Reklama

15 marca 1939 - ten dzień stanowił punkt zwrotny w pobycie Wincentego Witosa na emigracji. Agresja niemiecka na Czechosłowację sprawiła bowiem, że z miejsca schronienia kraj ten stał się dla trzykrotnego premiera i przywódcy ruchu ludowego potrzaskiem. Początkowo polityk znalazł azyl w ambasadzie francuskiej w Pradze, ale było to rozwiązanie tymczasowe i przed Witosem stanęły dwa kierunki: Francja lub Polska. Co prawda w ojczyźnie mogło czekać na niego więzienie - ludowiec został skazany na 1,5 roku pozbawienia wolności w niesławnym procesie brzeskim - ale nie miał wątpliwości, że powinien wrócić nad Wisłę. Zwłaszcza, że niemal pewne było, że po Pradze na celowniku Hitlera znajdzie się Warszawa. 30 marca Witos przekroczył więc granicę i niebawem zatrzymał się w Krakowie, u profesora Stanisława Kota.

Mimo niepewnej sytuacji, humor nie opuszczał jednego z ojców II RP. Gdy Kot gdzieś wychodził, rzucił nawet pytanie, "czy gospodarz nie wybiera się przypadkiem na myszy?". W przeciwnym zgoła nastroju był za to prezydent Ignacy Mościcki, który niemal w tym samym czasie spotkał się na Zamku Królewskim z delegacją naukowców. Jednym z tematów rozmowy była amnestia dla emigrantów brzeskich, w tym Witosa, ale głowa państwa nie stanęła na wysokości zadania. Mościcki nawet w obliczu wojennego zagrożenia nie zamierzał stosować zasady "wszystkie ręce na pokład" i odpuścić zasłużonemu, ale opozycyjnemu politykowi. Mało tego, wobec uczonych pozwolił sobie na szereg pogardliwych uwag pod adresem Witosa: "(On) w niepodległej już Polsce nie zrobił niczego dobrego ani dla Polski, ani dla chłopów", "Przeceniacie go panowie. To człowiek interesu, który wciąż gonił za pieniędzmi" itd.

Reklama

Nic nie wskórała również reprezentacja ludowców, która odwiedziła prezydenta po naukowcach. W sprawie powrotu Witosa odesłał ich do marszałka Rydza-Śmigłego i na tym skończyła się audiencja. Przywódca polskich chłopów nie zamierzał tymczasem dawać sanacji pretekstu do dodatkowych szykan i 3 kwietnia sam zgłosił się do prokuratury. Na jego przybycie prokurator zareagował wielkimi oczami, ale wystarczył jeden telefon do przełożonych, aby wiedział, co robić. Witos trafił więc za kratki - został przewieziony do więzienia w Siedlcach - na szczęście tylko na niecały tydzień. Następnie, zwolniono go na półroczny urlop zdrowotny, ale nasz bohater nie planował odpoczynku. Wręcz przeciwnie, wrócił do politycznej gry, ale wcale nie po to, aby rzucać piach w sanacyjne tryby. Do historii przeszły jego słowa, skierowane do chłopów w Mościskach: "Macie służyć Państwu bez względu na to, jaki jest rząd".

Witos jednoczy, sanacja szkaluje

Jak aktywność byłego emigranta wyglądała w praktyce? Już 15 kwietnia Witos pojawił się na zjeździe powiatowym Stronnictwa Ludowego w Tarnowie, a 17 maja ponownie stanął na czele SL. Następnie, jako Prezes, ruszył w Polskę i szybko się przekonał, jak wielkim autorytetem cieszy się nadal wśród mieszkańców wsi. Przykład z Białostockiego: "Gdy Witos wyszedł z auta, chłopi zdjęli czapki. Witos zdjął także swoją i ruszył wzdłuż dwuszeregu. Nie padł żaden okrzyk, cisza jak makiem zasiał. Prezes wzruszony, z lekkim uśmiechem, mijał stojących, patrząc im w twarz zwilgotniałymi oczami. Chłopi stali bez ruchu i słowa, wpatrzeni w niego, jak w obraz". Od Małopolski po Podlasie, od Lwowa po Warszawę, polityk wszędzie głosił ten sam przekaz - współpraca z sanacją, ale na partnerskich zasadach, w imię obrony przed zagrożeniem niemieckim.

