Jest zaprzeczeniem tego wszystkiego, z czego słyną hollywoodzkie gwiazdy: mając do wyboru kameralne, artystyczne kino i superprodukcję gwarantującą komercyjny sukces, zawsze wybiera to pierwsze. Jednak dopiero niedawno w wywiadzie dla brytyjskiego "Guardiana" wyznał, co się za tym kryje.
"Cóż, mój pierwszy partner ekranowy i przyjaciel przedawkował na Sunset Boulevard. Był najjaśniejszą gwiazdą swojego pokolenia, a ta branża go zmiażdżyła. To była dla mnie wielka lekcja pokory już na starcie".
Partnerem i przyjacielem, o którym mówi Hawke, był River Phoenix, jego rówieśnik, zmarły w wieku 23 lat w hollywoodzkim klubie Viper Room w LA, po zażyciu śmiertelnej mieszanki narkotyków. Obaj debiutowali jako czternastolatkowie w "Badaczach kosmosu".
" [...] Ludzie myślą, że zdobycie tego, czego pragną, uczyni ich szczęśliwymi, ale poczucie własnej wartości nie pochodzi z zewnątrz. Nie możesz poddać się kulturze celebrowania rzeczy, które często nie są tym, czym się wydają" - wyjaśnia Hawke. Te 40 lat aktorskiej kariery, podczas których wypracował odrębne, własne miejsce w amerykańskim kinie, nie wyleczyło go z niechęci do Hollywood. Wciąż woli artystyczne, kameralne kino, dalekie od efekciarstwa. Będące wyzwaniem role outsiderów od produkcji za setki milionów dolarów. W efekcie - rejestr stanów emocjonalnych jego bohaterów, jest jak "wizyta" w oku cyklonu.
Grał równie przekonująco czarujących łobuzów, co bohaterów o złotym sercu. Facetów, którzy nie chcą dorosnąć i młodzieńców o starych duszach. Sławę i nagrody przyniosła mu rola w (znów!) w kameralnej trylogii miłosnej Richarda Linklatera i jednej z najpiękniejszych w XXI wieku. Pomiędzy kolejnymi jej częściami był co prawda wyjątkowy film w jego karierze, "Dzień próby" Antoine’a Fuqui przyniósł mu nominację do Oscara, ale nie okazał się przełomem. Bo Hawke przyznaje, że zagrał w nim z uwagi na Denzela Washingtona, którego wręcz czci. Przełomu nie potrzebował.
Po nim jeszcze bardziej zżył się z Linklaterem, który bez wątpienia okazał się najważniejszym artystą w życiu Hawke’a. Razem nakręcili aż 9 filmów - czyli tyle samo, ile Martin Scorsese z Robertem De Niro! Za jego sprawą od dziecka literacko uzdolniony Ethan, wydał dwie powieści, z których druga, "Środa popielcowa" trafiła na listę bestsellerów "The New Jork Timesa". Wcześniej Linklater namówił aktorów do współautorstwa scenariuszy trylogii, którą otwiera "Przed wschodem słońca". A wreszcie sprawił, że Hawke sam odważył się z powodzeniem reżyserować.
Scenariusz do filmu "Blue Moon", który bez wątpienia przyniesie aktorowi piątą już nominację do Oscara, Linklater napisał z myślą o nim już wiele lat temu. Czy zamieni się w złotą statuetkę, jak wróżą amerykańscy krytycy? Z tą odpowiedzią musimy poczekać do 15 marca.
Napisany przez Roberta Kaplowa scenariusz do "Blue Moon" powstał w oparciu o prawdziwą historię, której bohaterem jest Lorenz Hart (Hawke) - popularny w połowie XX wieku amerykański tekściarz i członek broadwayowskiego duetu kompozytorskiego, Rodgers i Hart. Panowie napisali wspólnie muzykę i teksty do 26 musicali. Wiele ich piosenek należy do standardowego repertuaru śpiewaków jazzowych. Harta nazywano u szczytu popularności "ekspresyjnym bardem pokolenia miejskiego, które dojrzewało w latach międzywojennych".
