Narodowe Archiwum Cyfrowe
Karolina Olejak 05:00 03.07.21

Oswoić śmierć. Jak żegnano bliskich?

D

D zieci przy trumnie, zdjęcie z nieboszczykiem i trzydniowe czuwanie w domu. Dawniej śmierć towarzyszyła ludziom od najmłodszych lat. Ze strachem przed nią radzono sobie zwyczajami, które miały zabrać ją z gospodarstwa. Dziś odtwarzamy ten mechanizm, kupując zabranie śmierci z dala od naszych domów przez zakład pogrzebowy. Cel pozostaje jednak ten sam – odsunięcie konieczności myślenia o przemijaniu.

Reklama

Kontakt ze śmiercią został dziś ograniczony do minimum. Z przyczyn naturalnych umieramy na szpitalnych łóżkach lub w domach opieki. Nawet jeśli koniec życia zdarzy się w domu, to zakład pogrzebowy natychmiast zabiera ciało do kostnicy. Tak, by najbliżsi mogli w spokoju opłakać osobę, która odeszła. Nie konfrontując się ze strachem przed odchodzeniem.

Dziś właściwie nie zdarza się, żeby rodziny chciały uczestniczyć w przygotowaniach zmarłego do ostatniej drogi. Przeważnie życzą sobie, żeby ciało zostało zabrane z domu możliwie szybko. To do nas należy zaopiekowanie się zmarłym i przygotowanie do ostatniej drogi. Staramy się zrobić wszystko, co w naszej mocy, żeby rodzina nie musiała się w to angażować - wyjaśnia właściciel zakładu pogrzebowego Amabilis, Krystian Pieniak.

Reklama

Najnowsze wydanie Tygodnika co sobotę na Twojej skrzynce. Zapisz się do newslettera >>

Zabranie ciała z domu ma oczywiście przede wszystkim funkcję praktyczną. Jest jednak w tym również mechanizm psychologiczny. Śmierć ma nie być obecna obok nas. Tak byśmy nie mieli z nią bliskiej styczności. Nie chcemy dotykać jej i widzieć. Wolimy trzymać się od niej z daleka. W najgłębszym wymiarze ten mechanizm łączy nas z naszymi przodkami, którzy, mimo że obcowali z ciałem zmarłego znacznie częściej i intensywniej, również bronili się przed tym, by śmierć została w ich domach.

W naszej, polskiej kulturze istniało wiele przesądów związanych ze śmiercią i pogrzebem. Powstały po to, by "nie wpuszczać" śmierci za próg gospodarstwa, uchronić przed nią bliskich i odwlec moment jej powrotu do rodziny.

Oczywiście tradycje związane z celebracją śmierci i pogrzebu różnią się w zależności od regionu kraju. Istnieją jednak i takie, które występowały niemal we wszystkich jego zakątkach. To egzotyczna mieszanka religijnych obrzędów i ludowych wierzeń.    

Gromnica rozjaśni drogę

Dawniej, gdy śmierć występowała z naturalnych przyczyn, najczęściej przychodziła w domu. To tu zaczynał się obrzęd ostatniego pożegnania.

Gdy pojawiły się pierwsze oznaki jej nadejścia, do umierającego wzywano księdza, który udzielał sakramentów: spowiadał, udzielał ostatniej komunii, namaszczał olejami świętymi.

Powiadamiano również rodzinę, która częściej niż dziś mieszkała w pobliżu i mogła dotrzeć na ostatnie pożegnanie. Poza nią do domu przychodzili również sąsiedzi. Wspólnie modlili się w intencji odchodzącego.

Istotne było, by osoby, które uczestniczą w tym wydarzeniu, nie dotykały umierającego i nie płakały w jego obecności. Wierzono, że w ten sposób siłą zatrzymuje się go przy życiu doczesnym i nie pozwala odejść bez trosk.

Do ręki konającego wkładano gromnice, czyli świecę która miała oświetlać drogę duszy do nieba. Świeca następnie towarzyszyła rodzinie podczas modlitwy przy trumnie. Na ostatnim etapie układano ją przy innych zapalonych przy grobie lampkach, by dogasła wraz z nimi.

Dla panienki kwiatek

Elementem, który do dziś obecny jest w tradycjach wszystkich, polskich regionów jest zwyczaj, że zmarłemu należy zamknąć oczy.

Dziś przede wszystkim myślimy o względach praktycznych. Oczy człowieka po śmierci często wysychają i przewracają się tak, że widoczna jest tylko gałka oczna. Widok ten nie należy do przyjemnych. Zamknięcie oczu, przywołuje skojarzenie ze snem, który przynosi spokój i ukojenie.

