INTERIA.PL Pixabay
Bartosz Kicior 05:00 27.03.21

Nie tylko koronawirus. Rok dwóch pandemii

Nie tylko z pandemią koronawirusa od roku mierzy się cały świat. 31 marca ub.r Światowa Organizacja Zdrowia stwierdziła w oficjalnym komunikacie, że "infodemia", czyli fala dezinformacji związana z pojawieniem się wirusa SARS-CoV-2, stanowi równie poważny problem jak sama pandemia. Obnażyła ona bezradność rządów wobec zjawiska fake newsów w sieci, podkopała zaufanie do informacji, odmieniła sposób pracy mediów i zwiększyła znaczenie osób, zajmujących się sprawdzaniem faktów.

Reklama

Już w maju 2003 roku David Rothkopf, amerykański dziennikarz i politolog, komentując na łamach "Washington Post" sytuację związaną z pojawieniem się wirusa SARS napisał: "SARS to historia nie jednej, a dwóch epidemii. Ta druga wylała się z nagłówków gazet i ma o wiele większe konsekwencje niż sama choroba. To epidemia informacyjna - albo infodemia."

"Kilka faktów, zmieszanych ze strachem, spekulacją, plotką, wzmocnionych i rozsianych po świecie przez najnowsze technologie, wpłynęło na międzynarodową ekonomię, politykę, a nawet bezpieczeństwo w sposób zupełnie nieadekwatny do skali oryginalnego problemu" - komentował dziennikarz.

Reklama

Ktoś, kto czytał te słowa prawie dwie dekady temu, mógł pokiwać głową z uznaniem dla wnikliwej analizy autora. Ale większość czytelników zapewne nie zapamiętała neologizmu ukutego przez Rothkopfa. Przez następne lata słowo to pojawiało się kilka razy w dyskusjach przy okazji ptasiej grypy czy kryzysu finansowego.

Nikt jednak, łącznie z Davidem Rothkopfem, nie mógł spodziewać się tego, że u progu trzeciego dziesięciolecia XXI wieku hasło "infodemia" stanie się jednym z najpopularniejszych słów na świecie.


Zalała nas fala

- Już pod koniec 2019 roku podejrzewaliśmy, że epidemia koronawirusa może być kolejną sytuacją kryzysową, która wygeneruje falę manipulacji i nieprawdziwych informacji. Jednak chyba nikt z naszej redakcji nie przypuszczał, jaką skalę przybierze ta sprawa - mówi Marcel Kiełtyka z fact-checkingowego serwisu demagog.org.pl. 

Te słowa potwierdzają liczby. Według raportu z badań prowadzonych przez Instytut Reutersa przy Uniwersytecie Oksfordzkim, tylko od drugiej połowy stycznia do końca marca 2020 roku pojawiło się 1253 podejrzanych wiadomości o koronawirusie w języku angielskim, które wymagały weryfikacji. Był to wzrost o prawie 900 proc. w ciągu dwóch i pół miesiąca. Pojawiające się już w lutowych raportach ONZ zjawisko "infodemii", zostało 31 marca 2020 oficjalnie uznane za poważne zagrożenie przez WHO.


Jak okazało się później, był to dopiero początek potężnej fali dezinformacji, która zalała media społecznościowe. Cudowne leki, fałszywe testy, szkodliwe maseczki, picie wybielacza, manipulacja liczbami, zamykanie miast, wszczepianie czipów, wątpliwości wokół szczepionek, globalny spisek, a nawet statyści udający chorych - "koronafejki" stały się częścią naszej codzienności i w ciągu roku odcisnęły piętno na naszej rzeczywistości.

Natalia Sawka, fact-checkerka z serwisu "Sprawdzam AFP", polskiego projektu antyfejkowego agencji informacyjnej Agence France-Presse, tak wspomina początki infodemii:

- Pamiętam, że w lutym 2020 roku, kiedy w Polsce nie odnotowano jeszcze żadnego przypadku koronawirusa, jedna z dziennikarek robiła z nami wywiad o tym, jak rozpoznawać fake newsy - opowiada. - Wtedy nie było jeszcze mowy o lockdownie, nawet nie wiedziałam o istnieniu takiego słowa. Kobieta zapytała wtedy, czy spotykamy się z dezinformacją dotyczącą koronawirusa, odpowiedziałyśmy, że dla Polski nie jest to ciekawy temat.

