustracji i ogromnej satysfakcji zawodowej. Dotyczyła ona kobiety, która zmarła po porodzie. Wszyscy twierdzili, że "no cóż, kobiety przy porodzie umierają". Tymczasem sekcja zwłok wykazała, że pacjentka straciła dwa litry krwi, a personel szpitala tego nie zauważył w toku opieki pooperacyjnej. Dodatkowo dokumentacja wskazywała, że wszystkie działania lekarzy i pielęgniarek były książkowe. Udało mi się udowodnić, że ta dokumentacja została sfałszowana i nie mogła odzwierciedlać prawdziwego stanu pacjentki. Nie może ktoś, kto za chwilę straci przytomność i umrze, do ostatnich minut swojego życia mieć idealnych parametrów krwi, ciśnienia i braku jakichkolwiek objawów, wskazujących na ciężki wstrząs. Prokuratura wcześniej tę sprawę umorzyła, a ja w postępowaniu cywilnym dowiodłam winę personelu medycznego i szpitala. W tej chwili kończy się ten proces, mam nadzieję, że trójka dzieci, mąż i matka zmarłej, którzy przez tyle lat walczyli o sprawiedliwość, wreszcie, po tym jak w wyroku wstępnym sąd potwierdził odpowiedzialność co do zasady, uzyskają wreszcie rentę, odszkodowanie i zadośćuczynienie. Przynajmniej tyle.

Jakie błędy medyczne są popełniane w Polsce najczęściej?

- Najbardziej brzemienne w skutki są błędy okołoporodowe i związane z ciężkim stanem urodzeniowym dziecka. Takie, którym można było zapobiec, gdyby poród był prowadzony właściwie. Częste są też błędy związane z powikłaniami matczynymi, gdzie dochodzi do śmierci matki na skutek np. wstrząsu krwotocznego, wstrząsu septycznego czy zatoru płucnego.

Gdzie jest granica między powikłaniem a błędem medycznym?

- Definicji jest mnóstwo, najprostsza różnica to taka, że powikłanie to niekorzystne następstwo zabiegu czy leczenia, ale takie, z którym należało się liczyć i któremu lekarz nie był w stanie zapobiec. Błąd medyczny musi być zawiniony, musimy udowodnić, że leczenie nie było zgodne z aktualną wiedzą medyczną i doszło do szkody na zdrowiu albo śmierci pacjenta przez zaniechanie, czyli niewdrożenie odpowiednich procedur na czas bądź przez błędne działanie.

Od kilku lat prowadzi pani blogi, na których opisuje przypadki błędów medycznych. To sposób na dzielenie się doświadczeniem?

- Blogi pomylkalekarza.pl i bladprzyporodzie.com powstały z potrzeby uwolnienia emocji i podzielenia się wiedzą. Oczywiście nie mam umiejętności lekarza, nie mogę nikogo operować, jednak po tych wszystkich procesach i przygotowaniach do nich, mam sporą wiedzę medyczną o tym, jakie są zagrożenia związane z daną procedurą. Mogę wskazać pacjentowi, na co powinien być wyczulony, o co powinien dopytać zanim podda się danej procedurze medycznej. Ludzie szukają takich informacji, kobieta w ciąży chce się dowiedzieć, jakie mogą być powikłania w związku z nadciśnieniem tętniczym czy ułożeniem dziecka. I u mnie na blogu znajdzie historie z życia, które mam nadzieję, za bardzo jej nie przerażą, ale uczulą, pokażą, gdzie może szukać dalszych informacji, jak się przygotować. Od lat wyznaję teorię, że pacjent poinformowany, nie tylko o swoich prawach, ale też o swoim problemie zdrowotnym od strony medycznej, jest pacjentem bezpieczniejszym. Blogi są też oczywiście miejscem dla osób, które podejrzewają, że w ich przypadku doszło do błędu medycznego i chciałyby dowiedzieć się więcej. I w końcu blogi są też pożyteczne dla mnie, pozwalają mi podzielić się pewnymi refleksjami, które gdzieś we mnie tkwią w trakcie procesów i po ich zakończeniu.

Jednym z tematów, jaki pani opisuje było uczestnictwo w sekcji zwłok zmarłego tuż po porodzie dziecka. Musiało to być trudne doświadczenie?

- Miejsce prawnika jest na sali sądowej, a nie sekcyjnej, chociaż mamy prawo jako pełnomocnicy uczestniczyć w sekcjach. W tym przypadku była taka konieczność. Takie rzeczy zawsze człowiekiem wstrząsają, chociaż muszę przyznać, że w tej konkretnej sytuacji zaskoczyłam samą siebie tym, że potrafiłam zachować pełny profesjonalizm i razem z obducentami analizować na bieżąco przebieg sekcji. Natomiast sam obraz tkwił we mnie jeszcze przez jakiś czas. Nie mogę powiedzieć, że to przeszło bez echa, ale dla sprawy było ważne, żebym tam była.