Film "Blue Moon" skupia się na jednym wieczorze - 31 marca 1943 roku, kiedy premierę ma nowy broadwayowski musical Richarda Rodgersa "Oklahoma!". Problem w tym, że to nie Hart napisał tym razem tekst, a nowy współpracownik Rodgersa - Oscar Hammerstein. Akcja filmu niemal w całości rozgrywa się w restauracji Sardi's, podczas tej napiętej, pełnej rozmów i morza alkoholu nocy. Hart - wielki erudyta, zabawia gości dowcipnymi anegdotami z Broadwayu i zapowiada powrót do pisania.
Próbuje trzymać fason. W rzeczywistości oglądamy prawdziwe studium desperacji, by nie powiedzieć rozpaczy Harta. I zarazem jego pogrzeb. Hart nie przestaje pić, choć ponoć rzucił alkohol, który jest źródłem jego problemów. Także rozstania z Rodgersem (Andrew Scott). Za moment w knajpie odbędzie się after-party z okazji premiery. Czekając na zespół, Hart żali się barmanowi. Przewiduje, że spektakl odniesie sukces, choć jego zdaniem ma banalne teksty. Cierpi, bo boi się, że Rodgers odniesie swój największy sukces, gdy tylko zakończył współpracę z nim. Oczywiście sam będzie mu gratulował i udawał zachwyt, ale też błagał o kolejną szansę. I zostanie upokorzony po wielokroć. I to nie tylko jako artysta. Choć wiadomo, że jest gejem, czeka na przybycie pięknej Elizabeth ( Margaret Qualley ), studentki Yale, którą uważa za swoją protegowaną. Twierdzi, że jest w niej zakochany i ona też jest nim zainteresowana. Szybko przekona się, że jej łaska przeminęła wraz z jego sukcesami. Poczuciu klęski towarzyszy wielka samotność.
Film sprawia wrażenie sztuki teatralnej, wręcz emanuje intymnością monodramu. Hawke - wcześniej również znakomity, w opartym głównie na słowie "Pierwszym reformowanym" (2017), tworzy tu - moim zdaniem - swoją najwybitniejszą kreację. Oglądanie i słuchanie najpierw jego błyskotliwych opowieści, a potem błagalnych próśb, wręcz boli. Jego rozpacz jest tak dojmująca, że gdy w finale słyszymy, iż jakiś czas po tym wieczorze znaleziono Harta w mieszkaniu martwego, wydaje się to oczywistością.
Są aktorzy, którzy od razu wybuchają jak pocisk, już na starcie. Od chwili debiutu wiadomo, że pisany jest im sukces. Są też tacy, którzy potrzebują odpowiedniego reżysera, by dostrzegł w nich to "coś" i dodał odwagi. Dopiero wtedy czują wiatr w skrzydłach. Wydaje się, że Hawke właśnie do nich należy.
Urodzony w Teksasie Ethan jako dziecko marzył, że zostanie pisarzem. Gdy jednak zadebiutował na scenie w wieku lat trzynastu lat w produkcji McCarter Theatre "Święta Joanna" George'a Bernarda Shawa, zainteresował się aktorstwem.
W wieku czternastu lat zadebiutował we wspomnianych "Badacze kosmosu" Joe Dantego, grając niedopasowanego ucznia u boku Rivera Phoenixa. Film otrzymał pozytywne recenzje, ale finansowo przepadł, co skłoniło Hawke'a do odsunięcia się od aktorstwa na jakiś czas.
