INTERIA.PL Pixabay
Rafał Sroczyński 05:00 17.04.21

Prawdziwy kod Leonarda da Vinci. Co ukrył geniusz wszech czasów?

H

H istoryczna prawda znacznie przerasta literacką fikcję stworzoną przez Dana Browna w przypadku Leonarda da Vinci, a niezbadane, sekretne kody, namalowane przez mistrza na obrazach naprawdę istnieją - twierdzą badacze. I chociaż może wydawać się to nieprawdopodobne, ale rzeczywistość ukazywana w świetle nowych odkryć i eksperymentów udowadnia, że urodzony 15 kwietnia 1452 roku Włoch był jeszcze większym geniuszem niż kiedykolwiek przypuszczano. Siegmund Freud napisał: "był jak ktoś, kto obudził się zbyt wcześnie w ciemności, podczas gdy inni wciąż spali".

Reklama

Leonardo da Vinci, a tak naprawdę Leonardo di ser Piero da Vinci, czyli Leonardo, syn Piera z Vinci, urodził się w niewielkiej wiosce Anchiano, położonej około trzy kilometry od miasta Vinci w Toskanii. Kamienny dom, w którym na świat przyszedł nieślubny syn notariusza i chłopki Cateriny di Meo Lippi, nadal stoi. To umiejscowiona w malowniczym otoczeniu lokalna atrakcja turystyczna, ulokowana wśród zielonych wzgórz pomiędzy plantacjami uprawianych tu od wieków drzew oliwnych, w której urządzono muzeum poświęcone artyście. Mały Leonardo spędził wczesne dzieciństwo w otoczeniu tego idyllicznego krajobrazu, który nie zmienił się do dziś, a następnie w wieku pięciu lat trafił do Vinci pod opiekę dziadków od strony ojca.

Nie otrzymał formalnego wykształcenia, nauczył się tylko nieco geometrii, arytmetyki i łaciny w szkole rachunkowej. Talent malarski chłopca odkryto przypadkiem, kiedy chłop poprosił Piera, aby ozdobić mu tarczę nieskomplikowanym malowidłem, na postrach wrogom. Leonardo sportretował wówczas na niej smoka lub mityczną Meduzę. Obraz miał być na tyle realistyczny i przerażający, że Piero kupił wieśniakowi inny puklerz, a sam zdecydował się sprzedać przedmiot i pokazać cztery inne szkice Leonarda malarzowi i rzeźbiarzowi Andrei del Verrocchio. 

Reklama

Artysta szybko zorientował się, że chłopiec ma wielki talent i tworzy obrazy na własnych zasadach. Ale czy mógł spodziewać się, że ich tajemnice będą omawiane przez następne stulecia? Co ciekawe - sekrety skrywają nie tylko słynne "Mona Lisa" i "Ostatnia Wieczerza".

Sekrety lustrzanego odbicia

Przez setki lat szkic do obrazu Święta Anna Samotrzecia stanowił dla badaczy dzieł włoskiego malarza prawdziwą zagadkę. Na rysunku są cztery postaci - to mali Jezus i Jan Chrzciciel wraz ze świętą Anną i jej córką, Maryją. Leonardo stworzył ten portret w 1499 roku w wieku 47 lat, będąc doświadczonym artystą światowej sławy.

Tymczasem widoczne są na nim "szkolne błędy" - dziwnie pofałdowana i niedoskonała suknia Maryi oraz wskazująca na niebo dłoń św. Anny, przypominająca kształtem dziecięcy obrazek ze szkoły podstawowej, nad której lewym ramieniem ukazano dziwacznie poszatkowaną skałę.

To niezwykła sytuacja, bo Leonardo był perfekcjonistą i żaden detal na namalowanych przez niego obrazach nie został tam umieszczony przypadkowo. Znawcy sztuki zastanawiali się, czy to mistrz popełnił ów poważny "wypadek przy pracy", czy może dłoń, skały i suknia zostały naszkicowane przez któregoś z uczniów da Vinciego. 

W zapiskach pozostawionych przez malarza dziwi niezwykle częste użycie słowa "lustro" i wyrazów związanych z tym przedmiotem. Na kartach liczącego ponad 7 tys. notatnika, napisanego przy pomocy pisma lustrzanego, autor wielokrotnie podkreśla niezwykle istotną rolę odbicia w sztuce i poświęca wiele rozdziałów zwierciadłu.

