W historii Polski nie brakuje osób, które nie są szeroko pamiętane, choć na to zasługują. Nie szukały rozgłosu, a jednak odegrały istotną rolę w naszych dziejach. Do tego grona niewątpliwie należy żona prezydenta Stanisława Wojciechowskiego. To Maria zapoczątkowała funkcję pierwszej damy w trudnych czasach, gdy przedstawiciele państwa polskiego dopiero uczyli się politycznej reprezentacji i ceremoniału. Jej postać nie wywołuje skojarzeń i emocji równych chociażby Aleksandrze Piłsudskiej, niewiele osób zdaje sobie sprawę, jak przebiegały losy Marii Wojciechowskiej.
Odważna konspiratorka, skromna i zdystansowana, jednocześnie silna i świadoma patriotycznych wartości. Oddana rodzinie, boleśnie doświadczona. Sięganie do jej biografii to próba przywrócenia pamięci o kobiecie, bez której historia II Rzeczypospolitej byłaby niepełna.
Maria urodziła się 15 grudnia 1869 r., jako córka Antoniego Kiersnowskiego. Była jednym z dwanaściorga dzieci w rodzinie o silnych wartościach patriotycznych. Jej dziadek został zesłany na Syberię za udział w powstaniu listopadowym, z kolei wuja, księdza Stanisława Iszorę rozstrzelano na jednym z głównych wileńskich placów za nawoływanie parafian do udziału w powstaniu styczniowym. Jak pisze Kamil Janicki w książce “Pierwsze damy II Rzeczpospolitej", Marysia przez całe dzieciństwo słuchała opowieści o bohaterskich przodkach i zrywach, które ją ominęły z uwagi na to, że urodziła się dwie czy trzy dekady za późno. Jedno było pewne - kolejna insurekcja nie mogła przejść jej koło nosa.
Dziewczyna od najmłodszych lat czuła silną potrzebę działania dla dobra narodu. Za młodu zdobyła gruntowne wykształcenie, nie tak łatwo dostępne kobietom w zaborze rosyjskim - była absolwentką Maryjskiego Instytutu w Wilnie. Maria Kiersnowska także z uwagi na spory majątek swojego ojca była bardzo dobrą partią na rynku matrymonialnym, ale zakładanie rodziny przez dłuższy czas nie było jej w głowie.
Zamiast myśleć o pieluchach i domowym ognisku, ta świetnie zapowiadająca się młoda szlachcianka - zwerbowana przez korepetytorkę z czasów szkolnych, Marię Paszkowską “Gintrę" - dołączyła do organizacji niepodległościowej. Konkretniej, zaczęła działać w szeregach Polskiej Partii Socjalistycznej.
Była energiczna, dyskretna, stanowcza i - co chyba najważniejsze w tym fachu - potrafiła zachować zimną krew. Kiedy inni wpadali w ręce szpiclów i lądowali w carskich więzieniach, ona umiejętnie umykała uwadze policji. Stopniowo wspinała się po szczeblach podziemnej kariery. Początkowo tylko rozprowadzała “bibułę", czyli nielegalne gazety i odezwy socjalistyczne. Na tym etapie kontaktowała się głównie z samą Marią Paszkowską. Szybko zaczęła współpracować także z lokalną wierchuszką PPS-u - pisze autor “Pierwszych dam II Rzeczpospolitej".
To właśnie na tym etapie Maria Kiersnowska poznała Józefa Piłsudskiego - wtedy jeszcze korespondenta konspiracyjnego. Wiąże się z tym zabawna historia, wspominana przez samą przyszłą pierwszą damę. Gdy kiedyś w Wilnie spotkała Piłsudskiego, powiedział, że nie wie, gdzie przenocuje, bo obawia się, że mieszkania jego znajomych są śledzone. Maria chciała więc się wykazać i zaprosiła go do siebie, na co ten zgodził się, ale uprzedzał, że będzie wyczerpany i głodny. Gruntownie wykształcona Maria Kiersnowska nie umiała jednak poradzić sobie z przygotowaniem posiłku, a zamiast kotleta jej gość musiał jeść rozwodnioną breję.
