Agitacja wyborcza Warszawie. Grudzień 1938 Narodowe Archiwum Cyfrowe
05:00 15.01.22

Opozycja bierze miasta, sanacja trzyma władzę. Ostatnie wybory II RP

W

W połowie lat 30. zepchnięta na polityczny margines opozycja antysanacyjna ogłosiła bojkot fasadowych wyborów parlamentarnych. W warunkach miękkiej dyktatury polem rywalizacji pozostał jednak samorząd. Ostatnie starcie o lokalne rady rozpoczęło się pod koniec roku 1938. Miało potrwać kilka miesięcy.

Reklama

Prorządowy Obóz Zjednoczenia Narodowego (OZN, Ozon) wezwał, by samorządowa kampania wyborcza była wolna od akcentów politycznych i koncentrowała się na praktycznych propozycjach komitetów. Wymagać tego miała odpowiedzialność za państwo w chwili napiętej sytuacji międzynarodowej. Mimo powszechnej świadomości zagrożenia, podobnych apeli, wygłaszanych równolegle do ataków na opozycję, nikt nie traktował poważnie. Chodziło w końcu o jedyne wybory niesprowadzone jeszcze do roli plebiscytu, frekwencyjnie mierzącego poparcie rządu.

"Faszyzm przez Kraków nie przejdzie!" - zapowiadała Polska Partia Socjalistyczna (PPS). "Przeciw antysemityzmowi! Za czerwoną Łódź!" - wzywał żydowski Bund. "Pierwszym etapem walki będzie odebranie Żydom praw politycznych!" - głosił stołeczny komitet wyborczy Stronnictwa Narodowego (SN), a propaganda Ozonu, piętnując na zmianę "marksistowskie międzynarodówki", "żydokomunę" i "endeckich rozbijaczy", nawoływała do szczerej współpracy i narodowej konsolidacji - jedynej drogi do "podniesienia Polski w górę". 

Stawka warta gry

Reklama

Dla obozu władzy stawką wyborów było potwierdzenie dominującej pozycji. Przywódcy OZN coraz wyraźniej rozważali bowiem rezygnację z nawet ograniczonej wielopartyjności. Głosili, że opozycja traci rację bytu, a poparcie dla niej otwarcie szacowali na maksymalnie 10%. Zwalczające się ugrupowania opozycyjne, praktycznie odcięte od parlamentu za sprawą obowiązującej ordynacji, w jednym były zgodne: sukces w walce o samorządy stanowić miał pierwszy krok na drodze do zmian. Albo demokratyzacji, postulowanej przez lewicę czy nieliczną chadecję, albo też wzmocnienia narodowego charakteru państwa, do czego wzywał główny nurt prawicy.

Choć wybory rozplanowane zostały na wiele miesięcy - głosowania do kolejnych rad miejskich i wiejskich miały odbywać się etapami, najpóźniej do końca roku 1939 - kulminacyjnym momentem była niedziela 18 grudnia 1938 r. Do urn ruszyli wtedy mieszkańcy 57 miast, w tym czterech spośród pięciu największych: Warszawy, Łodzi, Krakowa i Poznania.

Przegląd sił

Na specjalnych zasadach do wyborów szedł prorządowy OZN. Silnie zhierarchizowany i aspirujący do roli ogólnonarodowej organizacji politycznej, głosił konieczność odrzucenia "anachronicznych podziałów partyjnych". Mimo piłsudczykowskiego rodowodu garściami czerpał z tradycyjnego arsenału endecji. Dysponował przy tym potężnym aparatem propagandowym: licznymi tytułami prasowymi i radiem, ale także instrumentami nacisku administracyjnego - począwszy od wpływu na korzystny podział okręgów wyborczych, po kontrolę nad cenzurą.

Zgodnie z rzuconym hasłem "odpolitycznienia samorządów" Ozon w wielu miastach inspirował tzw. komitety gospodarcze. Firmowały je szyldy akcentujące polskość, społeczny i fachowy charakter. W Gdyni było to przykładowo Chrześcijańskie Zjednoczenie Narodowo-Gospodarcze, w Zamościu - Polski Blok Gospodarczy, a w Inowrocławiu - Narodowy Komitet Zawodowo-Gospodarczy. Propaganda Ozonu na ogół nie oszczędzała narodowców, ale z największym natężeniem atakowała socjalistów i ugrupowania żydowskie, często zbiorczo określając przeciwników "socjał-żydostwem". Jej nieodłącznym motywem był kult marszałka Edwarda Śmigłego-Rydza, kreowanego na wodza i obrońcę narodu. 