W jednym z licznych rozważań o perspektywie, w niezwykle zawiłych słowach tłumaczy, że zastosowanie luster ustawionych naprzeciw sobie pozwala dostrzec "obraz w obrazie", kiedy indziej pyta, "dlaczego obraz w lustrze jest bardziej doskonały niż poza nim?". Argentyński badacz-amator Ugo Conti trzynaście lat temu postanowił sprawdzić, czy podobnie jak w przypadku pisma, przedmiot ten będzie równie przydatny w odniesieniu do obrazów Leonardo.

To, co ukazało się oczom historyka, budzi nieprawdopodobne odczucie, zwłaszcza w przypadku rzekomo nieprawidłowo narysowanego szkicu "Świętej Anny Samotrzeciej", ale sprawa nigdy nie została szerzej omówiona, a niektórzy podejrzewają, że z nieznanych powodów nawet celowo ją wyciszono. Badania Contiego niedawno na nowo odkryli internauci. Okazało się, że omawiany wyżej portret pełen jest ukrytych symboli.

Zastosowane na fragmentach obrazu lustro wyjaśniło m.in. badaną od lat tajemnicę źle narysowanej, wykręconej dłoni św. Anny i poszatkowanych kamieni. Po złączeniu ich z ich odbiciem możemy dostrzec, że skały, dłoń i niebo tworzą razem tajemniczą świątynię z dziedzińcem, na którym stoi świetlisty pomnik, ku któremu zmierza istota niezwykle podobna do ptaka znanego z egipskich hieroglifów, a pod nią skrywa się...sowa.

Także amatorsko naszkicowane suknie i rękawy kobiet nie są "wypadkiem przy pracy". W połączeniu z brzuchem trzymanego na kolanach Jezusa tworzą bowiem piękny, zdobiony kielich mszalny. Ale oba znaleziska są zaledwie przystawką i bledną w obliczu trzeciego.

Złączone ramiona, część głowy i nogi Maryi ukazują bowiem idealną twarz i tułów nieznanej istoty i - ku zaskoczeniu racjonalistów oraz naukowców - nie da się tego wytłumaczyć zjawiskiem tzw. pareidolii (dopatrywania się znanych kształtów w przypadkowych szczegółach - przyp. red), bo hełm i pancerz postaci okraszone zostały symbolami mistycznymi, w tym rysunkiem czegoś co przypomina słynną starotestamentową Arkę Przymierza. Nad tajemniczą twarzą nie sposób nie zauważyć także cienistej sylwetki w blasku światła.

Conti twierdził, że sekretna symbolika szkicu przedstawia sceny i postaci z Księgi Rodzaju, a twarz jest wyobrażeniem Jahwe. Być może badacz ma rację, ale ziarno wątpliwości, co do jego wersji, sieją inne szkice i obrazy, także pełne niezwykłej symboliki.

Tajemnica Jana Chrzciciela

Obraz Jana Chrzciciela pędzla Leonarda można podziwiać w paryskim Luwrze. Da Vinci namalował to dzieło w latach 1513-1516 w Rzymie bez żadnego zlecenia, dla własnej satysfakcji i nie rozstał z nim aż do śmierci, nanosząc różnorakie poprawki do końca życia.

Część badaczy sądzi, że malunek skrywa sekret związany z uczuciem Leonarda do Salaia, ubogiego chłopca, który w wieku 10 lat został zaadoptowany przez mistrza, a później stał się filozofem i uczniem malarza. Niektórzy sądzą, że łączyła ich relacja intymna, ale w rzeczywistości te opinie nie są podparte żadnymi dowodami, bo ani w swoich osobistych notatkach, ani we współczesnych mu biografiach nie ma żadnej wzmianki, która mogłaby na to wskazywać.

Takie twierdzenia po raz pierwszy pojawiły się dopiero w XX wieku, ale zaprzeczają im zgodnie zarówno Siegmund Freud, jak i Elizabeth Abbott, uznana kanadyjska historyczka i autorka "Historii celibatu" związana z ruchem LGBT. Oboje napisali, że Leonardo całe życie spędził w narzuconej sobie wstrzemięźliwości. 

Sam "Jan Chrzciciel" to zaskakująco czarny portret, prawdopodobnie najbardziej zagadkowy i najciemniejszy - oprócz zaginionego Anioła Zwiastowania - w całym dorobku da Vinciego. Na tle mrocznego tła wyraźnie odcina się bardzo jasna postać, która z nieco kpiącym wzrokiem, tajemniczo i zawadiacko uśmiecha się do widza.