Mimo tak niefortunnych początków znajomość Piłsudskiego i Marysi trwała. Z czasem zostali przyjaciółmi. To właśnie Piłsudski jest niejako ojcem jej związku z późniejszym prezydentem Polski. Wojciechowski, również działacz partyjny, w pewnym momencie życia poczuł się zmęczony i wypalony, z czego zwierzył się właśnie Piłsudskiemu. Ten uznał, że najlepszym lekarstwem będzie tu miłość. A to właśnie Maria - w jego opinii - mogła stać się bratnią duszą jego przyjaciela. Rzeczywiście, tych dwoje od razu znalazło wspólny język, a Stanisław Wojciechowski obdarzył Marię Kiersnowską zaufaniem nie mniejszym niż swoich najbardziej wypróbowanych przyjaciół.
Związek Marii Kiersnowskiej i Stanisława Wojciechowskiego rozwijał się bardzo szybko. Mimo początkowej niechęci ze strony rodziny Kiersnowskich, zakochanej parze udało się dopiąć swego. Ślub odbył się potajemnie, bez obecności bliskich, z uwagi na to, że pan młody przebywał w kraju nielegalnie i posługiwał się fałszywymi dokumentami. Związek małżeński zawarli w Częstochowie, jedynie przed Bogiem, nie miał on mocy prawnej. Aby wziąć ślub cywilny, Wojciechowscy udali się do Londynu - ceremonia odbyła się 2 grudnia 1899 r.
Chociaż ze stolicą Wielkiej Brytanii młode małżeństwo wiązało większe plany, nie wszystko poszło po ich myśli. Marii nie odpowiadał londyński klimat i zażądała wyprowadzki. Za 3 szylingi tygodniowo Wojciechowski wynajął dwuizbową chatę we wsi Purleigh. I znów komplikacje - Maria oczekiwała, że teraz w końcu będzie mieć dotąd zaangażowanego głównie w działalność konspiracyjną męża dla siebie, ale szybko po przeprowadzce okazało się, że Stanisław musi pilnie wyjechać do Polski. Było to związane z nalotem na drukarnię “Robotnik" i aresztowaniem Piłsudskiego oraz innych działaczy. 20 marca 1900 r. Maria Wojciechowska została więc sama na angielskiej wsi, gdzie nie miała nikogo bliskiego. Była wtedy w zaawansowanej ciąży. Jej mąż wrócił na początku maja, ale od razu oznajmił, że tylko na chwilę - do porodu. Później planował znów wyjechać do Polski, a wszystkim na miejscu miała zająć się Maria. Plan wydawał mu się idealny, ale wszystko legło w gruzach, gdy urodziło się martwe dziecko. Winą za to Wojciechowski obarczał miejscowego lekarza - nie widział żadnej winy w sobie.
Stres, samotność, bieda, strach przed wychowywaniem dziecka bez pomocy męża. To wszystko musiało odcisnąć piętno na zdrowiu Marii. Tymczasem Stanisław myślał głównie o pracy. Już 1 sierpnia zostawił osłabioną żonę i znowu pojechał do kraju. Stan pozbawionej opieki Marysi tylko się pogarszał. W październiku Wojciechowski wrócił do Purleigh, jak sam wspominał, do ciężko chorej żony. Tylko dlaczego zostawił ją samą w tak złej kondycji? I dlaczego wrócił dopiero po dwóch miesiącach? - zastanawia się w swojej książce Kamil Janicki.
Po tych wydarzeniach Stanisław Wojciechowski postanowił jednak zrezygnować z wyjazdów i zaopiekować się żoną. Chociaż małżeństwu było trudno pod względem finansowym, spędzali dużo czasu razem i Maria odzyskiwała siły. Chociaż działacze próbowali ściągnąć Wojciechowskiego do kraju, ten zdecydował się wybrać dobro swojego małżeństwa. Dopiero Piłsudskiemu udało się przekonać go do ponownego zaangażowania w działalność konspiracyjną - Stanisław pojechał do Rosji zbierać składki na partię od jej sympatyków.