Na lewej stronie sceny politycznej - po wielkim strajku chłopskim z 1937 r. (z rąk policji zginęły co najmniej 42 osoby) przewagę w Stronnictwie Ludowym (SL) zyskiwała partyjna lewica - największą siłą byli ludowcy. Byli zarazem siłą radykalnie antysanacyjną. Domagali się przede wszystkim przywrócenia ustroju demokratycznego, a tym samym właściwego miejsca chłopów w państwie, którego 75% obywateli zamieszkiwało na wsi. Wiejskie gromady stanowiły jednak o wiele trudniejszy teren dla rozwinięcia akcji wyborczej. W tej na lewicy znacznie bardziej rzucała się w oczy PPS ze swą kluczową siłą - liczącymi blisko 400 tys. członków Klasowymi Związkami Zawodowymi.

Także dla socjalistów naczelnym postulatem był powrót do reguł demokratycznych. Jedynego - jak przekonywali - rozwiązania, pozwalającego zapobiec faszyzacji państwa i wyzwolić autentyczną mobilizację społeczną. Z tym wiązali też równe prawa dla mniejszości narodowych. Nadto tradycyjnie już zapowiadali walkę z wielkim kapitałem. Za najgroźniejszego przeciwnika uznawali nie koniunkturalny, "montowany urzędowo" OZN, ale rosnący w siłę nurt młodych obozu narodowego, wyraźnie - choć z zastrzeżeniami - zafascynowany tzw. przewrotami narodowymi we Włoszech i Niemczech. To radykalizujących się narodowców, określanych nawet "polską odmianą hitleryzmu", socjaliści atakowali szczególnie. Wspierało ich nieliczne Stronnictwo Demokratyczne (SD), partia lewicowo-liberalnej inteligencji, związanej ze środowiskiem piłsudczykowskim i zawiedzionej nacjonalistycznym kursem utworzonego dwa lata po śmierci Komendanta Ozonu.

Wobec silnej polaryzacji w politycznym centrum nie pozostało wiele miejsca. Właściwie wypełniało je chadeckie Stronnictwo Pracy (SP), powołane ledwie rok wcześniej i mające stanowić katolicką, ale prodemokratyczną alternatywę dla obozu narodowego. Mocne na Śląsku i Pomorzu, w innych regionach, mimo poparcia części hierarchów kościelnych, pozostawało jednak siłą bardzo słabą. Z dewizą "Prawo - Praca - Prawda" na sztandarach, stronnictwo wzywało do obrony polskiego życia publicznego przed totalizacją, za głównego przeciwnika uznając obóz sanacyjny. Mimo to lokalnie podejmowało współpracę z Ozonem, niekiedy godząc się na pójście do wyborów w jednym bloku.

Na prawicy hegemonem było SN. Tradycyjnie najsilniejsze w Wielkopolsce, dysponowało poważnymi wpływami w setkach polskich miast. W partii od kilku lat wyraźnie słabła pozycja starszych i umiarkowanych polityków endeckich. Rosły za to akcje tzw. młodych, cieszących się poparciem Romana Dmowskiego, radykalnych i otwarcie zapowiadających przejęcie przez obóz narodowy niepodzielnej władzy.

W kampanii SN motywem dominującym była kwestia żydowska. Partia zapowiadała pozbawienie Żydów wpływów politycznych i gospodarczych, a tym samym pomnożenie "polskiego stanu posiadania". Tu musiała licytować wysoko - przebić należało nie tylko mniej w tej kwestii wiarygodny Ozon, ale także konkurencyjny Obóz Narodowo-Radykalny (ONR), w stolicy oficjalnie idący do wyborów pod szyldem Narodowego Radykalnego Komitetu Odżydzenia Warszawy. Poza mniejszościami - w województwach zachodnich i północnych tradycyjnie silne były akcenty antyniemieckie - narodowcy zwalczali głównie socjalistów, którym zarzucali realizowanie polityki "obcych Polsce międzynarodówek" i rozbijanie jedności narodu "klasową demagogią". Na ogół, konsekwentnie wzywając do zerwania z "sanacyjnym etatyzmem", atakowali także "pozornie narodowy" OZN. Gdzieniegdzie jednak, w mniejszych miastach, endecja i sanacja dla zrównoważenia wpływów lewicowo-żydowskich poszły do wyborów wspólnie.  

