East News Dawid Tatarkiewicz/EAST NEWS
Gabriela Kurcz 05:00 13.03.21

"Nie chcemy sprowadzać tu kolejnego człowieka. Nie warto"

Ś

Ś wiadomi zagrożeń współczesnego świata, oczytani, wykształceni. Weganie, ekolodzy, wyznawcy idei "zero waste". Nie jedzą mięsa, segregują śmieci, wierzą w minimalizm i... z niepokojem patrzą w przyszłość. W końcu decydują się na bezdzietność. Bezdzietność dla planety.

Reklama

- Może cię zaskoczę, ale myślałam w przeszłości o dzieciach. Jeszcze kilka lat temu brałam tę ewentualność pod uwagę, wielokrotnie rozmawialiśmy o tym z partnerem. Nasz mały wege synek miał żyć w zgodzie z naturą, w otoczeniu kochającej rodziny i kotów. Ale to się nigdy nie wydarzy. Patrzymy na otaczający nas świat i wiemy dziś jedno: nie chcemy sprowadzać tu kolejnego człowieka, nie warto - mówi dobiegająca czterdziestki Joanna.

Joanna nie jest wyjątkiem, bo choć należy do mniejszości, wciąż przybywa w Polsce ludzi decydujących się na bezdzietność - bezdzietność dla planety. Na świecie są już ich tysiące.

Reklama

"Jestem bezdzietna i napawa mnie to dumą" - tak zaczyna się opublikowany w 2010 roku manifest Lisy Hymas, który zainicjował powstanie ruchu GINK, a wielu, wciąż niezdecydowanych, przekonał do decyzji o nieposiadaniu dzieci.

GINK, czyli Green Inclinations, No Kids (Zielone Skłonności, Brak Dzieci) zrzesza ludzi przekonanych, że patrzą ciut dalej, niż na czubek własnego nosa. Przytaczają dane, z których wynika, że nieposiadanie potomstwa, to dziś najlepsza rzecz, jaką mogą zrobić dla planety.

"To prosta prawda. Dla przeciętniaka takiego jak ja, kogoś, kto nie posiada zdolności Ala Gore’a do zarabiania milionów lub Van Jonesa, inspirującego ludzi na całym świecie, mój osobisty, acz znaczący wkład w czysty, bardziej zielony świat, to nieposiadanie dzieci" - pisze w manifeście Hymas, a jej słowa przemawiają dziś do coraz większej rzeszy "zielonych".

Poczucie winy

Jak wynika z raportu "Fossil CO2 and GHG emissions of all world countries 2019", opublikowanego w 2020 roku, przez działające przy Komisji Europejskiej Joint Research Centre, mieszkaniec Polski przyczynia się codziennie do emisji 24 kg CO2 do atmosfery. Stężenie gazów cieplarnianych wciąż w niej rośnie, prowadząc do pogłębiania się zmian klimatycznych, a konkretnie do globalnego ocieplenia, które ma ogromny wpływ na środowisko i warunki życia ludzi oraz zwierząt na całym świecie. Każdy nowy człowiek to dodatkowe 58,6 ton dwutlenku węgla w atmosferze - to właśnie liczby działają na "Ginków" najmocniej. 

Hymas przytacza kolejne, działające na wyobraźnię dane. "Wyrzuciliśmy do atmosfery już wystarczająco dużo gazów cieplarnianych, przeciętny Amerykanin generuje ich 66 razy więcej niż mieszkaniec Bangladeszu. Jesteśmy w tej kategorii rekordzistami" - zauważa w manifeście i idzie o krok dalej:

- Te liczby mnie przerażają, i tak mam już wystarczające poczucie winy w stosunku do planety, nie chcę jej dokładać - przyznaje Joanna i zauważa, że z roku na rok jej podejście do życia w zgodzie z naturą coraz bardziej się radykalizuje.

- Od jedenastu lat nie jem mięsa, chwilę później dołączył do mnie mój partner. Nie noszę futer, skórzanych ubrań, wspieram ekoinicjatywy, organizacje prozwierzęce i te, które walczą o dobro planety - wylicza. - Czytam składy kosmetyków, kupuję te cruelty free, moje zakupy są w miarę możliwości przemyślane.

Jak dodaje, stawia na minimalizm. - Szukam perełek w vintage shopach, a i tak wciąż czuję, że to kropla w morzu, wciąż mam poczucie winy. W środowisku naszych znajomych przybywa wegan, świadomych konsumentów, minimalistów, ale po drugiej stronie widzę ludzi konsumujących bez umiaru, których nie interesuje przyszłość kolejnych pokoleń. Skoro moim wkładem w ochronę klimatu i sposobem na odciążenie planety jest bezdzietność, to dlaczego nie? I tak od dawna czuję, że nie chcę serwować nowemu człowiekowi naszej smutnej rzeczywistości - dodaje.

W trosce o dzieci

Lęk o planetę i strach o przyszłość dziecka coraz częściej idą ze sobą w parze. Członkowie ruchu GINK rezygnują z rodzicielstwa głównie dla dobra planety, ale wciąż przybywa bezdzietnych, kierujących się dodatkowo dobrem nienarodzonych dzieci. W przeciwieństwie do "Ginków", nierzadko zostawiają sobie jednak uchyloną furtkę - zdecydują się na potomstwo, gdy świat stanie się bardziej bezpieczny, a tempo niepokojących zmian klimatycznych przystopuje.