Co na to rządzący? Nie tylko odrzucili wyciągniętą rękę Witosa, ale według niektórych źródeł myśleli o ponownym wtrąceniu ludowca do więzienia. Takie plany miał snuć szczególnie premier Felicjan Składkowski, ale ostatecznie nie wcielił ich w życie. Do skutku doszła za to prowokacja na łamach prorządowego "Kuriera Porannego". 31 maja w gazecie ukazał się list, a w zasadzie paszkwil wymierzony w Witosa, autorstwa "Obywatela z Przeworska". Ów "Obywatel" przekonywał, że Prezes nie wrócił do kraju z pobudek patriotycznych, ale "w porozumieniu z niemieckim Gestapo i przygotowuje oddanie Rzeczpospolitej Niemcom". Co więcej, niedwuznacznie dawał do zrozumienia, że objazd Polski przez "chodzącego na urlopie więźnia" to skandal i jego miejsce jest w celi.

Na publikację "Kuriera" z oburzeniem zareagowała opozycyjna prasa, a czołowi sanatorzy w końcu zrezygnowali z poważniejszych represji wobec Witosa. Niemniej, po części zrealizowali swój cel: Prezes Stronnictwa Ludowego latem 1939 ograniczył działalność polityczną. Mniej spotkań z włościanami, więcej narad z politykami SL i liderami opozycji - ich głównym tematem był potencjalna agresja III Rzeszy, zdaniem naszego bohatera nieunikniona. Co do wyniku starcia z Wehrmachtem, Witos nie był optymistą - z rozmów z generałami Marianem Kukielem i Władysławem Sikorskim wiedział, że Wojsko Polskie nie jest w stanie oprzeć się Niemcom. W związku z tym, w zamkniętym gronie instruował ludowców, jak postępować w razie przegranej wojny i okupacji: zaopatrzyć się w broń, nawet z pobojowisk, ostrzegać wzajemnie o niebezpieczeństwie ze strony wrogich służb, popalić ważne dokumenty itp. Niestety, scenariusz zarysowany przez Prezesa sprawdził się szybciej niż przypuszczał...

"Umarła żona, ale umiera i Polska"

Na dramat Rzeczpospolitej, który rozpoczął się 1 września, nałożyły się osobiste tragedie Witosa. 17 sierpnia zmarł jego polityczny przyjaciel i towarzysz emigracyjny, Wojciech Korfanty. Dyktator III powstania śląskiego również zdecydował się w 1939 roku na powrót do Polski, ale piłsudczycy okazali się wobec niego bardziej bezduszni, przetrzymując kilka miesięcy w więzieniu. Opuścił je jako wrak człowieka, dogorywając w warszawskim szpitalu... Niestety, najmocniejszy cios od losu miał dopiero nadejść: pod koniec sierpnia zachorowała żona polityka, Katarzyna, a lekarze nie byli w stanie jej pomóc. Odeszła 31 sierpnia, a jej pogrzeb odbył się już pod niemieckimi bombami. Z "Witoską" Wincenty przeżył ponad 40 lat i choć nie był człowiekiem skorym do ujawniania emocji, strata Katarzyny boleśnie go dotknęła. Jeszcze bardziej zamknął się w sobie i tylko do jednego z sąsiadów wypowiedział znamienne słowa: "Umarła żona, ale umiera i Polska".

Po pożegnaniu małżonki Witos nie został w rodzinnych Wierzchosławicach - ruszył do Tarnowa, a kolejnym przystankiem miał być Lwów. O cel tej wyprawy spierają się historycy, być może Prezesowi chodziło o wydanie stamtąd odezwy do chłopów. Tak, czy siak, nigdy nie dotarł do miasta "zawsze wiernego": pociąg relacji Tarnów-Rzeszów, którym podróżował, padł ofiarą niemieckiego nalotu. Bomby nie uszkodziły bezpośrednio wagonu Witosa, ale i tak spadający obok pocisk wywołał podmuch, który wyrzucił polityka w powietrze. Na szczęście, bez większych konsekwencji - z bombardowania Wincenty wyszedł z poranionymi twarzą i rękami, od szkła i kawałków drewna. Mogło być zaś znacznie gorzej, wskutek nalotu zginęło sześć osób, a kilkanaście odniosło poważne obrażenia.

