INTERIA.PL Pixabay
Tomasz Lejman 05:00 27.02.21

Niemiecki strach przed cyfryzacją

M

M arka "MADE IN GERMANY" jest jedną z najbardziej pożądanych na świecie. Od Atlantyku po Pacyfik ceniona jest niemiecka technologia, a posiadanie niemieckiego samochodu jest dla wielu sprawą prestiżu. Chińczycy inwestują nawet gigantyczne środki w gospodarczych szpiegów, by móc skopiować niemieckie pomysły. Przy tym wszystkim ciekawe jest to, jak nasi zachodni sąsiedzi postrzegają proces cyfryzacji, który - co jest naturalne - powinien iść w parze z rozwojem przemysłu. Powinien, ale w tym przypadku jest bardzo duży... opór.

Reklama

Przeciętny Niemiec boi się cyfrowej transformacji. Na pierwszym miejscu jest to strach przed utratą prywatności. To co jest w chmurze, czyli popularnym cloudzie, szybko może wpaść w niepowołane ręce. Ochrona danych osobowych powoduje, że do dziś w Niemczech nie udało się wprowadzić wielu rozwiązań, które w innych europejskich krajach są już chlebem powszednim. Ale jak przeciętny Schmidt ma uwierzyć w możliwości dzisiejszego świata, skoro sami politycy odpowiedzialni za wprowadzanie różnych rozwiązań, nie mają o nich pojęcia? 

Przykład idzie z góry

Ze świecą można w Niemczech szukać polityków, którzy z zafascynowaniem mówią o cyfryzacji i mają o niej relatywnie duże pojęcie. Chyba i w tym przypadku przykład idzie (niestety) z góry. Na początku czerwca ubiegłego roku zrobiłem wielkie oczy, gdy sam minister gospodarki Peter Altmaier w telewizji publicznej przekonywał, że obniżka podatku VAT (w związku z kryzysem wywołanym koronawirusem) pozwoli na to, że "ludzie kupią sobie taniej odtwarzacze płyt kompaktowych", tymczasem świat jest już na etapie streamingu, a płyty kompaktowe są już niczym winyle dla koneserów. 

Reklama

Podczas kampanii wyborczej w Bawarii w 2018 roku, lider CSU - być może przyszły kanclerz Markus Söder - przekonywał wsłuchanych wyborców, że Niemców czeka wielka rewolucja, ponieważ niedługo ruszy budowa sieci komórkowej 5 GHz (zakres częstotliwości nadawczych, np. w routerach), a nie - jak wiemy - 5G (piątej generacji). 

Oczywiście czołowi politycy nie muszą być obeznani w sprawach cyfryzacji, bo mają od tego ludzi w ministerstwach. Ale często przechadzając się w Berlinie ministerialnymi korytarzami, trafiałem raczej na odpornych na nowości urzędników. Jest nawet taka niepisana zasada wśród urzędników w Niemczech, że wszystko, co nowe, jest "sch****". A to opóźnia wiele procesów.

Szkolne problemy z internetem

Podstawą dzisiejszego świata jest internet, bez którego wielu projektów nie można zrealizować. Firmy nie mogą prowadzić swoich działalności, ludzie nie mają szansy na załatwienie wielu spraw. Tymczasem Niemcy mają problem z internetem. Wystarczy prześledzić pokrycie sieci komórkowej. Nie sięgając daleko, wystarczy wyjechać z Berlina do pobliskiej Brandenburgii, by przekonać się, że nagle nasz smartphone pokaże zamiast symbolu 5G lub 4G symbol E. Co oznacza, że z serfowania raczej nici. 

ZOBACZ RÓWNIEŻ: Niemcy. Kto powinien zapłacić za pandemię koronawirusa?

To ciekawe, że niemieckie koncerny telekomunikacyjne w innych krajach są w stanie bez żadnego problemu realizować plany inwestycyjne, a na rodzimym rynku mają z tym kłopot. Brakuje infrastruktury światłowodowej. Do końca roku 2018 zaledwie 37 proc. gmin miało dostęp do szerokopasmowego internetu o prędkości 1000 MBit/s, czyli takiego na miarę XXI wieku. Być może w roku 2025 do szybkiej sieci uda się podłączyć wszystkie regiony - twierdzi niemiecki rząd. Ale dziś, w czasach koronawirusa, wygląda to słabo. 