Maria straciła cierpliwość wyjątkowo szybko i uznała, że po prostu nie chce tak dalej żyć. Gdy mąż wrócił z głową pełną pomysłów, postanowiła namówić go, by już nigdzie nie wyjeżdżał. On jednak miał inny plan - chciał, aby oboje wrócili do kraju, aby - jak przed ślubem - zająć się działalnością konspiracyjną. Co ciekawe, choć Maria na początku zgodziła się, atmosfera w domu szybko stała się nerwowa. Pod wpływem żony Wojciechowski postanowił całkowicie zrezygnować z działalności konspiracyjnej, co wiadomo z jego listu do Piłsudskiego.
W lipcu 1903 roku Wojciechowscy przywitali na świecie syna, zaczęło także lepiej powodzić im się finansowo i te lata życia Maria wspominała bardzo dobrze. Stanisław tęsknił za swoją działalnością, ale starał się skupiać na rodzinie. Zapowiadało się, że małżeństwo na stałe zostanie w Anglii, tym bardziej że latem 1904 roku Wojciechowska znów była w ciąży. Jak się okazało, uśpione instynkty tylko czekały na wybudzenie.
Gdy w styczniu 1905 r. wybuchła rewolucja w Imperium Rosyjskim, fala niezadowolenia dotarła także nad Wisłę. Stanisław nie mógł oprzeć się wrażeniu, że na taką okazję czekał całe życie - postanowienie sprzed zaledwie trzech lat o porzuceniu polityki przestało obowiązywać. Cała zima i wiosna 1905 upłynęły mu na kupowaniu broni i przemycaniu jej do kraju. 27 kwietnia na świat przyszła córka Wojciechowskich, Zofia. Mimo tego że poród przebiegał z komplikacjami i żona była w ciężkim stanie, mąż i tak zostawił ją samą i pojawił się w Warszawie. I znów zwrot akcji - okazało się, że nie jest w stanie odbudować swojej pozycji w PPS-ie, postanowił więc wystąpić z partii.
Na początku 1906 r. rodzina Wojciechowskich postanowiła wrócić do kraju, gdzie zaczynali wszystko od nowa. Nie było to proste, zwłaszcza bez wsparcia partyjnych działaczy. Stanisław, nie mogąc znaleźć miejsca zatrudnienia, postanowił stworzyć je sobie sam. Tak powstał tygodnik poświęcony spółdzielczości - “Społem". Przedsięwzięcie to okazało się sukcesem i Wojciechowski stał się cenionym specjalistą w dziedzinie zakładania spółdzielni, jeździł po całym kraju z prelekcjami. Bez przerwy był zajęty, a prowadzenie domu pozostało na głowie Marii. Kobieta pogodziła się z tą sytuacją, rozumiejąc, że mąż w końcu robił coś, w czym był naprawdę dobry.
Wkrótce wybuchła I wojna światowa, podczas której Stanisław zarzucił działalność spółdzielczą, za to zaangażował się w sprawy społeczne. Sporo pieniędzy przekazał Piłsudskiemu, zgodził się nawet zasiąść w rządzie narodowym, który miał powstać po zajęciu przez Legiony południowej części Zaboru Rosyjskiego, ale finalnie do tego nie doszło.
Stanisław - przebywając w Warszawie - włączył się w prace Centralnego Komitetu Obywatelskiego. Maria z kolei trzymała się jak najdalej od frontu i dużego miasta, przebywając w rodzinnych Kupryszkach. Wojna była dla Wojciechowskich nie tylko czasem burzliwym, ale także naznaczonym długimi rozstaniami. Mężczyzna dzięki swojej działalności szybko stał się kluczowym głosem polskiej emigracji na ziemiach rosyjskich. Po rewolucji i upadku caratu powrócił do kraju jako rozpoznawalny i szanowany polityk.
