Zaślubiny ciągnęły się miesiącami. Zaczęło się ponad rok temu, w marcu, kiedy na pierwszą imprezę ściągnęło 1200 gości z wszystkich zakątków świata i były to postaci z pierwszych stron gazet. Przed zaproszonymi wystąpili m.in. Rihanna i Justina Bieber.
Kolejna część uroczystości odbyła się na luksusowym statku, który ruszył w rejs po Morzu Śródziemnym. W jego trakcie 800 osób uczestniczyło w koncertach Katy Perry, Andrei Bocellego, Backstreet Boys oraz Pitbulla.
Aż przyszedł lipiec. Antilia Tower - wzniesiona przed piętnastu laty 27-piętrowa rezydencja w Bombaju - tonęła, dosłownie, w kwiatach. Na dekoracje zużyto 20 milionów roślin, przygotowanych przez 500 florystów. Na gości czekało 30 tysięcy butelek najdroższego szampana i 2,5 tysiąca potraw przygotowanych przez setki szefów kuchni.
Przysięgi ślubnej wysłuchali m.in. Kim Kardashian, Khloe Kardashian, Mike Tyson, John Cena, David Beckham, Adele, byli premierzy Wielkiej Brytanii Boris Johnson i Tony Blair, była sekretarz stanu USA Hilary Clinton oraz wielu innych głośnych nazwisk.
Było to z pewnością jedno z najdroższych "tak" panny młodej i pana młodego w historii. Wystarczy powiedzieć, że pojedyncze zaproszenie kosztowało blisko 10 tys. dolarów, a przemnożone przez liczbę gości daje grube miliony. W sumie rodziny pary młodej wydały ponad 750 mln dolarów. Blisko trzy miliardy zł!
Czas zdradzić kim byli nowożeńcy. To Radhika Merchant i Anant Ambani, syn najbogatszego człowieka w Azji, Mukesha Ambaniego, właściciela 48 proc. udziałów w Reliance Industries Limited, którego fortunę szacuje się na od 120 do 150 mld dolarów.
Panna młoda też do ubogich nie należy, jest córką Virena i Shaili Merchant, założycieli firmy Encore Healthcare, zajmującej się opieką zdrowotną i produkcją leków.
W tym samym czasie, w gęstych (wciąż jeszcze) górskich lasach północnej Sumatry, w okolicach Tapanuli, najbardziej zagrożone wyginięciem wielkie małpy człekokształtne walczyły o zachowanie swojej populacji.
Na trop orangutana tapanulijskiego (Pongo tapanuliensis) natrafiono niespełna dwadzieścia lat wcześniej, ale dopiero w 2017 roku międzynarodowy zespół naukowców zbadał go dokładnie i wówczas stwierdzono, że to zupełnie nowy gatunek.
- Pomimo prawie 50 lat badań na Sumatrze, populacja ekosystemu Batang Toru została “odkryta" dopiero w 1997 roku w trakcie szeregu badań terenowych - mówił tuż po ogłoszeniu rewelacji prof. Erik Meijaard, który jako pierwszy poszukiwał populacji orangutanów na południe od jeziora Toba.
W 2013 roku pozyskano czaszkę dorosłego samca, wtedy wszyscy zdali sobie sprawę z niepowtarzalności odkrytej populacji.
- Porównaliśmy ją z innymi czaszkami orangutanów - wyjaśnił Anton Nurcahyo, indonezyjski doktorant z Australian National University. - Byliśmy niezwykle zaskoczeni, że niektóre jej cechy znacznie różnią się od tych, które widzieliśmy wcześniej.
Wtedy zdecydowano o przeprowadzeniu badań genomowych dziko żyjących orangutanów, co było możliwe dzięki danym gromadzonym przez całe dziesięciolecia. Stało się jasne, że to rzeczywiście odmienny gatunek.