Wyborczą mozaikę uzupełniały liczne lokalne komitety bezpartyjne i przedstawicielstwa mniejszości narodowych, stanowiących przed wojną ok. 30% społeczeństwa. Ukraińcy, Niemcy, Białorusini, a także Czesi, startowali z własnych list w poszczególnych regionach. Żydzi natomiast, terytorialnie rozproszeni i najlepiej zorganizowani politycznie, stanowili poważną siłę w większości miast i miasteczek Polski centralnej, południowej i wschodniej. Aż ¾ spośród ponad 3-milionowej społeczności stanowiła ludność miejska. Najsilniejszą partią był tu socjalistyczny Bund, współpracujący z PPS i podzielający jej główne postulaty, ale do wyborów stanął też szereg rozdrobnionych ugrupowań syjonistycznych i konserwatywnych.

Starcie o urny

Mimo sięgającego 20 stopni mrozu, w miastach, których mieszkańcy ruszyli do urn 18 grudnia 1938 r. bywało gorąco. "Wybory odbyły się w warunkach całkowitego spokoju. W kilku tylko miejscowościach zanotowano drobne incydenty na tle agitacyjnym" - donosił wprawdzie sanacyjny "Kurier Poranny", ale w rubryce obok, poświęconej przebiegowi wyborów w stolicy, odnotowywał: dwa natarcia bojówek na lokale SN - jeden odparty, drugi zakończony zdemolowaniem siedziby; ostrzelanie agitatorów PPS; pobicie przez socjalistów oenerowskiego kolportera ulotek oraz kilka napadów na Żydów.

Tymczasem napływające z kolejnych miast doniesienia mocno rozmijały się z buńczucznymi zapowiedziami liderów Ozonu. Spośród czterech największych ośrodków, ugrupowanie władzy wygrało - a i tu nieznacznie, bez osiągnięcia większości - tylko w stolicy. "Wyniki wyborów samorządowych są niezwłocznie i tendencyjnie omawiane przez prasę opozycyjną. Jest przeto rzeczą konieczną, aby były one należycie oświetlane ze strony OZN i prasy prorządowej" - instruował terenowe struktury szef sztabu Ozonu, pułkownik Zygmunt Wenda. Dyspozycyjne gazety szybko przystąpiły do podważania wymowy liczb. Przekonywały, że o rzeczywistych poglądach społeczeństwa świadczą nie wybory samorządowe, ale parlamentarne, do których, mimo bojkotu ogłoszonego przez opozycję, nieco ponad miesiąc wcześniej poszło ponad 67% obywateli.

W powszechnym odczuciu - przyznawały to choćby czołowe tytuły konserwatywne, krakowski "Czas" i wileńskie "Słowo" - sukces w tej kluczowej pod względem prestiżowym odsłonie starcia o samorządy odnieśli socjaliści. PPS, która jeszcze niedawno znajdowała się w głębokim kryzysie, wraz z ugrupowaniami żydowskimi, co alarmistycznie podkreślała prawicowa i rządowa prasa, zdobyła wyraźną większość w Łodzi i nieznaczną w Krakowie. Także w Warszawie, gdzie socjaliści osiągnęli wprawdzie drugi po Ozonie wynik i nie mieli perspektyw zdobycia większości, wspólnie z Bundem i pozostałymi grupami żydowskimi w liczbie zdobytych mandatów nieznacznie wyprzedzali sanację. Narodowcy, choć w stolicy ponieśli klęskę, zdeklasowali przeciwników w swoim bastionie - Poznaniu. Uzyskali tam aż 52 z 72 miejsc w radzie. Jeśli chodzi o największe miasta, kilka miesięcy później Ozon nieznacznie poprawił złe statystyki we Lwowie, gdzie wygrał, o jeden głos wyprzedzając SN. I tam jednak, podobnie jak w Warszawie, o samodzielnej większości nie było mowy.

