Reklama

Dzieli je niemal wszystko, łączy - talent aktorski. Pięćdziesięciotrzyletnia Australijka, Cate Blanchett i sześćdziesięcioletnia Malezyjka, Michelle Yeoh walczą o Oscara dla najlepszej aktorki w głównej roli, od początku nie dając szans pozostałym rywalkom. Pierwsza nominowana za rolę narcystycznej dyrygentki w dramacie "Tar" Todda Fielda, druga za kreację umęczonej imigrantki w komedii science-fiction Dana Kwana i Daniela Scheinerta "Wszystko, wszędzie naraz".

Kolejne, prestiżowe nagrody tegorocznego sezonu przedoscarowego sprawiają, że szala zwycięstwa przechyla się to w jedną, to w drugą stronę. I tak kiedy Blanchett odbierała Złoty Glob za najlepszą rolę żeńską w filmie dramatycznym, Yeoh uhonorowano za kreację numer jeden w filmie komediowym. Gdy Australijka tryumfowała zgarniając Critics' Choice 2023, (Nagrodę Dziennikarzy Amerykańskich), a później BAFTA - brytyjskie Oscary, Michelle Yeoh została zwyciężczynią nagród SAG (Amerykańskiej Gildii Aktorów Filmowych), wynosząc z niej w dodatku aż dwie statuetki - jedną dla najlepszej aktorki w głównej roli, drugą dla zespołu filmowego. Co warto podkreślić - laureaci nagród SAG od lat pokrywają się najczęściej, (choć nie zawsze), ze zdobywcami Oscarów w aktorskich kategoriach.

Reklama

Jak widać, więc aktorki idą "łeb w łeb", do tego stopnia równoważąc kolejne osiągnięcia, iż wskazanie zwyciężczyni na tydzień przed oscarową galą wydaje się wręcz niemożliwe. Widać to doskonale po typach krytyków i zakładach bukmacherskich, które rozkładają się fifty-fifty.

To może być wygrana "o włos", bo tak wyrównanej rywalizacji wśród aktorek nominowanych za główną rolę, nie było już od dawna.

Lydia Tár, czyli gigantka Blanchett

Ma na koncie dwa Oscary i osiem nominacji do złotych statuetek, cztery Złote Globy i nagrody BAFTA. Za rolę w filmie "Tár" Todda Fielda, która dała jej kolejną oscarową nominację, Cate Blanchett najpierw zdobyła Puchar Volpiego na weneckim festiwalu. Jeśli pokona Michelle Yeoh i zdobędzie trzeciego Oscara, będzie piątą aktorką w historii, której udała się ta sztuka. Pozostałe to: Katharine Hepburn, która jako jedyna na świecie zdobyła aż cztery, oraz Ingrid Bergman, Meryl Streep i Frances McDormand.

Jest prawdziwą gigantką aktorstwa - dla wielu (jest wśród nich Meryl Streep),  największą z żyjących aktorek. Todd Field mówi, że jej zdolności są "niemal nadprzyrodzone".

- Nie wiem, skąd bierze się ten nieokreślony dar, ale aktorzy, którzy go mają, nie zdarzają się często - mówi Field. Scenariusz filmu "Tár" napisał specjalnie dla niej i twierdzi, że by nie powstał, gdyby nie przyjęła roli.

Bohaterkę filmu Lydię Tár, światowej sławy dyrygentkę i kompozytorkę, poznajemy u szczytu błyskotliwej kariery. Jest pierwszą kobietą dyrygującą orkiestrą Filharmoników Berlińskich i jedną z nielicznych na świecie zdobywczyń EGOT, czyli czterech najważniejszych amerykańskich nagród przemysłu rozrywkowego: Emmy, Grammy, Oscara i Tony. Wraz z wpływowym biznesmenem prowadzi też fundację wspierającą młode, utalentowane muzycznie kobiety.

Dość szybko orientujemy się, że Lydia - skupiona na sobie i chorobliwie narcystyczna, żeruje na ludziach, którzy od niej zależą. W stosunku do swoich studentów bywa agresywna i protekcjonalna. Wkrótce odkrywamy, że fundacja, którą kieruje Tár,  jest przykrywką dla intymnych kontaktów dyrygentki - lesbijki z młodymi kobietami, którym obiecuje pomoc w karierze. Robi to, mimo że jest w stałym związku.