Dawniej zamykanie oczu miało jeszcze jedną ważną przyczynę. Jeśli rodzinie nie udawało się ich całkowicie zamknąć, to na powiekach układano monety, które miały zasłonić oczy przed ciekawskim spojrzeniem innych. Ludowy przesąd głosił również, że osoba, która spojrzy w oczy nieboszczyka, szybko podzieli jego los.


Monety musiały trafić do trumny, razem z innymi przedmiotami, które dotykały ciała nieboszczyka. Pozostawienie ich w domu, oznaczało, że śmierć nie opuści gospodarstwa.

Podobnie było z innymi przedmiotami przyniesionymi dla zmarłego. Jeśli z wiązanki kwiatów oderwał się jeden z nich należało zabrać go na cmentarz.

Śpiewem odprowadzą do grobu

Ostatniemu pożegnaniu towarzyszyły również śpiewaczki, w niektórych częściach kraju nazywane płaczkami. Ich zadaniem było odprowadzić duszę modlitwą i śpiewem. Pieśni pogrzebowe były nie tylko elementem religijnego kultu, ale również niepowtarzalnym, lokalnym zbiorem wytworzonych przez wspólnotę utworów. W niektórych wsiach ta rola przechodziła z pokolenia na pokolenie. W momencie śmierci śpiewaczki były wzywane, a za ich pracę przysługiwała zapłata.

Ciało do pogrzebu przygotowywała najbliższa rodzina, najczęściej dzieci zmarłego. W zależności od płci nieboszczyka obowiązek ten przypadał córce lub synowi. To oni myli i ubierali ciało. Dawniej kobiety, które za życia były mężatkami, chowano z chustką na głowie. Panny zdarzało się ubierać w jasne suknie z welonem lub kwiatami we włosach. Kawalerom, w zależności od regionu dodawano białą chusteczkę lub kwiatek przypięty do marynarki albo koszuli. W niektórych regionach wierzono, że zmarłego nie można ubierać w stroje, które miałby w swoich elementach węzełek. To mogłoby utrudnić, wydostanie się duszy z ciała.

Zdjęcie z nieboszczykiem

Do wspólnej fotografii zapraszano członków rodziny w tym dzieci. Do dziś w wielu, rodzinnych albumach znaleźć możemy zdjęcia z otwartą trumną. Tak ten zwyczaj wspomina Henryk, osiemdziesięcioletni mieszkaniec wsi Giby:

Do ostatniego okruszka

Dziś stypa to zwykle spotkanie najbliższej rodziny i przyjaciół. Coraz częściej organizowane w restauracji. Niejednokrotnie to jedna z niewielu okazji do spotkania najbliższych, którzy na co dzień mieszkają w odległych od siebie miejscach.

To kontynuacja tradycji, którą były kiedyś poczęstunki organizowane w domu zmarłego. Posiłek przygotowywała nie tylko najbliższa rodzina, ale często również sąsiedzi. Ciało w domu na pochówek oczekiwało zwykle trzy dni. W tym czasie rodzina spożywała posiłki w pomieszczeniu sąsiadującym z trumną.

Według ludowych wierzeń, po zakończonej stypie nie wolno było zabrać nakryć ze stołu. Pozostałości miały być ostatnim posiłkiem zmarłego, który dawał mu siłę do przebycia długiej drogi do innego świata. 

Trzy stuknięcia o próg

Podczas wyprowadzenia trumny z domu wszystkie drzwi, również te od pomieszczeń gospodarczych, były otwarte. W niektórych regionach ważne było również przewrócenie mebli, na których stała wcześniej trumna, dzięki temu przedmioty nieprędko miały być wykorzystywane ponownie w tym celu. Ciało powinno być wyprowadzane nogami zmarłego do przodu, a ścianami trumny należało trzykrotnie uderzyć o próg.

Tradycją, która do dziś obowiązuje w niektórych polskich wsiach, są zatrzymania przy kapliczkach na rozstaju dróg.

- Dzięki zatrzymaniu przy kapliczce na rozstaju dróg cała wieś żegna się ze zmarłym. To ostatni znak pogodzenia z lokalną społecznością i symboliczne wybaczenie wszystkich szkód, które nawzajem sobie wyrządzili podczas życia - wyjaśnia Małgorzata, właścicielka agroturystyki pod Hajnówką. 

Śmierć to jedno z najtrudniejszych doświadczeń, z którymi każda społeczność radzi sobie inaczej. Mimo że pozornie w zwyczajach pogrzebowych zmieniło się niemal wszystko, to klucz do zrozumienia naszego działania ostatecznie pozostaje ten sam. To, co łączy większość społeczności, niezależnie od czasu ich funkcjonowania, to potrzeba oddzielenia "żywych od martwych" i znalezienie własnych sposobów na odpędzenie myśli o jej nieuniknionym charakterze.