"Błąkający się na wargach Jana enigmatyczny uśmiech, tak charakterystyczny dla portretowanych przez artystę postaci, ma w sobie coś prowokującego i frywolnego - coś czego nie dostrzeżemy w zagadkowych uśmiechach Świętej Anny czy Mona Lisy. Uśmiech Jana jest uduchowiony, a zarazem uwodzicielski i zmysłowy" - napisał Walter Isaacson, autor biografii Leonarda.

Święty Jan w jednej dłoni trzyma krzyż, a drugą wskazuje na niebo, zupełnie "jakby występował w roli świadka Prawdziwej Światłości, której jest posłańcem" - stwierdza pisarz i dodaje, że dzięki temu prorok "wypełnia przypisaną mu w Biblii rolę tego, co przyszedł na świadectwo, aby zaświadczyć o światłości".

- Jan Chrzciciel wskazuje na inny świat. Przekazuje, że stamtąd pochodzi boska mądrość, to źródło wszystkiego. On mówi nam: widziałem światło, które przybędzie na Ziemię - wyjaśnia profesor Michael W. Kwakkelstein z wydziału historii sztuki na Uniwersytecie Utrechckim.

Pod wpływem odkryć Contiego badacze zdecydowali się sprawdzić, czy dzieło może skrywać podobnie ukryte obrazy, jak "Święta Anna Samotrzecia". Początkowo na portrecie w lustrzanym odbiciu nie pokazało się nic. Wówczas dokonano rozjaśnienia. Nie jest jasnym, czy to co się tam pokazało to złudzenie optyczne lub pareidolia, ale odkrycie budzi co najmniej niezwykłe odczucia. Widnieje tam bowiem bardzo wyraźnie zarysowany kształt, przypominający głowę istoty pozaziemskiej... z filmów science fiction.

Podczerwień prawdę ci powie

Leonardo nie ukończył "Pokłonu Trzech Króli" zamówionego przez kościół San Donato w Scopeto. Na podstawie szkicu mistrza zrobił to inny włoski malarz Filipino Lippi. Do niedawna badacze mieli dwie hipotezy, dlaczego tak się stało.

Pierwsza z nich mówi, że da Vinci zorientował się, iż nie zdoła zrealizować założonego przez siebie konceptu dzieła i nie starczy mu na nie czasu ze względu na pracę nad kilkoma innymi zleceniami, a on wówczas został zatrudniony przez księcia Mediolanu i przeprowadził się do tego miasta. Druga zakłada, że rysunek nie został zaakceptowany przez duchownych ze względu na wizerunek dwóch wojowników walczących na koniach.

Pierwotny konspekt dzieła można zobaczyć w Galerii Uffizi we Florencji. Po ponad 500 latach naukowcy zdecydowali się obejrzeć obraz z użyciem kamery na podczerwień, aby prześledzić, w jaki sposób powstawało dzieło. Prof. Maurizio Seracini, naukowiec z Uniwersytetu Kalifornijskiego, który obejrzał w ten sposób ponad 4,3 tys. dzieł sztuki, mówi:

W obiektywie kamery świątynia Izydy nie jest burzona, a wznoszona i to w dodatku na ruinach Kościoła. Widać też kolumnę zwieńczoną kwiatem lotosu, w mitologii egipskiej uznawanym za tzw. święty "kwiat faraonów" lub "kwiat życia", związany ze stworzeniem kosmosu i kultem Ozyrysa, gdzie symbolizował czystość i odrodzenie. Starożytni byli przekonani także o magicznych właściwościach tej rośliny - amulety z nią miały zapewniać szczęście i dostatek, była wówczas także powszechnie stosowana w medycynie.

Odkrycie to zrodziło nową, trzecią hipotezę ws. nieukończenia obrazu oraz zniszczenia i ukrycia szkicu na 14 lat w ciemnych piwnicach kościoła San Donato. Zakłada ona, że duchowni byli przerażeni konspektem Leonarda, bo nawet w niezwykle liberalnych na tamte czasy włoskich księstwach taki rysunek uszedłby za ciężkie bluźnierstwo, a da Vinci miałby szansę trafić przed oblicze sędziów Inkwizycji. W myśl tej teorii ktoś, kto zamalował fragment, najprawdopodobniej uratował artyście życie lub co najmniej wolność.