Cztery lata później, w 1989 roku, dostał rolę nieśmiałego ucznia w głośnym filmie Petera Weira "Stowarzyszenie Umarłych Poetów". Piękny, poetycki film Australijczyka z nieprzedawkowaną porcją dydaktyzmu, jak wiadomo, odniósł wielki sukces komercyjny i artystyczny, zdobywając m.in. Oscara za Najlepszy scenariusz i nagrodę BAFTA dla Najlepszego filmu. Ethan, który wciąż nie był pewien, czy chce zostać aktorem, poczuł, że zlekceważenie ogromu sukcesu "Stowarzyszenia..." byłoby zwykłą głupotą. Mimo że zapisał się na dwuletni program nauczania języka angielskiego na Uniwersytecie Nowojorskim, zrezygnował, by poświęcić się aktorstwu na pełen etat.
Propozycji przybywało, choć z tamtego okresu zapamiętał jedynie rolę Jacka w "Białym kle", adaptacji powieści Jacka Londona. W 1991 roku Hawke był współzałożycielem Malaparte - nowojorskiej grupy teatralnej, która działała do 2000 roku. Z sukcesem debiutował na Broadwayu, któremu jest wierny do dziś. Dwa lata później znów pojawiły się wątpliwości. Tym razem poważne.
Był październik 1993 roku, a on chodził na lekcje aktorstwa, gdzie dotarła wiadomość o tragicznej śmierci Rivera Phoenixa. Starszy brat gwiazdy "Jokera" w chwili śmierci miał już na koncie oscarową nominację i kontrakty na kilka dużych filmów w Hollywood. To wtedy 23-letni Ethan obiecał sobie, że będzie wystrzegał się wielkich wytwórni i zabawowego życia. Że dużo bardziej odpowiada mu granie na Broadwayu i niezależne produkcje, na których kształt może mieć wpływ. Podobnie jak Linklater, (którego poznał krótko po śmierci przyjaciela), nigdy nie zdecydował się też na przeprowadzkę do Hollywood. Ma dom na wyspie Fire Island, niedaleko Nowego Jorku, w którym chroni swoją prywatność.
Takim właśnie niedużym filmem kręconym z przyjaciółmi, był debiut reżyserski Bena Stillera "Orbitowanie bez cukru". Portret pokolenia lat 90., pokazany na przykładzie grupy przyjaciół, którzy po ukończeniu studiów próbują odnaleźć się w dorosłym świecie. Choć dostał niewdzięczną rolę - patologicznego lenia i obiboka, który wbrew wszystkiemu za partnerkę ma grana przez gwiazdę tamtej epoki, Winonę Ryder, pracę nad nim wspomina z rozrzewnieniem.
Rok później do kin trafiła pierwsza część miłosnej trylogii Linklatera "Przed wschodem słońca", w której jak we wszystkich trzech, partnerowała mu francuska gwiazda Julia Delpy. Obraz miał premierę na Sundance i od razu stało się o nim głośno.
Linklater zafundował nam jeden z najpiękniejszych romansów we współczesnym kinie, choć z całkiem zwyczajną z pozoru fabułą - o miłości od pierwszego wejrzenia. Bo oto w pociągu do Wiednia Amerykanin spotyka piękną Francuzkę. Dziewczyna ma kontynuować podróż, ale młodzi, by nie przerywać konwersacji, decydują się na wspólną wędrówkę po stolicy Austrii. Brak jakiejkolwiek akcji poza samą rozmową jest tu atutem, a fascynująca wymiana poglądów zakochujących się w sobie bohaterów wystarczy, byśmy nie potrafili oderwać się od ekranu. Otwarte zakończenie dawało szansę na ciąg dalszy historii.