- Koronawirus był wtedy problemem innych krajów, w Polsce nikogo to bezpośrednio nie dotyczyło - mówi Sawka. - Dopiero w połowie marca zaczęły pojawiać się pojedyncze informacje o koronawirusie, które zaczęłyśmy weryfikować. Początkowo dotyczyły sposobów zwalczania choroby, picia gorącej wody lub częstego płukania gardła. Fake newsy zaczęły krążyć wśród polskich odbiorców, gdy zaczęły pojawiać się doniesienia z Włoch, którym często towarzyszyły zdjęcia i filmy z trumnami. To już zaczęło ludzi przerażać, bo kojarzyło się ze śmiercią. Wtedy ruszyła fala i trzeba było zacząć pracę na pełnych obrotach. W tamtym momencie pojawił się również temat Billa Gatesa, który był bohaterem wielu fake newsów.

O skali problemu może także świadczyć fakt, iż po raz pierwszy do walki z dezinformacją włączył się nasz rząd. Kancelaria Premiera ruszyła z akcją #StopFakeNews, a na stronie gov.pl uruchomiono specjalną zakładkę, gdzie do dzisiaj pojawiają się komunikaty dementujące plotki na temat pandemii. 

Jak podaje Centrum Informacyjne Rządu, "jeżeli ktoś znalazł niepokojące treści w internecie, które mogą być nieprawdziwymi informacjami, może zgłosić je za pomocą prostego formularza dostępnego na stronie. Wystarczy, że wpisze link do miejsca, gdzie pojawiają się nieprawdziwe informacje, a my po jego otrzymaniu poddamy te informacje weryfikacji".

Bill Gates, czosnek i 5G

Kreatywność twórców pandemicznych fake newsów zaskoczyć mogła niejednego, a co ciekawsze, zaskakuje do dziś. Na początku grunt do siania paniki i przeróżnych narracji był podatny, bo o wirusie wiedzieliśmy naprawdę niewiele. Z czasem część z nas uodporniła się na rewelacje z wątpliwych źródeł. Jednak nie wszyscy, co widać chociażby po trwającym cały czas zamieszaniu wokół szczepionek.

- Weryfikowałyśmy informacje o tym, że wirusa SARS-CoV-2 pomaga zwalczać między innymi witamina D albo jedzenie dużych ilości czosnku - opowiada Sawka. - Dopiero później pojawiły się dezinformujące treści o testach PCR, sugerujące, że są one niebezpieczne. Ostatnio numerem jeden są wieści o szczepionkach: to że powodują bezpłodność, wpływają na ludzkie DNA czy mogą prowadzić do rozwinięcia się poważnych infekcji.

To, jak zmieniała się w ciągu ostatniego roku tematyka zmanipulowanych doniesień związanych z pandemią, opisuje również Marcel Kiełtyka z Demagoga.

-  W obiegu pojawiły się także niebezpieczne fejki - dodaje Kiełtyka. - Jak informacja o tym, że płukanie gardła wodą z octem zabija koronawirusa. Były także fotografie przedstawiające osoby z poważnymi problemami dermatologicznymi wywołanymi rzekomo noszeniem maseczek. Smutne jest to, że w każdą z nich jakaś grupa ludzi uwierzyła.

Uwierzyła między innymi dlatego, że część fake newsów powstała przy udziale polityków i celebrytów. Według wspomnianego raportu Instytutu Reutersa, co piąta fałszywa informacja na temat COVID-19 jest wprowadzana do obiegu przez liderów politycznych lub znanych ludzi. Reszta to zmanipulowane bądź kompletnie zmyślone doniesienia. Niektóre z nich to próby politycznej manipulacji. Inne to biznes i to bardzo prężny.


-  Fake newsy głównie produkowane są w celach zarobkowych - mówi wprost Kiełtyka. - Im więcej wejść na stronę, tym więcej pieniędzy zarabia z reklam jej autor. Użytkownika najłatwiej przyciągnąć na swoją stronę sensacją, krzykliwymi nagłówkami i żerowaniem na naszych emocjach. Najczęściej tych negatywnych, czyli złości, gniewie, irytacji czy nienawiści.          

- Ostatnio coraz częściej uaktywniają się osoby udające lekarzy lub naukowców, propagujących alternatywne metody leczenia chorób, które mogą być nawet zagrożeniem dla zdrowia lub życia - objaśnia przedstawiciel serwisu demagog.org.pl. - Tacy ludzie utrzymują, np. że bezpośrednia aplikacja dożylna perhydrolu powstrzyma zakażenie koronawirusem albo że duże dawki witaminy C wyleczą każdą chorobę, pod warunkiem, że tę witaminę kupimy w jego sklepie. Podobnie działają oszuści, wmawiający ludziom, że sieć 5G gotuje mózgi i odsyłają na swoją stronę, gdzie za niemałe pieniądze można kupić tzw. "odpromiennik", który chroni przed szkodliwym promieniowaniem.