W tym momencie warto odnotować, że Leonardo silnie interesował się starożytną wiedzą, mitologią i astronomią, a na obrazie "Zbawiciel Świata" w kryształowej kuli trzymanej przez Chrystusa, odbijają się trzy najjaśniejsze gwiazdy gwiazdozbioru Oriona, skąd miała pochodzić Sahu, dusza Ozyrysa i które odgrywały boską rolę także w wierzeniach starożytnej Grecji.

Małą ciekawostką w tym przypadku może być także to, że Leonardo był zafascynowany nieuznawanym i potępionym (kult został oficjalnie zakazany w 746 roku przez papieża Zachariasza - przy. red) przez Kościół katolicki oraz wymazanym ze Starego Testamentu archaniołem Urielem, zwanym "Światłem Boga", w apokryfach schodzącym z nieba do ludzi na ognistym rydwanie. W pozakanonicznej księdze Henocha to właśnie on miał zabrać proroka Ezechiela z Ziemi, aby na pokładzie nietypowego pojazdu powietrznego objaśniać mu m.in. tajemnice astronomii i ruchu gwiazd. Nie wiadomo, dlaczego Leonardo namalował Uriela na obrazie "Madonna w Grocie", siedzącego w towarzystwie małych Jezusa i Jana Chrzciciela oraz Maryi. Apokryf "protoewangelia Jakuba", którym można by to tłumaczyć (Jan Chrzciel znajduje się tam pod opieką Uriela) został pierwszy raz przetłumaczony w 1552 roku.

Nowoczesna technologia zdradziła też nietypową tajemnicę "Zwiastowania" Verrocchia. To pierwszy poważny obraz współtworzony przez Leonarda, namalował na nim archanioła, który przynosi Maryi nowinę o poczęciu Jezusa. Naukowcy zbadali portret, aby potwierdzić autorstwo da Vinciego, postanowili też poddać go badaniu rentgenowskiemu. Okazało się, że na wykonanym zdjęciu postaci tam... nie ma, bo nietypowy pigment uczynił Gabriela niewidocznym dla urządzenia.

Św. Jan czy Maria Magdalena?

Sekrety skrywa także "Ostatnia Wieczerza". Słynne malowidło ścienne zostało prawdopodobnie wykonane w latach 1495-1498 (archiwa sprzed 1497. roku zostały zniszczone w pożarze - przyp. red), dzieło można podziwiać w reflektarzu klasztoru dominikanów przy Bazylice Santa Maria delle Grazie w Mediolanie, gdzie podczas niektórych uroczystości utalentowany muzycznie Leonardo pełnił rolę organisty.

Fresk ukazuje emocjonalną scenę, podczas której Jezus informuje apostołów o tym, że zostanie zdradzony przez jednego z nich. Przedstawione na nim osoby żywo gestykulują i rozmawiają, a na ich twarzach artysta uchwycił różnorakie uczucia - od zaskoczenia po smutek, gniew i niedowierzanie.

Zainteresowanie włoskiego profesora muzyki wzbudziła jednak inna rzecz. Giovanni Maria Pala zauważył, że dłonie postaci ułożono zbieżnie z liniami namalowanymi na obrusie, a złączenie ich z leżącym na stole pieczywem, tworzy idealną pięciolinię z "nutami". Badacz stworzył zapis muzyczny z ułożonych elementów, ale próby odtworzenia pozostawały bezowocne aż do czasu, kiedy zdecydował się odegrać melodię w odwrotnej kolejności.

Usłyszał wówczas dramatyczną, upiorną i przeszywającą do szpiku kości żałobną muzykę, która zaczyna się i kończy na nucie E, w związku z czym można grać ten utwór... w nieskończoność. - To brzmi jak requiem - powiedział Pala. - Myślę, że utwór podkreśla mękę Jezusa - dodał muzyk.

Ten obraz to oczywiście także inne tajemnice. Słynnych wątpliwości, co do postaci umiejscowionej po prawej stronie obok Jezusa, które zasiała powieść pt. "Kod Leonarda da Vinci", prawdopodobnie nie uda się rozstrzygnąć. Pisarz Dan Brown zasugerował, że siedzi tam nie święty Jan, a Maria Magdalena, mająca być w dodatku żoną Jezusa. Teorię oparł na m.in. na silnie kobiecych rysach tej postaci, apokryficznych ewangeliach i zainspirowany książką "Święty Graal, Święta Krew".

Zwolennicy autora przypominają także słowa Leonarda z "Traktatu o Malarstwie". Artysta napisał tam, że "kobiety należy malować spoglądające w dół, z głową lekko przechyloną w bok". To jedyna osoba na obrazie, która tak została ukazana. Wskazują też rzecz, której nie sposób podważyć - właściwie wszystkie wcześniejsze malarskie interpretacje wydarzenia sadzają "umiłowanego ucznia" po lewej, a nie po prawej stronie Jezusa.