Rozległe modelowanie komputerowe ujawniło, że populacja najprawdopodobniej była odizolowana od wszystkich innych sumatrzańskich populacji przez co najmniej 10 000 lat. Wymiana genetyczna między orangutanami z Batang Toru a innymi populacjami orangutanów z Sumatry ustała, kiedy korytarz leśny między nimi został zastąpiony polami uprawnymi, jeziorami i osadami. Ta izolacja doprowadziła do wykształcenia unikalnych cech fizycznych, wokalnych i behawioralnych. Do cech charakterystycznych orangutanów z Tapanuli należą płaskie poduszki policzkowe i kręcone włosy, a także zamiłowanie do zjadania rzadkich gatunków roślin.
I tak orangutan tapanulijski dołączył do dwóch innych żyjących w Indonezji: orangutana sumatrzańskiego (Pongo abelii) i orangutana borneańskiego (Pongo pygmaeus).
Wszystkie mają status gatunku krytycznego według IUCN (Międzynarodowej Unii Ochrony Przyrody) jednak to endemiczny dla trzech regionów Tapanuli, występujący na przestrzeni 1100 km kwadratowych lasów wyżynnych ekosystemu Batang Toru orangutan jest w najgorszej sytuacji. Ich liczbę oszacowano - w chwili opisania gatunku - na niespełna 800 osobników. Teraz spadła do około 500.
Ledwo odkryty już "zdobył" szczyt listy dramatycznego raportu "25 najbardziej zagrożonych gatunków naczelnych 2023-2025" przygotowanego przez Grupę ds. Naczelnych IUCN SSC, Re:wild i Międzynarodowe Towarzystwo Prymatologiczne.
Sytuacji naszych krewniaków, z którymi dzielimy 97 proc. DNA, nie poprawia nawet najnowsze odkrycie. Zaledwie parę tygodni temu zespół terenowy z Fundacji Ochrony Orangutanów Sumatry - Centrum Informacji o Orangutanach (YOSL-OIC), w towarzystwie dziennikarza serwisu Mongabay Indonesia Junaidi Hanafiah, udokumentował obecność matki i małego orangutana w lesie w okolicach wioski Lumut Maju w dystrykcie Tapanuli Central.
Obserwacja nastąpiła po kilkugodzinnej wędrówce przez gęstą roślinność, a obserwacja stała się pierwszym potwierdzonym zapisem występowania tego gatunku w tym obszarze. Dotychczas sądzono, że zasięg orangutana tapanulijskiego jest ograniczony do krajobrazu Batang Toru.
Zdjęcia termowizyjne z dronów i badania naziemne wykazały oznaki przemieszczania się w pobliskich fragmentach lasu.
Analiza zachowań żywieniowych dostarczyła więcej wskazówek na temat tego, jak gatunek przystosował się do otoczenia. W lesie Lumut Maju orangutany żywią się głównie owocami drzew takich jak Syzygium muelleri, Tetramerista glabra, Artocarpus elasticus i Campnosperma coriaceum. - Kontynuujemy gromadzenie danych, aby uzyskać bardziej szczegółowy obraz ich diety i wykorzystania siedlisk - powiedział Rio Ardi, kierownik ds. badań w YOSL-OIC.
Eksperci są jednak zaniepokojeni. - Tylko w 2025 roku doszło do wyjątkowego wylesienia w tym obszarze, obecnie pozostały las zajmuje już mniej niż 1000 hektarów - wyjaśnił Rio.
Kiedy 26 września przedstawiciele Mongabay Indonesia odwiedzili wioskę Lumut Maju, oznaki zmian w lesie bagiennym były oczywiste. Duże połacie terenu zostały wykarczowane, a fragmenty gołej ziemi rozciągały się przez obszar, który niegdyś był gęstym lasem. Ryk ciężkich maszyn rozbrzmiewał w okolicy.
Mieszkańcy Lumut Maju twierdzą, że władze regionu już wcześniej zauważyły obecność orangutanów, ale celowo nie rozpowszechniały tych informacji.
- Ludzie z zewnątrz rzadko przyjeżdżają do Lumut Maju, ponieważ leży z dala od centrum dystryktu. Drogi są kiepskiej jakości i przechodzą przez dwie plantacje palmy - tłumaczył Mongabay Aman Rida, mieszkaniec wioski.