Ranny Witos doczekał się pomocy jeszcze na stacji, od zawiadowcy, który zadbał też o przetransportowanie ludowca do Rzeszowa. W stolicy Podkarpacia Wincenty został opatrzony, dalej trafił do Jarosławia, a niebawem do położonego nieopodal Cieszacina. Tam zamierzał dojść do siebie w dobrach, sympatyzującego z SL, hrabiego Drohojowskiego. Tyle, że plany planami, a 16 września do majątku wkroczyli gestapowcy. Szybko zorientowali się, z kim mają do czynienia w osobie rekonwalescenta i aresztowali Witosa, dla którego rozpoczęła się tułaczka po różnych miejscach, zaadaptowanych na okupacyjne więzienia. Do października 1939 przebywał w Sądzie Grodzkim w Jarosławiu, potem trafił do Zamku Lubomirskich w Rzeszowie, w marcu 1940 znalazł się natomiast na krótko w Berlinie.

Tę wyliczankę można by kontynuować, ale ciekawsze są warunki, w jakich przebywał aresztowany Witos. Jak na wojenne realia, były one dosyć łagodne, mało przypominające pobyt w zakładzie karnym. Jarosław? Nasz bohater został osadzony w przeznaczonej wyłącznie dla siebie sali sądowej, z łóżkiem, krzesłem i stolikiem. Bez przeszkód mógł wychodzić na korytarz, a początkowo przyjmować nawet gości, w tym miejscowych działaczy SL (!). Do tego Niemcy wyrazili zgodę na posiłki z zewnątrz dla aresztanta, więc niemal codziennie zaprzyjaźnione osoby dostarczały mu śniadania i obiadokolacje. Rzeszów? Podobna sytuacja: jednostkowa cela, spacery po korytarzach i dziedzińcu, posiłki z miasta, a także paczki z jedzeniem. Jak relacjonował sam zainteresowany, "Kupiec wcale mi nieznany przysyłał co parę dni różne smakołyki, papierosy, pieczywo, słoninę. (...) Nie chcąc być dobrodziejem czyim kosztem, wracałem pakunki. (...) I tak przychodziły z powrotem jeszcze bardziej pękate".

Współpraca z III Rzeszą? Nein!

Witos mógł liczyć nie tylko na wyrozumiałość Niemców, ale również na pomoc polskich strażników więziennych. Dzięki "ich życzliwości, ale i nie mniejszej bezczelnej odwadze" mógł spotykać się w Rzeszowie nie tylko z ludowcami, ale i bliskimi, np. córką Julią. Funkcjonariusze wpuszczali ich na zamek po zmroku, gdy niemiecka część załogi szła do domów, ale i tak ryzyko było spore. Na szczęście, obyło się bez wpadki, ale pora odpowiedzieć sobie na dwa pytania: Z czego wynikała taka wspaniałomyślność okupanta wobec Witosa? I jak polityk reagował na taką postawę Niemców? Jeśli chodzi o stosunek Prezesa do warunków pobytu, nie robiły na nim specjalnego wrażenia. "Siedziałem w więzieniu w Austrii, siedziałem za Polski sanacyjnej, posiedzę i za Niemca - przetrzymałem tamte więzienia, przetrzymam i to".

Przyczyny traktowania Witosa na specjalnych prawach są natomiast bardziej złożone. Oczywiście naziści nie czuli jakiejś sympatii do przywódcy chłopów, ale kierowali się własnymi interesami. Jakimi? Naszego bohatera poszukiwali już po inwazji na Czechosłowację, na przełomie marca i kwietnia 1939. Jedna z wersji głosi, że po to, aby zaproponować liderowi ludowców pomoc w dokonaniu zamachu stanu w Polsce, w zamian za układ polityczny z III Rzeszą. Mało to prawdopodobne: raz, że Witos był marnym kandydatem na zamachowca, nie tylko z uwagi na swój patriotyzm, ale i to, że sam został obalony w wyniku przewrotu majowego. Dwa, że w tym czasie Hitler był zdecydowany na zbrojną rozprawę z Rzeczpospolitą. Pogłoski o rzekomym porozumieniu Niemcy - Witos wykorzystała za to sanacja, drukując wspomniany paszkwil w "Kurierze Porannym".