Gdy Polska w 1918 roku odzyskała niepodległość, Stanisław Wojciechowski włączył się w budowanie struktur państwowych, a już rok później objął stanowisko ministra spraw wewnętrznych.
Jak więc - po tak burzliwych losach - Maria Wojciechowska stała się de facto pierwszą polską pierwszą damą? Zadecydował absolutny przypadek. To także opisuje w swojej książce Kamil Janicki.
W pierwszych wyborach (9 grudnia 1922 r.) Wojciechowski nawet nie chciał kandydować, by nie odbierać głosów Gabrielowi Narutowiczowi. Ludowcy i tak go wystawili, ale tylko po to, aby zasygnalizować swoje odrębne stanowisko. Prezydentem został Narutowicz, który po pięciu dniach zginął w zamachu z ręki prawicowego szaleńca. W pośpiechu przystąpiono do drugich wyborów. Odbyły sie 19 grudnia 1922. Zwyciężył Wojciechowski, mimo że na dobrą sprawę nie popierała go nawet własna partia. Był to efekt błędnych kalkulacji ludowców i gry politycznej.
Siłą rzeczy, w tym momencie Maria Wojciechowska stała się pierwszą damą w historii Rzeczypospolitej (prezydent Naruszewicz w chwili obejmowania urzędu był wdowcem). Protokół ani Konstytucja nie przewidywały nawet udziału małżonki prezydenta w uroczystości zaprzysiężenia, a co dopiero mówić o tej roli w ogóle. Na tamten moment nikt nie wiedział, czego właściwie należy oczekiwać od małżonki prezydenta. Cokolwiek więc zrobiłaby Maria, dawało to początek roli polskiej prezydentowej w historii.
Sytuacja z punktu widzenia Marii zdecydowanie była trudna - wystarczy uświadomić sobie, że kobieta, która lubiła robić wszystko samodzielnie, bez pomocy służby, skromna, musiała nagle po przenosinach do Belwederu zarządzać ogromnym kompleksem zatrudniającym do pomocy kilkadziesiąt osób. Dodajmy do tego oczekiwania społeczeństwa, które chciało, aby żona prezydenta robiła to, co przystoi pierwszej obywatelce. Problem polegał na tym, że nikt nie wiedział, co to właściwie znaczy.
Kamil Janicki pisze także o problemie natury prywatnej - Wojciechowska, nie będąc już młodą dziewczyną, ale panią w średnim wieku z nadprogramowymi kilogramami, delikatnie mówiąc, nie przepadała za pokazywaniem się publicznie.
Od blichtru Belwederu bardziej ceniła letni dom prezydencki w spale, gdzie lubiła samodzielnie gospodarować. Szybko zaczęły krążyć pogłoski o obsesyjnej wręcz oszczędności Wojciechowskiej. Kobieta cięła koszty nawet tam, gdzie nie było takiej potrzeby, co nie umykało uwadze plotkarzy.
Wojciechowscy generalnie nie mieli dobrej prasy, ale żeby to zrozumieć, trzeba zwrócić uwagę na to, w jakich czasach przyszło im pełnić rolę pierwszej pary.
W 1923 r. w Polsce szalała hiperinflacja, na ulicach protestowali robotnicy i chłopi. W Krakowie policja otworzyła ogień do demonstrantów, zabijając dwadzieścia osób i raniąc dwieście. Kraj staczał się na dno kryzysu gospodarczego. Winą obarczano głowę państwa. Nikt nie dbał o to, czy zarzuty są słuszne, czy nie. Zdaniem historyka Piotra Wróbla Stanisławowi Wojciechowskiemu urobiono opinię człowieka naiwnego, nieudolnego, biernego, oderwanego od rzeczywistości i wręcz śmiesznego - czytamy w książce “Pierwsze damy II Rzeczpospolitej".