Odkrycie populacji orangutanów tapanulijskich poza Batang Toru wywołało zarówno optymizm, jak i zaniepokojenie wśród ekologów. Organizacja pozarządowa Green Justice Indonesia (GJI) nazwała to odkrycie rzadką okazją do poszerzenia wiedzy na temat zasięgu występowania gatunku, ale ostrzegła, że wiąże się ono z poważnymi wyzwaniami, w tym z brakiem ochrony w strefie chronionej, co naraża las na szybkie wylesianie.
Organizacja zauważyła, że las nie jest połączony z Batang Toru, a skupisko populacji orangutanów jest tu skutecznie odizolowane. Ta izolacja budzi poważne obawy o ich długoterminowe przetrwanie. Populację w pobliżu wioski Lumut Maju oszacowano na 100 zwierząt, a eksperci uważają, że dla żywotnej populacji orangutanów wymagane jest co najmniej 250 osobników żyjących w połączonym, naturalnym lesie z wystarczającą ilością pożywienia.
Jedynym ratunkiem może okazać się przeniesienie tych orangutanów do większego, chronionego obszaru leśnego Batang Toru.
Wśród największych zagrożeń dla orangutanów naukowcy wskazują utratę siedlisk, myślistwo i zmiany klimatu. Dane satelitarne z Sumatry pokazują, że lasy nizinne poniżej 500 metrów - główne siedlisko tych zwierząt - skurczyły się o 60 procent w latach 1985-2007.
Indonezja i Malezja są największymi producentami oleju palmowego na świecie, dostarczają ponad 85 proc. Globalnego zapotrzebowania. Ciągłe poszerzanie plantacji palm olejowych, to dla człekokształtnych wielkie zagrożenie. Zwierzęta tracą źródło pokarmu.
Jakby problemów było mało Chińczycy namówili rząd Indonezji do budowy na Sumatrze wielkiej zapory wodnej.
Moc siłowni ma wynosić 4 x 127,5 MW, a zwolennicy zachwalają, że pozwoli ona na redukcję emisji dwutlenku węgla o około 1,6 miliona ton rocznie, czyli tyle, ile dałoby posadzenie 12,3 miliona drzew. A na dodatek zapora zajmie ledwie 122 hektarów powierzchni.
Nie mówią jednak, że budowa oznacza poprzecinanie regionu siecią nowych dróg i linii przesyłowych wysokiego napięcia. Nie wspominając już o ignorowaniu faktu, że hydroelektrownia zagraża siedliskom wielu zwierząt, tygrysom sumatrzańskim, siamangom wielkim, no i oczywiście najrzadszym na świecie małpom człekokształtnym.
Antropolog biologiczny Erik Meijaard stwierdził wprost, że zapora będzie "gwoździem do trumny" dla tego zwierzęcia. - Drogi przyciągają myśliwych i osadników - to zazwyczaj początek zagłady.
Inwestorzy pozostali jednak niewzruszeni losem małpy o cynamonowym futrze. Liczne skargi i protesty kierowane przez naukowców i ekologów do rządu Północnej Sumatry, w których podnoszono zagrożenia dla środowiska, a także nieuwzględnienie ryzyka szkód spowodowanych trzęsieniami ziemi w regionie aktywnym sejsmicznie nie przyniosły żadnego odzewu.
Mieszkańcy wsi wokół zapory już dziś twierdzą, że przez inwestycję zwierzęta opuściły las i zaczęły wchodzić na ich pola uprawne i do sadów owocowych. Eksperci z Business & Human Rights Resource Centre cytują jednego z miejscowych rolników, który skarżył się na hordy małp potrafiących wtargnąć na pola, zjadając wszystko, co na nich napotkają. Miał żal, że nikt nie zaoferował żadnej pomocy.
Budowa elektrowni w Batang Toru trwa. Siłownia miała ruszyć przed trzema laty, ale termin zakończenia budowy wielokrotnie przesuwano. Teraz mówi się, że zacznie dawać prąd w przyszłym roku.
Ale co łączy syna najbogatszego człowieka w Azji z problemami orangutanów tapanulijskich i innych zagrożonych gatunków? Otóż Anant Ambani jest miłośnikiem zwierząt, ale raczej nie takim, który chciałby je chronić w naturalnym środowisku, a kimś, jak Pablo Escobar, który dla kaprysu sprowadził do Kolumbii hipopotamy.