Miejski sukces rzekomo marginalnej opozycji bynajmniej nie kończył się na "grubej piątce". W grudniu 1938 r. i kolejnych miesiącach, narodowcy wyprzedzili Ozon w Częstochowie, Toruniu i Wilnie, a także szeregu mniejszych miast zachodniej i północnej Polski. PPS dominowała w ośrodkach przemysłowych. Samodzielną większość zdobyła m.in. w Radomiu, Sosnowcu, Dąbrowie Górniczej, Kaliszu czy naftowym Borysławiu, a do spółki z żydowskim Bundem choćby w Grodnie, Płocku czy Tarnowie. Socjaliści wygrali też w będącej "oczkiem w głowie" sanacyjnych władz Gdyni, gdzie jednak do osiągnięcia większości zabrakło wsparcia Bundu. Ozon obronną ręką, choć nigdzie nie zdobył większości, wyszedł natomiast w Białymstoku, Bydgoszczy, Kielcach i Lublinie.

Do połowy czerwca 1939 r. wybory odbyły się w 161 największych polskich miastach. Na niespełna 4 tys. mandatów, o które ubiegały się komitety, PPS zdobyła ich ponad 27% (wspólnie z żydowskim Bundem - 31), OZN - blisko 22%, a SN - 17%. Dodatkowo prawie 13% uzyskały niesocjalistyczne komitety żydowskie, a nieco ponad 12% - zblokowane listy Ozonu z endecją, chadecją lub organizacjami społecznymi. Klęskę poniosło centrowe SP - wybory samorządowe nie obejmowały autonomicznego województwa śląskiego, a w największych miastach innych regionów chadecy samodzielnie zdobyli zaledwie 1,5% miejsc. Podobny wynik osiągnęły listy bezpartyjne, z kolei kandydaci wywodzący się z robiącego wiele szumu ONR w skali kraju zdobyli zaledwie 6 - słownie: sześć - mandatów. Komitety mniejszości innych niż żydowska w rywalizacji o miasta nie odegrały poważniejszej roli.

Generalny rozrachunek nie był jednak dla opozycji tak pomyślny. Zdecydowały o tym wyniki wyborów do rad w blisko 400 mniejszych miejscowościach, w których szanse podjęcia równej walki z obozem sanacyjnym były ograniczone. Podobnie, jak możliwość kontroli organizacji i przebiegu głosowania. W efekcie na prowincji, gdzie wspieranie opozycji wiązało się z większym ryzykiem, wyraźnie zwyciężył Ozon. Dla wzmocnienia efektu propagandowego na jego konto - wbrew protestom - doliczano także głosy oddane na lokalne listy bezpartyjne. Dominacja obozu rządowego rzucała się w oczy zwłaszcza w miasteczkach kresowych. Tu ludność polska, często stanowiąca mniejszość, i bez dodatkowej presji odruchowo koncentrowała się przy władzy centralnej.

Finalnie w wyborach do wszystkich rad miejskich sanacyjny OZN - przy wsparciu administracji i doliczeniu głosów oddanych na listy niezależne - zdobył 48% dostępnych mandatów. Drugi w skali kraju wynik, ponad 17%, osiągnęły rozdrobnione i zróżnicowane politycznie komitety żydowskie. Niespełna 16% zdobyło SN, a tylko - zwłaszcza na tle sukcesu w dużych miastach - co dziesiąty mandat wzięła PPS. Kolejne miejsca w walce o rady miejskie zajęły komitety ukraińskie - nieco ponad 3% i chadeckie SP - niespełna 2%. Pozostałe listy, m.in. mniejszości białoruskiej czy niemieckiej, uzyskały poniżej 1% miejsc.

Ponadto 1,5% mandatów w miastach zdobyło chłopskie SL. Ludowcy, mimo pewnych sukcesów na nietypowym dla siebie odcinku - niespodzianką było osiągnięcie wraz z PPS większości w uznawanej za bastion prawicy stolicy Tatr, Zakopanem - koncentrowali się jednak na równoległej konfrontacji z obozem władzy o wiejskie rady gromadzkie. Oficjalnie zdobyli tu tylko nieco ponad 10% mandatów, przy czym warunki rywalizacji na wsi były szczególnie ciężkie - część list SL po prostu unieważniono, a głosy oddane na ludowców startujących z uzgodnionych wcześniej wspólnych list OZN i SL konsekwentnie zaliczano na konto obozu prorządowego. W efekcie oficjalnie zdobył on tu ponad 57% mandatów. Publiczną tajemnicą pozostawało, że wyniki odbiegają od realnych nastrojów wsi.