Właśnie przy okazji zdalnej nauki okazało się, że tylko w Berlinie 10 proc. szkół nie ma dostępu do internetu, 2/3 ma łącza przeznaczone do surfowania w prywatnym domu lub mieszkaniu, a nie w szkole, w której uczy się kilkuset młodych ludzi. Berlińskie ministerstwo nauki przyznało też, że w większości przypadków internet dociera zazwyczaj do szkolnych sekretariatów, a nie klas. Nie będę już wspominał o cyfrowej dokumentacji postępów pracy uczniów, czy systemu korespondencji z rodzicami. Takie rozwiązania pozostają w sferze marzeń.

Kiedy e-urzędy i e-recepty?

To szkoła i młodzież, ale niełatwo mają też dorośli, którzy chcą załatwić swoje spawy urzędowe w sieci, choćby przez profil zaufany. Jak je załatwiać, skoro w Niemczech nie ma jeszcze profilów zaufanych? Każdą sprawę - poza kilkoma wyjątkami - trzeba załatwiać analogowo. Ale w czasach koronawirusa, kiedy urzędy są praktycznie niedostępne od ręki, czekanie na następny wolny termin może potrwać całe tygodnie. A wszystko dlatego, że w federalnym systemie, każdy region musi sam sobie stworzyć platformę.

Dopiero pandemia dała niemieckim politykom wiele do myślenia, że bez szybkich inwestycji w infrastrukturę, ludzie polegną w urzędniczym chaosie. Ale cyfryzacji w szybkim tempie nie da się przeprowadzić, bo proces ten wiąże się z wieloma problemami dotyczącymi sfery bezpieczeństwa w sieci, co jest priorytetem. I tak nie udało się w czasach pandemii zrealizować hucznego projektu e-recepty, która miała działać od początku tego roku. Ministerstwo zdrowia odpowiadając ostatnio na moje pytanie zapewniało, że cyfrowa recepta pojawi się pilotażowo w połowie tego roku, a szerszy dostęp planowany jest w roku 2022 - bo przeszkodziła pandemia. 

Ambitne plany wprowadzenia usług z elektronicznym dowodem osobistym, który posłuży do logowania w urzędach, ma się pojawić w przyszłym roku. Plany wprowadzenia tzw. korespondencji zaszyfrowanej przez certyfikowane konta mailowe (De-mail) spaliły na panewce, choć internetowi prowajderzy zainwestowali w projekt miliony euro. A wszystko dlatego, że zabrakło dobrej woli ze strony lokalnych urzędów, które nie były zainteresowane taką formą prowadzenia korespondencji z petentami.

"Tylko gotówka jest w cenie"

Ten, kto choć raz musiał w Niemczech zapłacić kartą kredytową, wie jaka to droga przez mękę. Wiele, szczególnie małych sklepów, nie chciało do tej pory przyjmować tradycyjnych kart kredytowych i debetowych. Jeżeli już, możliwa była płatność kartami EC (lokalny system płatności), których goście z innych krajów nie mają. Opór e- płatności w Niemczech widoczny był z dwóch stron. Handlowcy tłumaczyli, że operacje bezgotówkowe są zbyt drogie, a przeciętny Niemiec tłumaczył, że tylko twarda gotówka jest prawdziwym środkiem płatniczym. Jest nawet takie powiedzenie: "nur bares ist wahres" - czyli "tylko gotówka jest w cenie". Nie wspomnę już o bardziej kreatywnych możliwościach zawierania transakcji.

ZOBACZ RÓWNIEŻ: "Nein, danke". Niemcy nie chcą się szczepić preparatem firmy AstraZeneca

Przez długi czas płacenie telefonem czy zegarkiem było niczym prezentowanie przed sprzedawcą sztuczek czarnej magii. To fakt, koronawirus wymusił na właścicielach sklepów i punktów usługowych wprowadzenie możliwości płacenia kartą, wzrosła też akceptacja ze strony konsumentów, choć jak wynika z najnowszych badań G DATA CyberDefense, zwykły niemiecki konsument pozostaje twardy w temacie strategii płatności. Tylko 47 procent pytanych przyznało, że w czasach pandemii częściej płaci kartą niż gotówką.

Skąd wynika ten wielki opór Niemców, co do procesu cyfryzacji? Powodów jest tutaj zapewne kilka. Niemcy, jak wiele innych krajów Europy Zachodniej (poza Skandynawią), nie przechodzą tak silnie przemian jak nowe unijne kraje. Nie było potrzeby szybkich inwestycji w infrastrukturę. Wolniej wdrażane były różnego rodzaju unijne dyrektywy, w końcu polityczna i gospodarcza stabilność od czasu drugiej wojny światowej nie wymuszała na ludziach konieczności większych zmian, za którymi trzeba podążać. To paradoksalnie koronawirus w Niemczech po części jest rewolucją, wymuszającą wiele zmian.

A efektami tej rewolucji z wielką przyjemnością podzielę się z wami... powiedzmy... za rok.