Field wynosi swoją bohaterkę na sam szczyt, byśmy mogli śledzić jej spektakularny upadek. Stawia na drodze Lydii znaki, podsyca nastrój strachu. Gdy na jaw wychodzi tragedia, do której prawdopodobnie doszło na skutek nadużyć Tár, dramat psychologiczny zmienia się w thriller.

Field nie ocenia bohaterki ani tych, którzy strącają ją ze szczytu, gdy na jaw wychodzi skandal. Wytyka jednak ciemną stronę tzw. "cancel culture", czyli "kultury unieważniania", bo robią to bez twardych dowodów i prawa do obrony winowajcy. W finale zaczynamy się zastanawiać: czy Tár, aby na pewno jest winowajczynią, czy może także ofiarą?

- Jedną z najciekawszych rzeczy w tym filmie jest to, że nie zachęca do współczucia ani nie oferuje łatwych rozwiązań. Nikt tu nie jest całkowicie dobry i całkowicie niewinny - podkreśla Blanchett.

Pytania, jakie stawia film, nie wybrzmiałyby tak mocno bez jej wielkiej kreacji - dzięki talentowi Blanchett udało się pokazać niejednoznaczność tej postaci. Choć opowieść rozgrywa się w świecie muzyków, aktorka podkreśla, że nie jest to film o muzyce, lecz o korupcyjnej naturze władzy. Ta, jak wiadomo, zdarza się także w artystycznych kręgach.

"Największa aktorka na świecie"

Cate Blanchett z muzyką zetknęła się już jako dziecko. Gdy miała dziewięć lat rozpoczęła naukę gry na pianinie w rodzinnym Melbourne. Bo wypada od razu wyjaśnić, że choć od lat mieszka wraz z mężem i czworgiem dzieci w Anglii, jest rodowitą Australijką.

Jej muzyczne zainteresowania nie przetrwały próby czasu, ale będąc nastolatką - atrakcyjna, wysoka i szczupła - zaczęła pracować jako modelka. Podczas studiów, (ekonomicznych) wyjechała na wakacje do Egiptu, gdzie dostała propozycję zagrania epizodu w filmie. Potrzebowała pieniędzy i ją przyjęła. Po powrocie rzuciła ekonomię i zapisała się do National Institute of Dramatic Art.

Po studiach błyskawicznie zaczęła karierę sceniczną, stając się uznaną aktorką teatralną w Australii. W 1997 roku pojawiła się w wojennym dramacie "Paradise Road" Bruce’a Beresforda u boku Glenn Close i Frances McDormand. Wkrótce hinduski reżyser Shekhar Kapur obsadził ją w filmie "Elizabeth" w roli młodej królowej Elżbiety I - córki Henryka VIII i Anny Boleyn. Rola stała się dla Blanchett przepustką do kariery - dodajmy do jednej z największych kobiecych karier współczesnego kina.

Film o młodości królowej Złotego Wieku, wpisany w formułę kostiumowego thrillera, w którym namiętność mieszała się ze zbrodnią, okazał się sukcesem. Głównie dzięki Blanchett. Drzwi do Hollywood stanęły przed nią otworem. Zdobyła Złoty Glob i nagrodę BAFTA, a także swoją pierwszą nominację do Oscara.

Osiem lat później Kapur nakręcił kontynuację losów Elżbiety I - "Elizabeth. Złoty Wiek", a Cate jako jedyna aktorka w historii, otrzymała kolejną nominację za tę samą rolę. Role Blanchett w obu filmach porównywano z kreacją wielkiej Bette Davis w obrazie z 1955 roku "Królowa dziewica". - To większy komplement, niż gdybym odebrała Oscara - oceniła aktorka.

Był rok 2007 a Blanchett prócz nominacji za rolę Elżbietę I, otrzymała wówczas jeszcze drugą - za genialną interpretację postaci Boba Dylana w "I'm Not There. Gdzie indziej jestem". To wówczas Meryl Streep nazwała ją "największą aktorką na świecie". W peruce niczym stóg siana, czarnych okularach i marynarce, powłócząca nogami, poruszała się jak Dylan, tym samym gestem gryzła opuszki palców i mawiła jego głosem. Odsunęła na dalszy plan tak wytrawnych aktorów jak Christian Bale czy nieżyjący Heath Ledger.