Pandemiczna ewolucja mediów

Plaga dezinformacji sprawiła, że tendencja, zgodnie z którą z roku na rok spadało zaufanie do mediów, odwróciła się. Pokazuje to m. in. raport Polskiej Agencji Prasowej "Praca dziennikarza w dobie pandemii i lockdown". Jak tłumaczy członek zarządu Polskiej Agencji Prasowej, Łukasz Świerżewski, "nie jest to wysoka tendencja wzrostowa, choć rzeczywiście nieco więcej badanych wskazało na wzrost niż spadek zaufania".

-  Nie ulega wątpliwości, że w okresie pandemii obserwujemy wzrost liczby pojawiających się nieprawdziwych informacji, czyli tzw. fake newsów, zwłaszcza dotyczących kwestii zdrowotnych - tłumaczy Świerżewski. - Konsumenci mediów są też coraz bardziej świadomi nasilającego się zjawiska dezinformacji. Stąd zwracają oni coraz baczniejszą uwagę na źródło przekazu i darzą większym zaufaniem materiały opracowywane przez profesjonalnych dziennikarzy.

Infodemia zmieniła dziennikarską codzienność. Zdecydowana większość badanych, czyli pracowników branży medialnej, zauważyła wzrost liczby fałszywych bądź podejrzanych informacji.

W raporcie czytamy: "Czterech na pięciu ankietowanych przyznało, że w czasie pandemii koronawirusa, z uwagi na zagrożenie fake newsami, uważniej weryfikują zawartość informacji prasowych. Przeciwne stanowisko prezentował co dziewiąty badany. Ponadto, niemal połowa respondentów zadeklarowała, że w czasie pandemii można mówić o pladze fake newsów, na które powołują się firmy w informacjach prasowych".

-  Weryfikacja informacji zawsze była podstawowym elementem pracy dziennikarskiej i należała do podstawowych obowiązków dziennikarza - komentuje Świerżewski. - W czasach mediów społecznościowych, gdy źródeł informacji jest tak wiele i często trudno jest je zidentyfikować, ten element ma coraz większe znaczenie.

Część danych z raportu Polskiej Agencji Prasowej może jednak budzić niepokój. Prawie 70 proc. dziennikarzy natychmiast sprawdza podejrzane doniesienia. Co oznacza, że aż 30 proc. badanych przyznaje, iż tego nie robi. Warto podkreślić także fakt, iż podobny odsetek pracowników mediów nie korzysta w ogóle z pomocy serwisów fact-checkingowych.



Wejście fact-checkerów

Serwisy fact-checkingowe to strony prowadzone przez zespoły "weryfikatorów" informacji, czyli osoby, które prześwietlają podejrzane doniesienia pod kątem ich zgodności z faktami. W Polsce takich inicjatyw jest około dziesięciu. Należą do nich między innymi działająca pod egidą Francuskiej Agencji Prasowej "Sprawdzam AFP" czy demagog.org.pl.

Procedury, jakimi kierują się fact-checkerzy, są jasno określone i skrupulatnie sprawdzane przez organizacje międzynarodowe.

- Jak każda organizacja zrzeszona w IFCN (International Fact-Checking Network - przyp. red.) musimy przestrzegać transparentności metodologii, czyli kierować się jasno określonymi kryteriami - wyjaśnia Marcel Kiełtyka. - Są one dostępne na naszej stronie.

Rola serwisów tego typu niewątpliwie nabrała znaczenia w ciągu ostatniego roku, choć stwierdzenie, że mogły one zyskać na pandemii, byłoby dużą przesadą. Wręcz przeciwnie: fact-checkerzy przez infodemię mają pełne ręce roboty.

-  W 2020 roku planowaliśmy przeprowadzić małą rekrutację i zaangażować do pomocy maksymalnie kilku wolontariuszy - mówi Kiełtyka. - Nagle spadło na nas tak dużo pracy, że skończyło się na dwóch rekrutacjach i prawie 20 nowych wolontariuszach.

