Reklama

Mitrowica to średniej wielkości miasto na północy Kosowa. Rozwinął się tam przemysł tytoniowy i drzewny. Trudno jednak napisać, aby była to strategicznie ważna osada. Ot, miasto jakich wiele. Z jedną różnicą. Jest bowiem jednocześnie zamieszkane przez Serbów i Albańczyków. Dwie szczerze nienawidzące się nacje. 

W publikacji "Polski Kontyngent Wojskowy KFOR w Kosowie - historia oraz stan obecny" profesor doktor habilitowany inżynier Marian Kopczewski, oraz komandor podporucznik Rosław Jeżewski tak zarysowali istotę konfliktu kosowskiego:

Reklama

"Główną przyczyną napięcia w północnym Kosowie są sprzeczne interesy strategiczne władz w Belgradzie i Prisztinie. Główny punkt sporny to status 40-tysięcznej serbskiej mniejszości, zamieszkującej głównie północ Kosowa. Sytuacja jest tam w dalszym ciągu napięta, pomimo eksponowania obecności militarnej KFOR, oraz prób zapewnienia swobody przemieszczania się przez instytucje międzynarodowe, w tym EULEX".

W marcu 1999 roku kraje NATO podjęły decyzję o rozpoczęciu misji stabilizacyjnej w Kosowie. Wtedy też w ten region zostali wysłani pierwsi polscy żołnierze. Wśród nich znalazł się mój rozmówca, Kuba, który nie chce ujawniać swojego nazwiska.

- Tak się złożyło, że nie zdałem matury, więc zgłosiłem się do WKU w Warszawie. Na wejściu dostałem kategorię A, ale wysłali mnie do psychologa, gdy powiedziałem, że chcę wstąpić do desantu. Pomyśleli, że jestem wariatem, a ja po prostu zamierzałem pójść w ślady ojca. Zdałem jednak test psychologiczny i tak oto byłem w wojsku. Któregoś dnia przyszedł do mnie kolega i powiedział, że kadra szuka chętnych do wyjazdu na misję zagraniczną. Wielu chłopaków nie chciało jechać, a ja wręcz o tym marzyłem. I tak w siódmym miesiącu swojej służby trafiłem do Kosowa - zaczyna opowieść Kuba.

Szklanka na klamce, a w szklance granat

Kosowo zostało podzielone na cztery sektory. Za każdy z nich odpowiadały inne jednostki sojuszniczych wojsk. Kuba trafił do bazy w Kacaniku.

- Pierwsza nasza misja polegała na przejęciu bazy po Amerykanach. Dostosowaliśmy ją do swoich potrzeb, a następnie zaczęliśmy wypełniać zadania mandatowe, czyli po prostu jeździliśmy na patrole. Rozbrajaliśmy ludność cywilną, przeszukiwaliśmy ich domy i ogródki w poszukiwaniu broni. Poza tym konwojowaliśmy Serbów - tłumaczy mój rozmówca.

W końcówce lat 90. w Kosowie niemal w każdym domu była broń. W zdecydowanej większości przypadków nie chodziło o małe pistolety. Serbowie i Albańczycy - przyzwyczajeni do ciągłych starć - mieli w piwnicach i na strychach prawdziwe zbrojownie.

Polscy wojskowi chodzili od domu do domu i, najpierw pokojowo, próbowali rozbrajać miejscowych. Jeśli negocjacje nie przynosiły zamierzonego efektu, nasz kontyngent przechodził do działań siłowych.

- Czekały na nas różne niespodzianki. Miejscowa ludność na klamkach swoich drzwi zostawiała szklanki, a w nich granaty bez zawleczki. Gdy pociągało się za klamkę, szklanka spadała, tłukła się, a granat wybuchał. I koniec, kaplica. Dlatego jeśli mieszkańcy sami nie otwierali nam drzwi, wchodziliśmy przez okna. Byle nie dotykać klamek - mówi Kuba.

Kto utopił chłopców?