Ten pierwszy film powstawał jeszcze bez współudziału aktorów, których Linklater namówił do wspólnego pisania scenariusza w drugim i trzecim filmie. Każdy kolejny jest lepszy od poprzedniego, co niemal nie zdarza się w kinie, w przypadku kontynuacji. Druga część "Przed zachodem słońca"- powstała dziewięć lat po pierwszej. Główni bohaterowie spotykają się w niej w Paryżu i na nowo wybucha uczucie. On napisał już książkę i gdy ja podpisuje w księgarni, ona staje w drzwiach. Kontynuują rozmowę rozpoczętą w "Przed wschodem..", ale nie czują już tak jak w 1995 roku, że wszystko jest możliwe. Wychodzą z księgarni, idą i rozmawiają, a reżyser Richard Linklater filmuje ich w kilkuminutowych, długich ujęciach. Film sprawia wrażenie, jakby rozgrywał się w czasie rzeczywistym.
Trzecią część, "Przed północą", nakręcono po kolejnych dziewięciu latach. Para jest już od dawna małżeństwem, z dwójką dzieci i stara się uczynić swój związek bardziej ekscytującym. Ta część rozgrywa się na wakacjach w Grecji. Wszystkie czerpią z osobistych przeżyć zarówno reżysera, jak i aktorów. Czy powstanie kolejna? Dlaczego nie?
Linklatera fascynuje to, co upływ czasu robi z ludzkimi relacjami. Nic dziwnego, że w 2014 roku dał światu "Boyhood". Dla mnie to jeden z najpiękniejszych filmów XXI wieku, wart wszystkich Oscarów, choć dostał tylko jednego. Powstający przez 12 lat obraz pozwalał przyglądać się dorastaniu chłopca od jego 5. do 18. urodzin. I jego rodzinie. Pod koniec powieści główny bohater z cichego sześciolatka zmienia się w upartego młodzieńca na początku studiów. Połyka halucynogenny grzyb, wybiera się na wędrówkę z nowymi przyjaciółmi i rozmyśla o czasie. "To tak, jakby zawsze działo się tu i teraz" - mówi.
Zamysł stojący za "Boyhood" reżyser zdradził niejako w jednej z pierwszych scen "Przed wschodem słońca". Jesse dzieli się z Celine pomysłem na dokument, który przez cały rok - 24 godziny na dobę - pokazywałby w czasie rzeczywistym zwyczajne życie.
Linklaterowi (jak dotąd), Hawk zawdzięcza aż trzy oscarowe nominacje-dwie za scenariusz do kolejnych części trylogii i tę trzecią za kreację w filmie "Boyhood". Do trzech czy czterech razy sztuka?
W 2001 roku do kin trafił "Dzień próby" Antoine’a Fuqui. Jedyny film z założenia komercyjny, do bólu hollywoodzki, w którym zdecydował się zagrać Hawk. Dla aktora w głównej roli.
Ethan Hawke gra tu młodego glinę - idealistę, który trafia pod skrzydła skorumpowanego starego wygi (Denzel Washington). Musi przewartościować swoje myślenie o służbie w policji i o zerojedynkowym podziale świata na dobrych i złych. Film był pisany i kręcony od początku z myślą o Denzelu. Hawke szybko zrozumiał, że najlepsze co może zrobić, to nie przeszkadzać mu błyszczeć. Ale ten film nie byłby udany bez kontrapunktowej roli Hawke'a jako naiwniaka. Mocno powściągliwa gra młodego aktora, daje Washingtonowi przestrzeń do dominacji, a także stawia widza w centrum uwagi.
Podobna dzieje się w innym kryminale, w reżyserii Sidneya Lumeta z 2007 roku "Zanim diabeł dowie się, że nie żyjesz", opowiadającym o dwóch braciach złodziejach. Łatwo dać się olśnić Philipowi Seymourowi Hoffmanowi jako starszemu, szokująco skorumpowanemu kanalii, ale to rozpaczliwie przejmująca, utkana z subtelności rola Hawke'a jako młodszego brata zapewnia emocjonalną więź z widzem.
Pierwszy z filmów przyniósł mu nominację do złotej statuetki. Nie było to łatwe, mając za partnera gwiazdę, z myślą, o której film powstał, uhonorowaną przy tym za niego Oscarem.
