Getty Images BSIP/Education Images/Universal Images Group
Jolanta Kamińska, Justyna Kaczmarczyk 05:00 30.10.21

Prawo odmówiło im bycia matkami

E

E wa, Aleksandra, Anna i Maja - cztery kobiety, cztery historie. Łączy je jedno - ich dzieci umarły. Ale że stało się to zanim zdążyły się urodzić, ta śmierć przez wielu została nieuznana, zanegowana i zignorowana. A one? Według polskiego prawa nie były matkami, bo nie określono płci ich dziecka. Opowiadają o stracie, tęsknocie i machinie procedur. Te, którym udało się doprowadzić do przeprowadzenia nierefundowanych badań genetycznych, wspominają syna albo córkę. A nie wszystkim to umożliwiono.

Reklama

Z raportu NIK wynika, że w 2019 roku ciąża 39 tys. kobiet w Polsce zakończyła się poronieniem. 

Zgodnie z polskim prawem, gdy płci dziecka nie da się określić (bez badań genetycznych nawet do czwartego miesiąca ciąży) matka nie ma prawa ani do zasiłku macierzyńskiego, ani pogrzebowego. W świetle przepisów jej ciąża nie istniała. W Sejmie pojawiła się nadzieja na procedowanie zmian.

"To co? Kolejna abrazyjka?"

Reklama

- Pierwszy raz straciłam dziecko w Dzień Ojca - wyznaje Ewa. Jej głos się załamuje, drży. Straty doświadczyła trzykrotnie, ale to ta pierwsza wiąże się z największą traumą. 

- To, co się działo w gorzowskim szpitalu, było dla mnie jak horror - wspomina. Trafiła tam w 9. tygodniu ciąży. Był 2016 rok. Miała 30 lat, ale wyglądała młodziej. - Czego pani tak płacze? Taka młoda! Jeszcze pani urodzi -  usłyszała od pielęgniarki. Na tamto wspomnienie napływają jej do oczu łzy. Musi głęboko odetchnąć. - Kiedy pobierano mi krew, pękła żyła. Tak się trzęsłam, że ta krew zachlapała fartuch pielęgniarki. Usłyszałam, że same kłopoty ze mną - opowiada.

Aleksandra straciła ciążę siedem lat temu. Do dziś dokładnie pamięta, jak została potraktowana w szpitalu. - To był 10. tydzień. Tabletki nie zadziałały, trzeba było wykonać zabieg abrazji, tzw. łyżeczkowanie. Z mężem przeżywaliśmy śmierć naszego dziecka, a lekarki piły kawę, śmiały się i mówiły do siebie: "To co? Kolejna abrazyjka?" - opowiada. 

Kiedy obudziła się po zabiegu, przyszła pielęgniarka. Położyła papiery na łóżku i kazała iść do domu. Bez żadnych badań, bez rozmowy. Nic. - Pytaliśmy o akt zgonu, w czasie mojego zabiegu mąż zdążył o tym trochę poczytać. Usłyszeliśmy: "ale takich rzeczy się nie robi przy tak młodej ciąży, to nie było dziecko". Dla nas to było dziecko. Nasze kochane, wyczekane - mówi.

- Przekazano nam jedynie, że do badań histopatologicznych zostanie wysłany materiał. Prosiliśmy, żeby przeprowadzono dodatkowe badania i określono płeć. Chcieliśmy za to zapłacić. Nie zgodzono się. Domagaliśmy się więc wydania szczątków naszego dziecka. Nie wydano... - wspomina. 

Kiedy załatwienie pojemnika dokłada cierpienia

U Ewy poronienie było zatrzymane, co oznacza, że płód obumarł w macicy. Nie krwawiła. W szpitalu usłyszała, że konieczna jest abrazja. Alternatywy nie przedstawiono. - Dopiero po czasie dowiedziałam się, że mogłam dostać tabletki, które spowodują, że dojdzie do samoistnego wydalenia. To bezpieczniejsze rozwiązanie. Nikt mi nie powiedział, że w wyniku zabiegu łyżeczkowania może dojść do uszkodzenia macicy, a ja bardzo chciałam mieć dzieci. To była moja pierwsza ciąża - opowiada. 

Potem dowiedziała się od ginekologa, że lekarz wykonujący zabieg abrazji "obszedł się z nią po barbarzyńsku". W szpitalu nikt nie poinformował, że rodzice mają prawo do świadczeń i pochówku, pod warunkiem ustalenia płci dziecka. - Zadzwoniła teściowa, położna. I dopiero ona powiedziała, że możemy pochować nasze dziecko. Bo dla nas to było dziecko - mówi.