Robi to zresztą zawsze. Nieco wcześniej, bo w 2004 roku, w "Aviatorze" Martina Scorsesego - będącej aktorskim popisem Leonardo DiCaprio opowieści o Howardzie Hughesie - pojawiła się na drugim planie jako Katharine Hepburn. I całkowicie zawłaszczyła ekran. Za rolę odebrała pierwszego Oscara. Drugi trafił w jej ręce w 2013 roku, za kreację w komedii Woody’ego Allena "Blue Jasmine".

Jej Jasmine straciła męża, luksusową willę i pieniądze na dalsze życie. Aby przetrwać trudny czas, jedzie do przyrodniej siostry w San Francisco. Elegantka przyzwyczajona do wystawnego życia, musi zamieszkać w niegustownym mieszkanku z siostrą i jej synami. Nie dość, że jest nie do zniesienia to jeszcze burzy relacje siostry z narzeczonym. Film choć zabawny, jest dojmująco smutny. Opowieść o tym, że najlepszym sposobem na przetrwanie jest wiara w złudzenia, nawet jeśli się nie spełnią, przyniosła jej drugiego Oscara.

W przeciwieństwie do kariery artystycznej Michelle Yeoh najważniejsze filmy i role Cate Blanchett  zna nawet średnio obyty kinoman. Takie tytuły jak "Notatki o skandalu" Richarda Eyre’a, gdzie partnerowała legendzie brytyjskiego kina Judi Dench, "Ciekawy przypadek Benjamina Buttona Davida Finchera, czy wreszcie »Carol« Todda Haynesa znamy wszyscy. Nie ma w swojej karierze ról chybionych - nawet w słabym filmie potrafi zabłysnąć i ocalić swoją postać. Tak było np. w pretensjonalnym do bólu "Song to song" Terrence’a Malicka.

Gdy natomiast dostanie do rąk materiał tego kalibru, jak w filmie "Tár" nie ma sobie równych.

"Naprawdę możesz i potrafisz grać"

Choć ambicją (i realną szansą) Michelle Yeoh jest zdobycie Oscara, już za sprawą samej nominacji przeszła do historii kina, jako pierwsza Azjatka, której udała się ta sztuka. Jest również jedyną aktorką azjatycką ze Złotym Globem.

Początkowo głównym bohaterem filmu "Wszystko, wszędzie, naraz" Dana Kwana i Daniela Scheinerta, (nazywanych w skrócie Danielsem), miał być patriarcha rodziny Wang. Rolę miał zagrać Jackie Chan, który jednak nie mógł wystąpić. Wówczas pojawił się pomysł, by centrum akcji uczynić, postać graną przez Michelle - Evelyn.

- To jest siła Danielsów. Na tym polega geniusz, tych dwóch mężczyzn, którzy  pomyśleli: "Nasza mama jest superbohaterem, każda matka jest bohaterką i powinniśmy to tak napisać" - mówi Yeoh w wywiadzie z portalem Deadline. Przyznaje jednak, że ani reżyserzy, ani aktorzy nie spodziewali się choćby "ułamka" sukcesu, który stał się udziałem filmu. 11 nominacji do Oscara, dwa Złote Globy na koncie, nagroda Gildii Producentów i Gildii Reżyserów, wszystkie  pierwszo i drugoplanowe nagrodzone przez Gildię Aktorów, itd.. Nie ma wątpliwości, że mamy do czynienia z tytułem, którego twórcy 12 marca będą świętować podczas oscarowej gali. Mimo że nie jest to film dla wszystkich i w Europie przeszedł niezauważony. Osobiście mam uczucie kakofonii i wrażenie, że WSZYSTKIEGO w nim za dużo. Ale skoro za oceanem oszaleli na jego punkcie?

Tytuł film celnie opisuje to, co na ekranie. "Wszystko, wszędzie, naraz" to bowiem kino akcji, ale również science fiction, to komedia o dysfunkcyjnej rodzinie, a zarazem parodia każdego z wymienionych gatunków. Duet Danielsów stawia pytanie: “Co by było gdyby?" I próbuje na nie odpowiedzieć. Czy nasze życie byłoby lepsze, gdybyśmy podjęli inne decyzje i poszli inną drogą?