Nie wiemy, w jaki sposób politycy III Rzeszy chcieli wykorzystać Prezesa wiosną 1939 roku, zresztą wówczas do żadnych kontaktów nie doszło. Niemniej, Niemcy nie zrezygnowali z prób pozyskania jednego z ojców Drugiej Rzeczpospolitej, i to zaraz po kampanii wrześniowej. W październiku i listopadzie przeprowadzili z Witosem szereg rozmów na Zamku Lubomirskich i w rzeszowskim Gestapo - na jaki temat? Najczęściej w literaturze wskazuje się, że celem nazistów było namówienie przywódcy Stronnictwa Ludowego do objęcia roli premiera w kolaboracyjnym rządzie. Problem w tym, że Hitler porzucił już wówczas koncepcję utworzenia polskiego "państwa szczątkowego" ("Reststaat"), całkowicie podległego III Rzeszy. Tym samym niepotrzebne stały się marionetkowy gabinet i marionetkowy szef rządu. Co więcej, nie znamy nawet nazwisk Niemców, którzy przekonywali Witosa do współpracy - wiadomo tylko, że przybyli do Rzeszowa z Krakowa.

Co w takim razie wydarzyło się jesienią 1939 na Zamku Lubomirskich? Wydaje się, że rację ma biograf chłopskiego przywódcy, Andrzej Zakrzewski, który sugerował, że na Podkarpacie nie dotarły jeszcze informacje o rezygnacji Führera z pomysłu "Reststaat". W związku z tym, miejscowe władze okupacyjne mogły wyjść przed szereg i na własną rękę sondować Witosa ws. premierostwa. Wincenty nie dał się jednak skusić nazistowskiemu diabłu, podobnie jak i sowieckiemu szatanowi (o tym później). Niemcy namawiali go do kolaboracji później wielokrotnie, i to w różnej formie. A to proponowali opisanie dziejów polskiego ruchu ludowego (dzięki czemu poznaliby nazwiska szeregu działaczy), a to chcieli, aby Witos podpisał się pod antyradziecką odezwą do chłopów, a to próbowali zorganizować mu spotkania z polskimi germanofilami: Władysławem Studnickim i Wacławem Krzeptowskim (jeden z przywódców Goralenvolku, a wcześniej członek Stronnictwa Ludowego). Na wszystkie te sugestie Prezes miał jedną odpowiedź: nie.

Zakopane - Wierzchosławice - Londyn?

Gdy presja wywierana na Witosa w okupowanej Polsce nie odniosła żadnego rezultatu, Niemcy wywieźli go do jaskini lwa, Berlina. Na szczęście, nim zdążył poznać "uroki" tamtejszego więzienia, został przewieziony do Poczdamu, ale już nie do zakładu karnego, a do sanatorium. Kilkutygodniowa kuracja (na koszt rodziny, "dobra wola" nazistów miała swoje granice) podreperowała nieco zdrowie Polaka i następnymi przystankami na jego wojennej drodze stały się Kraków i Zakopane (od maja 1940 roku). Okupant wciąż przywiązywał dużą wagę do swojego więźnia - najlepiej o tym świadczy fakt, że w stolicy Tatr Witos znajdował się pod bezpośrednią kuratelą szefa lokalnego gestapo. Jeśli jednak Niemcy uważali, że upływ czasu zmiękczył Prezesa, srodze się zawiedli. Propozycję spotkania z Krzeptowskim skwitował krótko: "ze zdrajcą mówić nie będę, ani go widzieć nie chcę". A przecież miałby go odwiedzić człowiek, który nie tylko należał niegdyś do SL, ale w marcu 1939 osobiście wstawiał się za nim u prezydenta Mościckiego...