- Nie mówię, że kategorycznie nigdy nie będę matką, ale na ten moment nie chcę wydawać na świat potomstwa - mówi Małgorzata, 24-latka z Warszawy.

Przyznaje jednak, że w przyszłości może zmienić zdanie, ale wszystko zależy od rządzących, którzy, według niej, wciąż nie traktują zmian klimatycznych z należytą powagą.

- Musimy wywierać presję na osobach decyzyjnych, a mamy coraz mniej czasu, by podjąć odpowiednie kroki. Nie chcę sprowadzać dzieci na ten świat, bo kiedy osiągną już dojrzałość, warunki życia będą tu skrajnie trudne - dodaje.

"Wisienka na torcie"

Jesienią 2019 roku kanadyjską opinię publiczną rozgrzała informacja o starcie kampanii "No Future, No Children" (Nie ma przyszłości, nie ma dzieci"), zorganizowanej przez studentkę Uniwersytetu McGill, Emmę Lim. Stworzyła ona deklarację, pod którą w ciągu kilku dni podpisało się 1600 studentów. Zadeklarowali, że nie będą mieć dzieci tak długo, aż kanadyjski rząd nie zapewni im bezpiecznej przyszłości. To, co przeraża młodych ludzi na całym świecie, równie mocno dotyka Polaków, przekonanych, że władza za nic ma postępujące zmiany klimatyczne. Zmiany, których nie zatrzymała nawet pandemia COVID-19. Najnowsze dane IEA (International Energy Agency) mówią wprawdzie o historycznym spadku emisji CO2 w 2020 roku - aż 5,8 proc. w skali świata i nawet do 10 proc. w USA i w Europie, w porównaniu do roku poprzedniego, ale teraz wszystko wraca do normy i globalne emisje rosną. Grudzień 2020 roku przyniósł wzrost - o 2 proc. w porównaniu do grudnia poprzedniego roku.

- Na ludzi, którzy decydują się dziś na dzieci, patrzę z mieszanką podziwu i niepokoju. Rozumiem, że ich potrzeba posiadania jest silniejsza niż niepokój o przyszłość, dziwi mnie jednak, że rodzice takich maluchów nie naciskają na rządzących w kwestii walki ze zmianami klimatycznymi. Tu chodzi przecież o przyszłość ich potomstwa - mówi Ewa, która również zdecydowała się na bezdzietność.

Dla Ewy bezdzietność dla planety to kolejny z wielu kroków, które podjęła, by powstrzymać postępujący kryzys klimatyczny. Odczuwa jednak lęk, że to wciąż za mało:

- Minimalizuję ilość zjadanego mięsa i produktów odzwierzęcych, wdrażam ideę zero waste, próbując produkować jak najmniej śmieci, używać wielokrotnie, naprawiać zamiast kupować... Niemniej mam wrażenie, że to, co robię, to przerażająco mało i na niewiele się zda, szczególnie w Polsce, gdzie nastawienie do ochrony planety jest mówiąc oględnie, marne.

- Na moją decyzję o bezdzietności wpływają oczywiście również inne czynniki, takie jak niestabilność ekonomiczna czy sytuacja polityczna, np. prawo aborcyjne i homofobiczna sytuacja w szkołach, ale postępujące zmiany klimatyczne są tu wisienką na torcie. Wszystkie inne problemy można przecież jakoś obejść - decydując się na życie w innym kraju, czy samotne macierzyństwo. Sytuacja klimatyczna dotyczy jednak całego globu, jest nie do obejścia - mówi.

Inne pokolenie, inne wartości

Bezdzietność dla planety budzi kontrowersje, a decydujący się na ten krok spotykają się często z zarzutem, że jest ona zaledwie przykrywką dla chęci wygodnego, bezstresowego życia.

- Co robię, gdy spotykam się z taką opinią? Wzruszam ramionami. Nie wszyscy muszą się przecież ze mną zgadzać i nie mam złudzeń, że przekonam ich do swoich racji - mówi Ewa i dodaje, że decyzja o nieposiadaniu potomstwa nie jest przecież dla wszystkich:

Ewę wspiera partner, a rodzice, choć chcieliby doczekać wnuków, nie wnikają w przyczyny decyzji o braku potomstwa. Pełne wsparcie partnera ma również Joanna. Swoimi przemyśleniami na temat dzietności nie dzieli się jednak z rodzicami.

- Już od dawna nie pytają o wnuki. Chyba pogodzili się z tym, że już ich nie doczekają. Nie wiem zresztą, co miałabym im powiedzieć. To inne pokolenie, inne wartości. Nie zrozumieją...


Według opublikowanego przez australijskie centrum naukowe Breakthrough National Cantre for Climate Restoration raportu, mamy mniej czasu, niż zakładaliśmy - nasza cywilizacja ma bowiem przetrwać tylko do 2050 roku. Naukowcy przekonują, że jeśli rządzący nie przestaną negować zjawiska globalnego ocieplenia i ignorować ich komunikatów, w 2050 roku temperatura będzie wyższa od obecnej o trzy stopnie, co w efekcie doprowadzi do zagłady milionów gatunków zwierząt, susz, pożarów oraz topnienia lodowców. Ludzkość może być dziś na drodze do całkowitej zagłady i to w najokropniejszy sposób.