Główna bohaterka, chińska imigrantka, Evelyn (Michelle Yeoh), jest na skraju załamania nerwowego. Wraz z mężem prowadzi w Ameryce pralnię, która ledwo zipie. Poznajemy ją, gdy wszystko wokół niej się wali, dawne marzenia już się nie spełnią, a ona sama żyje najgorszą wersją siebie. Czy tak musiało być?

Eksplorując alternatywne rzeczywistości Danielsi sięgnęli po bliższą z pewnością młodym fanom kina, (mowa o pokoleniu Millenialsów), koncepcję światów równoległych, znaną  przede wszystkim za sprawą uniwersum Marvela. Bohaterka trafia więc do alternatywnych wszechświatów, w których jest wszystkim, czym zawsze chciała być: piosenkarką, szefem kuchni, gwiazdą kina akcji. Wędrówka wiedzie przez kolejne filmowe gatunki, przez cytaty i nawiązania do klasyków. Evelyn ląduje w kinie kung-fu, by zaraz trafić w środek lesbijskiego dramatu, albo dokument rodem z National Geographic. Czkawką odbija się "Kill-Bill", ale także "Indiana Jones". Za to jej porażki w najgorszym z wymiarów, przekuwają się w sukcesy w światach równoległych, a rzekoma nijakość stanowi o jej sile.

Jedno wypada przyznać: Michelle Yeoh bez wątpienia stanowi największy atut tego oryginalnego filmu. I wbrew jej kompleksom, nie tylko wtedy gdy zadaje ciosy.

Pierwsza Azjatka z oscarową nominacją

Jest szczęściarą od urodzenia. Michelle Yeoh przyszła na świat w 1962 r., w Ipoh w Malezji, w zamożnej rodzinie o chińskich korzeniach. Jej rodzicami są prawniczka i polityk malezyjski. Wychowała się w anglojęzycznym domu i nie umiała czytać ani pisać po chińsku. Nauczyła się mówić po kantońsku (jeden z języków chińskich), w latach 80., oczywiście na potrzeby filmu i trochę po mandaryńsku, (język urzędowy w ChRL) gdy grała w obrazie "Przyczajony tygrys, ukryty smok".

Prócz dobrobytu dostała też od losu niezwykłą, królewską urodę. Od czwartego roku życia ćwiczyła balet. W wieku 15 lat przeprowadziła się z rodzicami do Wielkiej Brytanii i zdała do Królewskiej Akademii Tańca w Londynie. Była jedyną Azjatką w grupie.

Na zajęciach z dramatu w ramach studiów, ogarnęło ją przerażenie, gdy poproszono ją o wykonanie kwestii na scenie. "Powtarzanie tekstu napisanego przez kogoś innego było dla mnie koszmarem. Nie wyobrażałam sobie, że mogę zostać aktorką"- mówi portalowi Deadline. Zamierzała zostać zawodową tancerką, ale uniemożliwiła jej to kontuzja kręgosłupa. Wtedy zajęła się choreografią.

W 1983 roku mama zgłosiła ją do konkursu Miss Malezji, fałszując jej podpis w formularzu i siłą wpychając na pokaz. 20-letnia Yeoh wygrała go, a wtedy przyszła propozycja udziału w reklamie telewizyjnej z Jackie Chanem, która zwróciła na nią uwagę firmy produkcyjnej z Hong Kongu - D&B Films. By nie być zmuszoną do wygłaszania "cudzych tekstów", oświadczyła, że chce grać w filmach o sztukach walki, bo mając baletowe zaplecze, potrafi się ich nauczyć. Opanowawszy je faktycznie znacznie lepiej niż większość męskich aktorów, już przy trzecim tytule "Yes, Madam" (1985), dostała główną rolę. Trzeba jednak sporej ilości dobrej woli, by produkowane taśmowo "filmy kopane", nazywać kinem. Sama Yeoh ceni sobie cztery części "Policyjnej opowieści", gdzie zagrała u boku Jackie Chana na jego wyraźną prośbę.