Siły NATO stacjonują w Kosowie do dziś. Liczebność żołnierzy jest znacznie zmniejszona w porównaniu do 1999 roku, ale nadal nietrudno natknąć się na patrole wojskowe przemierzające kraj. W Mitrowicy, do której się wybrałem, międzynarodowe formacje pełnią natomiast wartę przez 24 godziny na dobę.

Centralnym punktem miasta jest most na rzece Ibar. To on oddziela dwie zwaśnione części - serbską i albańską. Tam też ustawione są blokady i kilka wojskowych pojazdów. Przy autach stoją żołnierze. Podczas mojego pobytu byli to Włosi i Rumuni.

- Nigdy nie byłem po drugiej stronie mostu. Urodziłem się tutaj i tutaj też umrę - mówi mi Besnik, recepcjonista z hotelu, w którym zostałem na noc. Raczej nikt z Albańczyków nie zapuszcza się na stronę serbską. Nie jest to bezpieczne. Ty jednak, jako obcokrajowiec, możesz iść, nic ci się nie stanie - słyszę od swojego gospodarza.

Zaufałem mu. Wyszedłem z będącego po albańskiej stronie hotelu i skierowałem się na most. Otwarty jest on wyłącznie dla ruchu pieszego i rowerowego, samochody tędy nie przejadą. Przeszedłem obok trzymających w dłoniach karabiny żołnierzy i po kilku minutach byłem już u Serbów. Krajobraz szybko się zmienił.

Po stronie albańskiej tu i ówdzie widać amerykańskie flagi. Są też murale z napisem "Peace", nieźle wyglądające restauracje, jeden główny deptak. U Serbów miasto przypomina natomiast głęboką Rosję. Obdrapane, brzydkie budynki. Samochody z wybitymi szybami. Krwawe, pełne nienawiści napisy na murach. A także malowane sprayem litery "Z" - symbole rosyjskiej agresji na Ukrainę. Zresztą, portrety Władimira Putina również można tam znaleźć.

Po długim spacerze wracam w kierunku mostu. Zatrzymuję się tuż przed nim i sięgam po telefon. Raz jeszcze wczytuję się w historię miasta, kierując swoją uwagę na rok 2004. Wówczas bowiem Albańczycy znaleźli dwóch martwych chłopców, których ciała na brzeg wyrzuciła rzeka. Skupiony wpatruję się w wodę, próbując przenieść się do tamtych wydarzeń.

Natychmiast po odkryciu tragedii pojawia się plotka. Plotka zatacza coraz szerszy krąg. Szybko przestaje być plotką, a zaczyna - prawdą objawioną. Ludzie nie kontestują, wierzą w to, co niesie wieść gminna. To wina Serbów. To oni utopili chłopców. Czas wymierzyć sprawiedliwość. Wybuchają zamieszki.

Ginie co najmniej 28 Serbów, choć niewykluczone, że rzeczywista liczba ofiar była wyższa. Ponad dwa tysiące z nich zostaje przepędzonych. Ponadto płonie 35 cerkwi w Mitrowicy i poza nią. Panuje chaos.

Sytuację udaje się względnie opanować po trzech dniach. Rusza śledztwo. Do dziś nie udało się potwierdzić ponad wszelką wątpliwość, że to Serbowie utopili albańskich chłopców.

Serbski nacjonalizm i albańska gangsterka

- Kiedy pojechałem do Kosowa, myślałem, że Serbowie są tacy jak my, Polacy. Bałem się natomiast przede wszystkim albańskich muzułmanów. Po czasie zrewidowałem jednak swój pogląd, zrozumiałem, że obie strony mają sporo za uszami. Serbowie wprowadzali nacjonalizm, a Albańczycy - gangsterkę. Tych dwóch światów nie dało się pogodzić, to musiało wybuchnąć - dzieli się swoją perspektywą Kuba.

Były żołnierz, wraz z kolegami, doświadczył bezwzględności obu stron. Kiedy pytam go o najbardziej niebezpieczne chwile jego pięciomiesięcznej służby, wskazuje je bez zawahania.