Patrząc chronologicznie, dopiero teraz wypadałoby napisać o drugiej i trzeciej części miłosnej trylogii Linklatera. Ale wszystko już wiadomo.
W 2016 roku powstał kolejny z niezwykłych filmów z udziałem Hawke’a, którego pominąć nie można. Choć jego główną gwiazdą była Sally Hawkins, Hawke w niczym jej nie ustępował. Mowa o "Maud" w reżyserii Aisling Walsh. Ta będącą esencją arthouse’owego, niezależnego kina opowieść, skupia się na historii związku kanadyjskiej, ludowej malarki Maud Lewis i samotnego rybaka (Hawke). W dzieciństwie dotknięta ciężką chorobą stawów artystka po trosze może nam się kojarzyć z lepiej funkcjonującą w społeczności damską odmianą Nikifora.
Maud dziś uważana jest za jedną z najważniejszych kanadyjskich artystek. Para mieszkała w jego skromnym domu na kanadyjskiej prowincji i żyła w ubóstwie. Początkowo kobieta malowała i sprzedawała kartki świąteczne, które cieszyły się powodzeniem. Później zaczęła malować wszystkie dostępne jej powierzchnie-ściany, blachy kuchenne, a w końcu jej malowidła zdobiły cały dom, dziś zamieniony w muzeum. Historia ich związku i uczucia warta była opowiedzenia.
Rok później powstał wspomniany "Pierwszy reformowany" ze scenariuszem i w reżyserii Paula Schradera, (współautora "Taksówkarza"). Film dla Hawke’a szalenie trudny, w całości "zawieszony" na jego barkach. Tym razem wcielił się w rolę pastora sprawującego posługę w niewielkim kościele. Duchownego przybitego tragiczną śmiercią syna, przeżywającego właśnie kryzys wiary. Dodatkowym źródłem zmartwień są dla niego problemy parafian, zwłaszcza młodej kobiety, która nie może porozumieć się z mężem - politycznym radykałem. Wzajemna szczerość sprawia, że ci dwoje stają się sobie coraz bliżsi.
Choć to zupełnie inne kino, w pewnym sensie praca nad nim wyglądała podobnie jak w przypadku trzech filmów Linklatera - wszystko tu bowiem dzieje się między słowami. Na pytanie czemu obsadził w tej roli właśnie Hawke’a reżyser odpowiedział: "Bo jest skromny i prawdziwy". Po czterech dekadach wcielania się na przemian: w anioła, diabła czy narcyza to jednak nie lada komplement.
Według Johna Lahra , krytyka "The New Yorkera ", umiejętności, których wymaga aktorstwo: "empatia, wyobraźnia, urok i dar dzielenia się nimi" - to cechy, które Hawk rozwinął dzięki bliskim relacjom z matką. Sam Hawke mówi, że uprawia "aktorstwo trzecioosobowe". Dość szczególną technikę, która pozwala mu "naprawdę stać się postaciami, które gra".
I na koniec: jeśli jeszcze nie widzieliście, koniecznie sięgnijcie po dostępne w streamingu "Mroki Tulsy". Hawke jako Lee Raybon, samozwańczy łowca skandali, po trosze detektyw amator, jest tu znakomity bez cienia wysiłku. Jakby rola została stworzona specjalnie dla niego. Z łatwością łączy komedię z powagą, często w tej samej scenie.
Ten serial to nie jest taki zwykły kryminał. To bardziej niewesoła opowieść o dzisiejszej Ameryce, wciąż zmagającej się z rasizmem, cierpieniem i niesprawiedliwością. Może nawet dziś bardziej, niż kiedykolwiek. Hollywood pokazuje ją wyłącznie w ramach "ciekawostek". Trudno o kogoś, kto uwiarygodniłby ją w sposób bardziej przekonujący niż Ethan Hawke.