Anant Ambani zarządza w stanie Gudżarat ośrodkiem dzikiej przyrody Vantara (oficjalnie znana jako Green Zoological Rescue and Rehabilitation Centre), liczącym blisko 1500 hektarów powierzchni. Na tym terenie żyje około 150 tysięcy zwierząt z 2000 gatunków, co znacznie przewyższa populacje z takich ogrodów zoologicznych, jak w Nowym Jorku, Londynie czy Berlinie.
To właśnie w Vantarze pojawił się niespodziewanie orangutan tapanulijski. Nikt dokładnie nie wie, kiedy, ale z dokumentów złożonych przez placówkę do Centralnego Urzędu Ogrodów Zoologicznych w Indiach wynika, że stało się to między 2023 a 2024 rokiem.
Wówczas zaczęły pojawiać się wątpliwości dotyczące niektórych nabytków ośrodka. Reporterzy AFP próbowali o tym porozmawiać z ekspertami ds. ochrony przyrody i handlu dzikimi zwierzętami. Kilku stanowczo odmówiło, wskazując na wcześniejsze pozwy sądowe Vantary kierowane przeciwko krytykom.
Ci, którzy mieli więcej odwagi, choć woleli pozostać anonimowi, nazwali kolekcję Vantary bezprecedensową. - Nigdy nie widziałem niczego na taką skalę - podkreślił jeden z długoletnich ekspertów ds. ochrony przyrody.
Podejrzenia dotyczące nielegalnego nabywania zwierząt i nadużyć finansowych pojawiały się w związku z Vantarą już wcześniej, ale to obecność w ośrodku orangutana tapanulijskiego sprawiła, że w końcu sprawa trafiła do sądu.
Handel najbardziej zagrożonymi gatunkami na świecie jest bowiem zabroniony na mocy Konwencji o międzynarodowym handlu dzikimi zwierzętami i roślinami gatunków zagrożonych wyginięciem (zwanej także konwencją waszyngtońską lub w skrócie CITES).
Istnieją jednak wyjątki, w tym dla zwierząt "hodowanych w niewoli" - osobników urodzonych w niewoli przez rodziców żyjących w niewoli.
Istnieje tylko jeden zapis CITES o międzynarodowym transferze orangutana tapanulijskiego. Opuścił on Indonezję w 2023 roku i trafił do Zjednoczonych Emiratów Arabskich, skąd, jak twierdzi Vantara, pochodzi jego tapanuli.
W zapisie transferu zwierzę jest opisano jako "hodowane w niewoli". Co eksperci kwitują krótko: nieprawdopodobne. - W Indonezji nie ma programów hodowli orangutanów w niewoli - wyjaśnia Panut Hadisiswoyo, założyciel i prezes Centrum Informacji o Orangutanach w Indonezji, działacz na rzecz ochrony przyrody z ponad dwudziestoletnim doświadczeniem.
- Wspomina się jedynie o nielicznych osobnikach, które w ogóle przebywają w niewoli, w ośrodkach rehabilitacyjnych.
Hadisiswoyo w rozmowie z reporterami AFP nie krył zdumienia, kiedy dowiedział się o orangutanie z Vantary. - Robimy wszystko, aby je chronić - powiedział zszokowany. - To naprawdę bardzo, bardzo przygnębiające informacje.
Eksperci zastanawiali się również, czy to na pewno ten gatunek orangutana. Mogła to być na przykład mieszanka okazu tapanulijskiego i innego gatunku, być może odkryta przez zoo w kolekcji - choć wówczas pojawia się pytanie, dlaczego placówka miałaby oddać tak rzadkie zwierzę.
- Ale jeśli zwierzę to orangutan tapanulijski, nieuniknione jest, że musiałoby zostać pozyskane nielegalnie - powiedział ekspert ds. ochrony orangutanów Erik Meijaard.
- Jeśli Vantara posiada choć jednego orangutana tapanulijskiego, jego wartość dla ochrony przyrody będzie znikoma - dodał Panut, który nalega na powrót zwierzęcia do Indonezji.