Nie wiadomo, co było powodem zmiany u da Vinciego, ale przesunięcie postaci na "właściwe miejsce" sprawia, że w bardzo uczuciowy sposób kładzie ona głowę na ramieniu czule spoglądającego Jezusa zamiast rozmawiać ze św. Piotrem. Na freskach i dziełach innych artystów tego okresu załamany św. Jan leży zazwyczaj na stole lub opiera się o krzesło. Wyjątkiem jest tutaj starszy o 30 lat obraz Jamue Hugueta, ale na nim wzrok Chrystusa skierowany jest przed siebie, a nie na wyraźnie męską postać św. Jana.

Hierarchowie i eksperci zdecydowanie zaprzeczają hipotezom o obecności Marii Magdaleny na "Ostatniej Wieczerzy". Duchowni i teologowie przypominają, że ewangelie wyraźnie przedstawiają najmłodszego apostoła jako młodzieńca silnie uczuciowego, bliskiego Jezusowi, o delikatnych rysach twarzy.

Autor książki "Leonardo i Ostatnia Wieczerza", Ross King, odnosząc się do słów bohatera "Kodu..." o tym, że Leonardo "nie namalowałby mężczyzny o zniewieściałej twarzy, bo był biegły w sztuce malarskiego zróżnicowania płci" napisał: "jest wprost przeciwnie, Leonardo był biegły w sztuce zacierania różnic między płciami".

- Odpowiedź na pytanie, czy to Maria Magdalena, czy św. Jan, jest bardzo prosta. To musi być Jan, ponieważ Leonardo przed rozpoczęciem prac studiował wcześniejsze obrazy wieczerzy, a tam ten apostoł zawsze wygląda nieco kobieco i podobnie. Nowela Browna jest bardzo dobra, ale to czyste science fiction - konkluduje Mario Taddei, badacz sztuki i ekspert ds. dzieł da Vinci, autor przetłumaczonej na 20 języków książki "Maszyny Leonarda: ujawnione wynalazki Leonarda da Vinci".

"Człowiek nieuczony"

W notatce ze zbioru "Codex Atlanticus" da Vinci wspomina wydarzenie z dzieciństwa. Ku kołysce Leonarda miała wówczas sfrunąć kania, rozchylić mu usta ogonem, a następnie kilkukrotnie "pacnąć" dziobem wargi. Będąc dorosłym, artysta brał to za znak - miał "przypiąć ludzkości skrzydła", co przez całe życie było marzeniem mistrza. Chcąc je spełnić, pilnie studiował lot ptaków i naszkicował m.in. spadochron, coś na kształt helikoptera, lotnię, samolot podobny do orbitera oraz balon, który na rysunku dokładnie przypomina to, co wzniosło się w niebo prawie 300 lat później. "Człowiek nieuczony" - sam siebie tak nazywał - tworzył i testował wizje skomplikowanych machin, myślą wyprzedzając ówczesną epokę o stulecia.

Te szkice są obecnie odkrywane na nowo przez amatorów oraz naukowców i co niezwykłe - współczesne próby pokazały, że część z narysowanych wynalazków naprawdę działa. Udowodniono to np. w przypadkach kombinezonu do nurkowania, lotni i orbitera oraz robota, którego skonstruowała NASA - Robonaut 2 to poruszający się humanoidalny "astronauta", przebywający i wykonujący zadania na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej od 2011 roku. 

Skąd osoba z tamtych czasów miała tak szeroką wiedzę i tak wiele talentów w różnych dziedzinach? Leonardo był przecież wybitnym malarzem, muzykiem, inżynierem, architektem, wynalazcą, matematykiem, filozofem, religioznawcą, biologiem, astronomem i fizykiem. Eksperci piszą o wybitnym darze umiejętności obserwacji natury i ludzi oraz ciekawości świata, którą odznaczał się da Vinci. On sam podkreśla, że wszystko zawdzięcza Bogu - w którego bardzo mocno wierzył, ale nie w wersji przedstawianej przez Kościół - i wielokrotnie nazywa siebie "synem doświadczenia".

Ale czy tylko połączenie tych cech wystarczy, aby wznieść się na poziom absolutnego geniuszu? Niestety, odpowiedzi na to pytanie nie ma.