Gdy w 1924 r. sytuacja gospodarcza w kraju zaczęła się poprawiać, Maria Wojciechowska postanowiła działać i stać się nieco bardziej widoczną. Zorganizowała nawet akcję charytatywną “Chleb dla głodnych dzieci". To największa inicjatywa społeczna ówczesnej pierwszej damy. Maria nie miała zbytnio talentu do porywania tłumów, ale cieszyła się wsparciem wpływowych znajomych takich jak m.in. Aleksander Świętochowski, dlatego w ramach akcji charytatywnej udało się zebrać spore środki. Była to jednak wizerunkowa klapa jeżeli chodzi o prezydentową, bo jej nazwisko nie otwierało żadnych drzwi.
Niechęć do Marii Wojciechowskiej wynikała oczywiście przede wszystkim z niechęci do jej męża, ale trzeba przyznać, że i ona nie robiła zbyt wiele, aby poprawić swój wizerunek. Prezydentowa nie zabiegała o względy arystokracji, nie aspirowała do towarzyskich elit. Chociaż zdarzało się jej zorganizować w Belwederze przyjęcia, były one skromne. Para prezydencka nie lubiła organizować balów, bo źle czuła się w galowych strojach, wystawiona na widok publiczny.
Oboje niezbyt dbali także o etykietę. Dla zobrazowania tego tematu, Kamil Janicki w swojej książce opisuje sytuację, która wydarzyła się w lipcu 1923 r., podczas wizyty rumuńskiej pary królewskiej.
Pierwsze problemy pojawiły się już w powozie, którym Maria jechała ze swoją rumuńską imienniczką do Rembertowa na przygotowaną zawczasu defiladę wojskową. Królowa Maria starała się nawiązać kurtuazyjną konwersację. Prezydentowa zdecydowanie jej tego nie ułatwiała: “ - Jaki piekny las! - powiedziała [królowa], gdy powóz przejeżdżał przez las. [Tłumaczka] Przeździecka przetłumaczyła, a prezydentowa stwierdziła: - Las jak las!".
Popularne gazety rzadko pisały o Marii Wojciechowskiej, można nawet powiedzieć, że zdawały się ją ignorować, za to jej skromność znalazła uznanie wśród dziennikarzy prasy katolickiej. Dzięki temu prezydentowa ocieplała wizerunek swojego męża wśród konserwatywnej części społeczeństwa. Jeżeli chodzi o religijność Wojciechowskiej, bywała w kościele, ale niekoniecznie obnosiła się ze swoją wiarą.
Co ciekawe, z czasem zaczął narastać konflikt pary prezydenckiej z Józefem Piłsudskim. Tym samym, który ich wyswatał. Kontakty te pogarszały się właściwie z miesiąca na miesiąc, a najbliższe otoczenie Piłsudskiego starało się zrobić wszystko, by doszczętnie zniszczyć reputację Marii Wojciechowskiej. Konflikt przybierał na sile, a spór o dobór szefa rządu - jak wiadomo - skończył się zamachem stanu. Niewykluczone, że bezpośredni udział w tym miała sama prezydentowa, która pod koniec kwietnia 1926 pokłóciła się na osobności z najbliższym współpracownikiem Józefa Piłsudskiego, pułkownikiem Bolesławem Wieniawą-Długoszowskim. O czym rozmawiali, nie wiadomo, ale źródła historyczne podają, że mężczyzna wyszedł z gabinetu po zaledwie kilku minutach, cały purpurowy ze złości.
Być może to właśnie ta rozmowa była jednym z kamieni poruszających lawinę, a efektem był słynny zamach majowy, w skutek którego Wojciechowski, chcąc zapobiec dalszemu rozlewowi krwi, zrezygnował ze swojego stanowiska. Nigdy już nie wrócił do działalności politycznej.
Po pamiętnym maju 1926 r. życie Marii i Stanisława Wojciechowskich stało się znacznie spokojniejsze. Małżeństwo zamieszkało w nowo wybudowanym domu z tarasem i rozległym ogrodem, otaczając się rodziną i przyjaciółmi. Tak, jak lubili. Chodzili na spektakle i do opery, dużo rozmawiali, chętnie jeździli także na wakacje.