Również dla Meijaarda ochrona zwierzęcia w jego naturalnym środowisku stanowi "jedyną szansę na przetrwanie tego gatunku". - Próba rozmnażania orangutanów poza Indonezją z jakąś długoterminową nadzieją, że przyczynią się one do wzrostu populacji, to po prostu bzdura.
Władze CITES nie odpowiadają na prośby o komentarz ws. kontrowersji dotyczących pochodzenia zwierzęcia. Sekretariat poinformował jedynie agencję AFP, że "nie jest w stanie udzielić informacji".
Bez żadnego odzewu spotkały się także pytania kierowane do Vantary, by wyjaśniono pochodzenie orangutana tapanulijskiego oraz w ogóle sposobu, w jaki pozyskuje zwierzęta. Nie był on bowiem pierwszym zwierzęciem wysokiego ryzyka, które tam trafiło.
Wcześniej burzę wywołało pojawienie się w Vantarze ary modrej, jaskrawoniebieskiego gatunku papugi pochodzącej z Brazylii, którą w 2019 roku Międzynarodowa Unia Ochrony Przyrody (International Union for Conservation of Nature - IUCN) uznała za wymarłą na wolności.
Nie może więc dziwić, że Brazylijczycy robią wszystko, by zapobiec wszelkiemu handlowi tymi ptakami. Zgodnie z dokumentami CITES, ostatni przypadek wydania zgody nabycie osobników otrzymała placówka w Niemczech, ale pod jednym warunkiem - nie zostaną nigdy sprzedane ani przeniesione bez zgody władz Brazylii.
Tymczasem w 2023 roku 26 ar przybyło do Vantary właśnie z niemieckiego ośrodka. Sprawa wywołała w Brazylii oburzenie, była wielokrotnie poruszana na spotkaniach CITES.
Z dostępnych publicznych dokumentów CITES wynika jasno, że już wcześniej pojawiły się raporty dotyczące importu zagrożonych gatunków zwierząt do Indii.
Hindusi zapowiedzieli, że zaproszą przedstawicieli CITES na wizytę, ale jak dotąd nie przedstawiono "szczegółowych informacji w tej sprawie".
Pod koniec września sąd, który rozpatrywał sprawę nielegalnego pozyskiwania zwierząt przez ośrodek należący do najbogatszej rodziny w Azji, oczyścił Vantarę z zarzutów.
Wcześniej Anant Ambani spotkał z premierem Indii Narendrą Modim. A tuż po wyroku sądu rząd zwrócił się do ONZ z apelem, by nie zaostrzała kursu związanego z importem zwierząt.
Jednak po wrześniowej wizycie w ośrodku, Sekretariat Konwencji o międzynarodowym handlu dzikimi zwierzętami i roślinami gatunków zagrożonych wyginięciem opublikował raport, w którym zwrócił się do Indii o przegląd procedur.
W raporcie wskazano na znaczące rozbieżności między danymi handlowymi eksporterów i importerów oraz zwrócono uwagę na niewystarczające kontrole pochodzenia niektórych okazów. Indiom zalecono wstrzymanie wydawania nowych zezwoleń na import gatunków zagrożonych do czasu zaostrzenia środków bezpieczeństwa. CITES zagroził Indiom zawieszeniem handlu, jeśli nie wdroży działań naprawczych.
- Ten raport rodzi więcej pytań niż daje odpowiedzi - powiedział Mark Jones, dyrektor ds. polityki w organizacji zajmującej się dziką przyrodą Born Free.
W odpowiedzi na raport władze Indii przesłały 10 listopada pismo do CITES, w którym stwierdziły, że wszelkie środki ograniczające lub karne na tym etapie nie mają podstaw prawnych. "Wniosek organizacji ds. dzikiej przyrody stanowiłby de facto zawieszenie lub moratorium na legalny import" - oświadczył rząd.
Ani CITES, ani Vantara nie odpowiedziały na prośby agencji Reutera i AFP o komentarz do pisma rządu Indii.
Odpowiedzi na pytanie, skąd endemiczny orangutan tapanulijski w ogóle się w Indiach wziął, też wciąż brak.