Tak naprawdę jej prawdziwa kariera rozpoczęła się w Hollywood w 1997 roku, gdy Roger Spottiswoode obsadził ją jako współpracowniczkę Jamesa Bonda u boku Pierce'a Brosnana, w filmie "Jutro nie umiera nigdy". Znała filmy z Bondem i od razu oznajmiła, że zrobi każdą sekwencję kaskaderską, o którą poproszą. "Jesteś tu jako aktorka i nie chcę byś robiła akrobacje - odpowiedział reżyser. Pamięta tę rozmowę. Potwierdziła to, w co nie wierzyła: że może i potrafi grać, nie tylko walczyć. Wraz z Bondem ratowała więc świat przed wybuchem wojny między Chinami a Wielką Brytanią, a Brosnan był nią oczarowany.

W 2000 roku reżyser Ang Lee zaprosił ją do udziału w swoim głośnym filmie nakręconym w języku mandaryńskim "Przyczajony tygrys, ukryty smok". Musiała nauczyć się wtedy fonetycznie dialogów, ale oswoiła się z językiem. Lee nazwał swój film "Rozważną i romantyczną" z elementami sztuk walki. Yeoh grała piękną wojowniczkę zakochaną w mistrzu Li Mu Bai. Choreografię do filmu, która walki bohaterów zamieniła w rodzaj płynnego tańca, przygotował Yuen Wo Ping, który pracował nad "Matrixem". Obraz odniósł międzynarodowy sukces i przyniósł Yeoh nominację do nagrody BAFTA.

W 2005 roku zagrała w adaptacji głośnej powieści Arthura Goldena "Wyznania gejszy" w reżyserii Roba Marshalla. Zatrudnił ją Steven Spielberg, który film wyprodukował.  W 2011 pojawiła się w głównej roli filmie Luca Bessona "The Lady", gdzie zagrała birmańską polityk, opozycjonistkę, zdobywczynię pokojowego Nobla, Aung San Suu Kyi. Po tym filmie rząd birmański umieścił ją na czarnej liście i odmówił wjazdu do Birmy. To jedna z  ciekawszych ról Yeoh. Ona sama lubi postać kapitan/cesarzowej Philippy Georgiou, z serialu "Star Trek: Discovery", którego akcja toczy się wokół statku U.S.S. Discovery dziesięć lat przed wydarzeniami oryginalnej serii. 

Żadna z tych ról nie dała jej takiej szansy wykazania się skalą możliwości, jak uczynił to film Danielsów. Zwykle niepokonana i piękna, tu zmęczona życiem, zaniedbana matka i żona, daje aktorski popis, w którym znajomość sztuk walki to ledwie przygrywka do emocjonalnego obnażenia się. Nigdy wcześniej takiej Michelle kino nie widziało i idę o zakład, że teraz dopiero posypią się oferty ról, którymi nie raz jeszcze nas zaskoczy.

Czy wielki sukces filmu "Wszystko, wszędzie, zaraz" jej zdaniem coś zmieni? Uważa, że zwłaszcza cztery aktorskie nominacje, bez względu na ostateczny wynik, mogą sporo zdziałać.

 - Spójrz na "Przyczajonego Tygrysa..." , spójrz na "Parasite" - mówi dziennikarce Deadline’a. -Te filmy są uznawane za świetne, a nikt nie zna nazwiska żądnego z ich aktorów! Dlaczego? To było tak, jakby ludzie patrzyli na kolor twojej skóry, aby określić, czy jesteś wystarczająco biała, aby warto było cię zapamiętać. Mam nadzieję, że nasze nominacje sprawią, że sytuacja azjatyckich aktorów nareszcie się zmieni.

Trzeciej zwyciężczyni nie będzie

Fakt, że Hollywood od kilku lat bije się w piersi za lata zaniedbań i wykluczeń, (zwłaszcza rasowych) i wyraźnie stawia na różnorodność, działa na korzyść Michelle Yeoh. Niewątpliwie "pierwszy Oscar dla aktorki z Azji" brzmi ciekawiej, niż trzeci dla Cate Blanchett, jednej z najczęściej nagradzanych aktorek na świecie. Ale to kryterium trąci polityczną poprawnością, podczas gdy najważniejsze winny być walory artystyczne.

Dziś, tydzień przed oscarową galą przepowiadanie zwycięzcy w kategoriach aktorskich, (zarówno kobiecej jak i męskiej), przypomina jednak wróżenie z fusów. (Choć najczęściej mamy zdecydowanego faworyta). Tym razem jest inaczej, choć jedno już wiemy: na to, by Oscar trafił w ręce którejś z trzech pozostałych, nominowanych pań, nie ma szans.