- Eskortowaliśmy kiedyś Serbów do Vranje, mieliśmy pod opieką trzy autokary. Nagle znaleźliśmy się pod ostrzałem. Jak się okazało - przejeżdżaliśmy przez teren kontrolowany przez albańską mafię. To właśnie gangsterzy otworzyli do nas ogień, pokazując, że na ich ziemi nikt nie jest bezpieczny. Jeśli natomiast chodzi o Serbów, to zagrozili nam kiedyś podpaleniem bazy. Przez trzy dni mieszkaliśmy w autach, nie było możliwości wrócić na posterunek. Żywiliśmy się zapasowymi racjami, a kąpaliśmy w górskim potoku. Do dziś pamiętam, jak cholernie zimna była ta woda - wspomina Kuba. 

Mój rozmówca natychmiast podkreśla jednak, że bardzo często spotykał się z pozytywnymi reakcjami i odruchami lokalsów. I to zarówno Serbów, jak i Albańczyków.

- Pewnego razu dałem wybiedzonej i głodnej serbskiej kobiecie parę puszek konserwy wojskowej. Po kilku minutach wróciła i wręczyła mi złoty łańcuszek. Powiedziałem jej, że za darmo na pewno go nie przyjmę. Dostała ode mnie kilka dolarów. Była przeszczęśliwa, dziękowała mi niesamowicie wylewnie. Innym razem podszedł do mnie Albańczyk i poinformował, że jego brat mieszka w Niemczech i ma żonę Polkę. W związku z tym zaprosił mnie do swojego domu. Byłem pełen obaw, ale poszedłem z nim. Usiedliśmy u niego w kuchni, podano macę i sok. Nowo poznany kolega, rozumiejąc, że mogę czuć się nieswojo, odłamał sobie kawałek mojej macy i zjadł. Chciał w ten sposób pokazać, że to nie trucizna. Miło spędziliśmy czas, rozmawialiśmy o życiu i wszystkim, co przyszło nam do głowy - przywołuje wspomnienia Kuba.

Polscy żołnierze zostaną w Kosowie

Polscy żołnierze nadal stacjonują w Kosowie. 22 grudnia 2025 roku Prezydent RP podpisał postanowienie, na mocy którego Polski Kontyngent Wojskowy pozostanie tam do 30 czerwca 2026 roku. Zanim upłynie ten termin, najpewniej postanowienie będzie przedłużone.

Zgodnie z obecnymi zapisami, kontyngent może liczyć do 300 żołnierzy i pracowników.  Wojskowi wciąż wykonują zadania mandatowe, polegające przede wszystkim na patrolach i zapobieganiu eskalacji. Choć dziś sytuacja w Kosowie jest nieporównywalnie lepsza niż w czasach Kuby, jego następcy muszą mieć się na baczności.

- Serbowie byli podstępni. Sprzątałem kiedyś podwórko przed naszą bazą. Zamiatałem i nagle natknąłem się na papierek po polskiej czekoladzie. Podniosłem go i okazało się, że w środku był zawinięty granat. Łyżka trzymała się na gumce recepturce. Gdybym chwycił mocniej, zginąłbym na miejscu. Serbowie wykorzystywali dzieci, które od czasu do czasu przychodziły do nas do bazy. Zawsze dostawały jakieś drobne pieniądze albo właśnie czekoladę. Któregoś razu widocznie Serbowie przechwycili papierek po smakołyku, włożyli do środka przesyłkę i kazali nieświadomym niczego dzieciom podrzucić ją do nas - ostrzega mój rozmówca.

Przez blisko 30 lat obecności polskich sił zbrojnych w Kosowie zginęło pięciu naszych żołnierzy. Ostatni z nich - w 2023 roku. 

-Teraz, po czasie, mogę już mówić o tym otwarcie. Na trzeźwo nie dało się przyjąć tego, co tam się działo. Minęło wiele lat, nie będę ukrywał, że jako kierowca wojskowy bardzo często prowadziłem pod wpływem alkoholu. Tylko to pozwalało przetrwać w Kosowie - kończy Kuba.

***

W hołdzie Polskim Żołnierzom, którzy zginęli w Kosowie.

plutonowy Jerzy Abram

starszy chorąży Robert Frąszczak

starszy szeregowy Tomasz Ługowski

podpułkownik Zbigniew Wydrych

sierżant Zbigniew Jadanowski