Wreszcie, w lutym 1941 Witos trafił tam, gdzie czuł się najlepiej - do domu w Wierzchosławicach. Niestety, radość z powrotu w rodzinne strony mącił fakt, że okupanci wciąż nie spuszczali z niego oka. Obowiązywał go zakaz poruszania się poza wsią, nawet podróż do lekarza w Tarnowie wymagała zezwolenia ze strony gestapo. Najczęściej spędzał więc czas w gospodarstwie, konkretnie w altanie, gdzie snuł rolnicze plany ("gdzie zasiać, posadzić, obliczał, ile kartofli zasadzić, ile się z tego zbierze" - relacja jednego z sąsiadów). Tak mijały tygodnie, miesiące i lata, aż nadszedł rok 1944, gdy w Wielkiej Brytanii zaczęto poważnie rozważać sprowadzenie Witosa nad Tamizę. Dotychczasowe projekty uwolnienia Prezesa z rąk Niemców nie wychodziły poza sferę dyskusji, sytuacja zmieniła się, gdy fotel premiera po zmarłym tragicznie generale Sikorskim objął Stanisław Mikołajczyk.

Ludowiec od lat i polityczny wychowanek Witosa (a przed laty jego szofer) widział w swoim mentorze następcę prezydenta na uchodźstwie, Władysława Raczkiewicza. Rada Jedności Narodowej w okupowanej Polsce przychyliła się do tej kandydatury i mogło się wydawać, że przerzut Prezesa do Londynu jest tylko kwestią czasu. Nic bardziej mylnego - na przeszkodzie stanęły nie tylko obawy Witosa o los bliskich, ale przede wszystkim stan zdrowia. Chłopski przywódca zmagał się z chorobą Parkinsona, lekarze stwierdzili też u niego miażdżycę i niewydolność układu krążenia. Zamiast niego 26 lipca 1944 roku do Wielkiej Brytanii odleciał zatem Tomasz Arciszewski z PPS. Witos tymczasem pozostał w Wierzchosławicach, ale z każdym kolejnym tygodniem narastały w nim wątpliwości dotyczące tego miejsca pobytu.

Polityk był przekonany, że niekorzystna sytuacja na froncie może skłonić Niemców do zaostrzenia postawy i np. wywiezienia go w głąb III Rzeszy. Prawdopodobnie we wrześniu skontaktował się więc z Armią Krajową, prosząc o pomoc w opuszczeniu swojej wsi. AK na prośbę przystała, a organizacją akcji zajął się szef kontrwywiadu okręgu krakowskiego, Władysław Skąpski. Przebiegła ona według iście filmowego scenariusza: gdy brat Władysława, Zygmunt jechał (wraz z szoferem) samochodem z Tarnowa, został zaczepiony na drodze przez "przypadkowego" pieszego (w rzeczywistości znajomego Witosa). Ten zaś poprosił o drobną przysługę - podwiezienie "chorego kolegi" z Wierzchosławic do Krakowa - na co Skąpski oczywiście się zgodził. Zapewne niewtajemniczony w plan kierowca nie miał ochoty na dodatkowe kilometry, ale nie dał tego po sobie poznać - posłusznie skręcił w kierunku wsi i zabrał stamtąd "chorego kolegę". Niebawem Witos mógł odetchnąć z ulgą, dojechali bezpiecznie na miejsce, ulicę Starowiślną 39.

W rękach NKWD

Transport byłego premiera odbył się bezproblemowo, ale AK-owcy byli przygotowani na niekorzystny obrót wypadków. W krytycznym dniu ulicę non stop obserwowało kilku konspiratorów, a gdyby auto z Witosem natknęło się wcześniej na Gestapo, obowiązywała wersja "wieziemy chorego do szpitala". Polacy mieli nawet do dyspozycji specjalny samochód sanitarny, w razie potrzeby Prezes zostałby do niego przeniesiony... Nasz bohater spędził pod Wawelem kilka tygodni i, regularnie namawiany przez Mikołajczyka, zgodził się w końcu na podróż do Londynu. Samolot DC3 "Dakota" miał po niego wylecieć z włoskiego Brindisi, ale nigdy nie dotarł do podkrakowskiej Słupi (gdzie miał lądować). Do Wincentego dotarła za to wiadomość o dymisji premiera-ludowca (24 listopada 1944). Efekt? Gdy Mikołajczyka zabrakło u steru rządów, upadł pomysł "Witos w Wielkiej Brytanii". Politykiem zainteresowało się za to NKWD.