Co powiedziały wyniki

"Niedzielna lekcja wyborcza była pouczająca, a przez to pożyteczna. Rozwiała ona legendy o rzekomo istniejących potęgach politycznych, wykazała, że takie potęgi w Polsce nie istnieją" - konkludował krakowski "Czas" tuż po grudniowym starciu w 57 miastach. Kolejne miesiące, choć obóz władzy propagandowo podbudowały wyniki z miasteczek i gromad, nie przyniosły tu zasadniczej zmiany. Liczby świadczyły o wysokim zróżnicowaniu politycznym społeczeństwa i podawały w wątpliwość zapowiedzi o świcie Polski monopartyjnej. Czy to w wersji sanacyjnej, czy w znacznie dalszym od realizacji wydaniu narodowców.

Niewątpliwą klęską obozu władzy były rezultaty wyborów w największych ośrodkach. Przeczyły stawianym publicznie tezom o rozkładzie opozycji i bezwzględnej dominacji OZN. Stawały się jeszcze wymowniejsze po porównaniu z dotychczasowym, korzystniejszym dla sanacji stanem posiadania. Jednak w warunkach drugiej połowy lat 30. nawet zdobycie przez komitety opozycyjne bezwzględnej większości mandatów, nie musiało wiązać się z uzyskaniem realnej kontroli nad magistratem. Wybór prezydenta dokonany przez radnych danego miasta zatwierdzało bowiem - bądź nie - Ministerstwo Spraw Wewnętrznych. Z tego instrumentu władza centralna nie wahała się korzystać.

Za jego sprawą zignorowano choćby wolę poznańskich radnych SN, którzy na prezydenta wybrali Stanisława Celichowskiego, zasłużonego działacza wielkopolskiej endecji. Z kolei w Krakowie zablokowano prezydencką nominację Mikołaja Kwaśniewskiego, przywódcy lokalnych struktur SD, wybranego przez PPS i ugrupowania żydowskie. W obu miastach de facto utrzymano zarząd komisaryczny. Podobnie jak w Warszawie, choć tu sytuacja była nieco inna - socjalista Tomasz Arciszewski, późniejszy premier rządu na uchodźstwie, uzyskał wprawdzie większą od Stefana Starzyńskiego liczbę głosów, niemniej, ze względu na wstrzymanie się radnych-narodowców, nie osiągnął wymaganej bezwzględnej większości.

W tym kontekście znaczącą zdobyczą lewicy wspieranej przez mniejszość żydowską było utrzymanie władzy i foteli prezydenckich w dwóch ważnych ośrodkach przemysłowych: Łodzi i Radomiu. Poza poparciem socjaliści dysponowali w nich jednak argumentem, który przemawiał do rządzących wyraźniej niż dywagacje o demokracji - potencjałem strajkowym.

Ostatnie przed wybuchem wojny wybory, choć wygrane przez OZN, wykazały, że opozycja dysponuje w społeczeństwie nie tylko realnymi, ale i rosnącymi wpływami. Mimo to obóz sanacyjny nie zamierzał dopuszczać politycznych przeciwników do współodpowiedzialności za kierowanie państwem i konsekwentnie odrzucał propozycje współpracy. Jeszcze w kwietniu 1939 r. prezydent Ignacy Mościcki przyjął delegację PPS, która złożyła na jego ręce memoriał, oficjalnie poparty także przez pozostałe partie opozycyjne - ludowców, narodowców, demokratów i chadeków. Wzywano do zawieszenia bieżących sporów i wyłonienia, podobnie jak w roku 1920, koalicyjnego Rządu Obrony Narodowej. Bezskutecznie.  

Wkrótce role miały się odwrócić. Niestety, w tragicznych okolicznościach. Po klęsce z września 1939 r. i eksplozji nastrojów antysanacyjnych, to ugrupowania dotychczasowej opozycji przystąpiły do budowy cywilnych struktur podziemnego państwa. Potępienie i odrzucenie przedwojennego obozu władzy stało się jednym z ideowych spoiw konspiracyjnej reprezentacji politycznej okupowanej Polski.