Kamil Janicki przywołuje także wspomnienia synowej Wojciechowskich, według której atmosfera w domu teściów zawsze była serdeczna, a oni sami nierozłączni. Niestety, Marii dokuczały problemy zdrowotne, w tym rozwijająca się zaćma, przez którą w 1939 r. kobieta była już prawie niewidoma.
Bezpośrednio przed wybuchem II wojny światowej - w sierpniu - Stanisław udał się na samotne wczasy. Jego żona, z uwagi na stan zdrowia, została pod opieką służby w Warszawie. Były prezydent zaskoczony przebiegiem wypadków, w ostatniej chwili wrócił do domu. Żona, schorowana i niemalże niewidoma, była zdana tylko na niego. Oblężenie Warszawy trwało do 28 września, co samo w sobie było już dramatyczne, a na rodzinę Wojciechowskich spadł dodatkowy cios - Niemcy aresztowali ich syna Edmunda. Mężczyzna został jednak wkrótce uwolniony dzięki wstawiennictwu senatora Jerzego Potockiego, dawnego adiutanta Piłsudskiego. Mimo tych wydarzeń Edmund Wojciechowski nie uległ namowom rodziny i nie opuścił Warszawy. Chciał dalej pracować i zdawał się nie wierzyć w to, że okupacja będzie tak krwawa i brutalna.
Maria i Stanisław starali się zachowywać pozory normalności, na tyle, na ile to było możliwe. W trudnych czasach na pierwszym planie stawiali swoje małżeństwo i rodzinę. Niestety, wkrótce Edmund Wojciechowski został ponownie aresztowany, gdy wraz z grupą prawników sprzeciwił się usunięciu z palestry kolegów pochodzenia żydowskiego. Niemcy zaproponowali zwolnienie, ale pod warunkiem, że Stanisław Wojciechowski podpisze oświadczenie podważające legalność polskiego rządu na emigracji. Na to były prezydent nie mógł się zgodzić. W efekcie Edmund trafił do Auschwitz, gdzie zmarł w lutym 1941 r. Ta osobista tragedia położyła się cieniem na życiu Wojciechowskich, którzy jednak w swoim cierpieniu starali się skupić na pomaganiu innym ludziom, na przykład wspierali swoją córkę dającą schronienie młodej Żydówce.
Dalsze losy byłej pary prezydenckiej były nie mniej dramatyczne. Powstanie warszawskie, pożar ich domu, pobyt w obozie w Pruszkowie, wreszcie koniec wojny i próba ułożenia życia na nowo, tak jak w przypadku innych Polaków. Ich ostatnim wspólnym lokum był dom w Gołąbkach, gdzie mieszkali z córką i zięciem. Tak wspominał ten czas ich wnuk, profesor Maciej Grabski:
To było bardzo związane ze sobą małżeństwo. Dziadek działał jak działał, ale ona stała przez całe życie u jego boku i go wspierała. Teraz, jak dziadek się nią opiekował, to było widać, że... >>to<< jest.
Pod koniec życia Stanisław troskliwie opiekował się Marią, sam załatwiając dla niej wszelkie sprawunki. Zmarł 9 kwietnia 1953 r., żona przeżyła go o sześć lat.
Choć dzisiaj Maria Wojciechowska jest rzadko wspominana, śmiało można stwierdzić, że to bohaterka zasługująca na pamięć. Jej życiorys to opowieść o niezwykle silnej kobiecie, która przez całe życie wykonywała ważną pracę, dla wielu niewidoczną.
Pewna swoich wartości konspiratorka stała się pionierką w roli pierwszej damy, choć wcale o tym nie marzyła. Krytyka, samotność, trudne do spełnienia oczekiwania i rodzinne tragedie naznaczyły jej los. Maria zawsze stała krok za mężem, ale nigdy w jego cieniu. Jednocześnie zwyczajna i niezwyczajna, dzielnie niosła na swoich barkach ciężar wielkiej historii, ale też codzienności. Pomimo przeciwności losu, pozostawała wierna sobie.