Nim jednak ludowy przywódca znalazł się pod "opieką" sowieckich służb, czekały go ostatnie święta w domu. Do Wierzchosławic zawitał 24 marca 1945 roku, w Wielką Sobotę, i pierwsze dni w gronie rodzinnym minęły spokojnie. Wszystko zmieniło się 31 marca, gdy przed gospodarstwo zajechał gazik, a nieznani nikomu, polscy i sowieccy funkcjonariusze wciągnęli do niego Witosa i odjechali w kierunku Krakowa. Dziś wiemy, że wśród nich był, słynny z późniejszych audycji w Radiu Wolna Europa, Józef Światło, który przeprowadził akcję na zlecenie niesławnego generała Iwana Sierowa (tego samego, który odpowiadał za porwanie przywódców Polskiego Państwa Podziemnego). Wraz z Witosem został uprowadzony Tadeusz Małkiewicz, który wspominał: "Kiedy mijaliśmy Wierzchosławice, zauważyłem że zarówno adiutant, jak 'tłumacz' niespokojnie kręcą się na siedzeniach, (...) sięgając jednocześnie rękami za marynarki. Nagle w dłoniach ich błysnęły pistolety, a (...) jednocześnie adiutant zawinął głowę prezesa kocem, aby nikt z ciekawych (głównie chłopów) nie zauważył, kto jest pasażerem gazika".

Samochód z porwanym Prezesem zatrzymał się dopiero w Warszawie, gdzie przesłuchiwał go sam Sierow. Prośbą i groźbą próbował wymusić na Witosie spotkanie z Bolesławem Bierutem, ale polski polityk grał na zwłokę. Argumentował, że wizyta u Prezydenta Krajowej Rady Narodowej będzie możliwa, ale dopiero, gdy zostanie upoważniony przez partię. Podobnie z pytaniem o stosunek do władz "lubelskich" i "londyńskich", ludowiec określił się jako neutralny wobec tych dwóch ośrodków. Te odpowiedzi nie zadowoliły jednak enkawudzisty, a sytuacja Witosa była naprawdę poważna, bo interesował się nim Ławrientij Beria (Sierow słał raporty z rozmów z Polakiem do szefa NKWD). Wreszcie, zirytowani Sowieci poszli o krok dalej: wywieźli Wincentego do Brześcia nad Bugiem. Co czuł były premier, gdy znalazł się w tym samym mieście, w którym 15 lat wcześniej uwięził go Józef Piłsudski? Możemy się tylko domyślać.

W Brześciu dalej trwał festiwal obietnic, pogróżek i kłamstw ze strony NKWD. Mimo to, Witos pozostał niezłomny, co więcej, oświadczył funkcjonariuszom: "Chcecie mnie, jak cielęcinę lub kawałek flaka zawieźć na rozmowę (z Bierutem). Ja w takim sposób nie będę rozmawiał". Sowieci znaleźli się w kropce - ich "podopieczny" nie dał się wykorzystać propagandowo jako symbol porozumienia między ludowcami i komunistami, a do tego z dnia na dzień pogarszał się jego stan zdrowia. Porzucili zatem pomysł podróży z Prezesem do Moskwy i wrócili z nim do Polski (5 kwietnia). Jeszcze raz próbowali pozyskać Witosa w czerwcu, zapraszając na rozmowy służące poszerzeniu rządu komunistycznego o polskich polityków z podziemia i emigracji, ale Wincenty kategorycznie odmówił. Jako przyczynę podał chorobę, i było w tym sporo racji, ale swoją rolę z pewnością odegrały też wcześniejsze doświadczenia z Sowietami. Ostatnie miesiące życia chłopski przywódca spędził doradzając politykom (Polskiego) Stronnictwa Ludowego - zmarł 31 października 1945 roku w Krakowie.

Przy pracy nad tekstem korzystałem z publikacji: “Wincenty Witos 1874-1945" Tomasza Berezy, Marcina Bukały i Michała Kalisza, “Witos" Małgorzaty Olejniczak, “Witos, Mikołajczyk i bracia Skąpscy - rok 1944" Rafała Skąpskiego, “Polskie Stronnictwo Ludowe w obronie demokracji 1945-1949" Romualda Turkowskiego i “Wincenty Witos: chłopski polityk i mąż stanu" Andrzeja Zakrzewskiego.