-  Pandemia zdecydowanie przysporzyła nam więcej obowiązków - zgadza się Natalia Sawka. - To praca wymagająca wiedzy z wielu różnych dziedzin i konieczności konsultowania treści z wieloma specjalistami. Trzeba wiedzieć, z kim dokładnie należy się skontaktować i o jakie rzeczy konkretnie zapytać, a potem wytłumaczyć skomplikowane zawiłości naukowe bardzo prostym językiem. Niektóre kwestie może i były w szkole na biologii, ale nie każdy o tym pamięta i nie każdy to rozumie.

Jak twierdzi fact-checkerka "Sprawdzam AFP" dostęp do ekspertów w ciągu minionego roku stał się łatwiejszy. Na początku SARS-CoV-2 był wielką zagadką, także dla naukowców. Nie można także pominąć tego, że w pewnym momencie pracownicy medyczni w Polsce dostali zakaz wypowiedzi dla mediów, a niektórych z tych, którzy odważyli się mówić, spotykały nieprzyjemne konsekwencje w pracy.

Niczego się nie nauczyliśmy?

Pozostaje jeszcze jedno, najważniejsze pytanie: Czy rok z infodemią zwiększył świadomość społeczną dotyczącą zagrożenia, jakie niesie ze sobą dezinformacja? Wygląda na to, że nie. Coraz większa grupa internautów zaczyna zdawać sobie sprawę z tego, że nie każda treść w mediach społecznościowych to prawda, ale nadal należą oni do mniejszości.

Według autorów badań dla Instytutu Reutersa 89 proc., czyli zdecydowana większość fake newsów o COVID-19, to tzw. "tanie fejki".

Wyraźnie zmanipulowane, bądź całkowicie sfabrykowane treści, których weryfikacja nie powinna sprawić kłopotu świadomemu odbiorcy. Sęk w tym, że niektórzy nie zdają sobie nawet sprawy ze skali dezinformacji. Są też tacy, którzy po prostu nie chcą zaakceptować prawdy.


 - Niektórzy faktycznie zauważają problem fake newsów - przyznaje Natalia Sawka - Na własną rękę próbują wytykać innym publikowanie nieprawdy. Niestety, codziennie czytamy też komentarze w stylu: "co z tego, że państwo wykazaliście, że to nieprawda, skoro ja uważam inaczej?". Wiele osób nie czyta nawet tego, co publikujemy, ale i tak komentuje. Część ludzi zamyka się na jakiekolwiek informacje z zewnątrz i udostępnia fałszywe treści w mediach społecznościowych w przekonaniu o tym, że to prawda. Pandemia może i pokazała niszczycielską siłę dezinformacji, ale ludzie wolą wierzyć w to, co jest bliskie ich już wyrobionym opiniom.

- Dobre jest to, że przynajmniej zaczęto o tym mówić - podsumowuje z kolei Marcel Kiełtyka. - Media, politycy i instytucje państwowe zaczęły nas dostrzegać, ale także potrzebę samego fact-checkingu. Zauważyli, że fakty są ważne, szczególnie, jeśli chodzi o zdrowie i życie, tutaj nie ma miejsca na mity i półprawdy. Co więcej, w samej Polsce zaczęły powstawać kolejne organizacje fact-checkingowe, teraz jest już ich co najmniej kilka. To krok we właściwą stronę, choć to dopiero początek. Paradoksalnie z infodemii wynikło coś dobrego. Niektórzy po raz pierwszy usłyszeli o czymś takim jak "fake news", czy dowiedzieli się o tym, skąd czerpać rzetelne i sprawdzone informacje.      

- Chciałbym powiedzieć, że świat wie coraz więcej o zagrożeniu płynącym ze strony fake newsów - reflektuje się szybko. - Nie sądzę jednak, żeby infodemia przyniosła dużą zmianę. Fałszywe informacje na temat koronawirusa będą pewnie powielane tak, jak inne mity i teorie spiskowe. Infodemia całkiem się nie skończy, ale na pewno zmniejszy swoją skalę w momencie zakończenia pandemii lub pojawienia się nowego kryzysu informacyjnego. Ważne, żeby na kolejny społeczeństwo było odpowiednio przygotowane i wyposażone w narzędzia, którymi poradzą sobie z dezinformacją, czyli krytyczny umysł. Nigdy nie pozbędziemy się nieprawdziwych informacji z przestrzeni internetowej, czy medialnej. Możemy jednak w znaczący sposób ograniczyć ich oddziaływanie, tak żeby ludzie podejmowali świadome decyzje, bazując na rzetelnych informacjach i faktach. Żeby szukali sprawdzonej odpowiedzi, a nie zadowalali się pierwszą lepszą, którą znajdą na Facebooku.