Czuła, że dla szpitala wydanie materiału to tylko dodatkowy kłopot. Usłyszała, że to rodzice mają przywieźć pojemnik, w którym zostanie umieszczone ich dziecko. - Byłam w takim szoku, że ledwo mówiłam. Cała się trzęsłam. Nie miałam już siły, by walczyć o tę możliwość pochowania - wspomina. Obok był mąż Ewy. Razem zdecydowali, by jak najszybciej zakończyć ten koszmar. Wracajmy do domu i zapomnijmy o tym - powiedziała. 

Ale zapomnieć nie tak łatwo. - Do dziś mam do siebie żal, że nie znalazłam wtedy w sobie sił, aby godnie pożegnać się z dzieciątkiem, aby ochronić swoją godność - przyznaje. 

Anna poroniła rok temu, to był trzeci miesiąc. Na zabieg i wynik testu czekała w izolatce. COVID-19. Taka procedura. Dodatkowy stres. Na profesjonalizm oraz empatię personelu medycznego nie może narzekać. Wszystko jak trzeba. Nie wiedziała, że aby ustalić płeć sama musi postarać się o wykonanie badań i za nie zapłacić. - Szpital zabezpieczył ciało mojego dziecka. Straszna trauma dostać taki pojemnik. Dla mnie to był szok - wspomina.

- Teraz - mając w pamięci własne doświadczenia - chciałabym, żeby każda kobieta, która znajdzie się w takich okolicznościach, od razu dostawała informacje, co i jak może zrobić - mówi. 

14 dni wystarczyło? Absolutnie nie

Ewa po powrocie z Gorzowa zaczęła czytać. W domu dowiedziała się tego, o czym powinna była zostać poinformowana w szpitalu. W przypadku martwego urodzenia kobiecie przysługuje prawo do skróconego urlopu macierzyńskiego - 56 dni oraz pochówku i zasiłku pogrzebowego. Konieczne jest jednak ustalenie płci dziecka i na tej podstawie w Urzędzie Stanu Cywilnego wydawany jest akt martwego urodzenia.

W pracy też nikt nie wspomniał, jakie ma prawa. Od jednego z kadrowych usłyszała: Wiem jak to jest, my też straciliśmy dziecko, ale to była wpadka po 40-stce. Poczuła się, jakby ktoś dał jej w twarz.

Poszła na dwutygodniowy urlop. 14 dni na poradzenie sobie - jak sama mówi - z traumatycznymi doświadczeniami ze szpitala, lękiem, że już nigdy nie będzie mieć dzieci i wyrzutami, że może niewystarczająco dbała o siebie i dlatego straciła ciążę. Od kogoś z rodziny usłyszała: "pewnie podnosiłaś coś ciężkiego".

Czy 14 dni wystarczyło, by dojść do siebie? - Absolutnie nie - mówi. Los chciał, że akurat znajomym rodziły się dzieci. Jedna z koleżanek miała ten sam termin. Ktoś z bliskich nie wiedział o stracie i podarował kocyk i skarpetki. Myślała: "ile miałoby już moje dziecko?". 

Szpital szpitalowi nierówny

Za drugim razem, rok później, pojechała 250 km dalej, do małego szpitala powiatowego. Byle nie Gorzów. - Człowiek ucieka, bo się boi: złych diagnoz, braku informacji i spójnego leczenia - przyznaje. 

To był 12. tydzień. - Wieczorem dostałam leki i rano wydaliłam z siebie dzieciątko. Różnica w podejściu personelu medycznego była diametralna - o tym Ewa mówi już z większym spokojem. 

Czuła się zaopiekowana. Cierpiała, ale dzięki wsparciu ze strony personelu medycznego było jej lżej. - Położna przyznała, że sama poroniła, a potem urodziła zdrowe dziecko. W szpitalu poinformowano mnie, co robić. Dostałam nawet numer do lekarza genetyka, by skonsultować mój przypadek - wspomina. 

Tym razem wiedzieli, co zrobić, by poznać płeć dziecka. Badania genetyczne miały też dać odpowiedź, dlaczego po raz kolejny się nie udało. Szpital przygotował sterylny pojemnik z roztworem soli fizjologicznej, zabezpieczył płód. Był maj. Ciepło, dlatego pojemnik dodatkowo obłożono lodem. Do centrum w Poznaniu pojechał mąż Ewy. Na wszystkie badania wydali prawie 2 tys. zł. Ale poznali płeć. Poznali też przyczynę.

- Kiedy dostałam wyniki, przestałam myśleć, że może to moja wina, że coś złego zrobiłam. Okazało się, że wada była letalna, dziecko nie miało szans przeżyć - mówi. 

Na postawie wyników z badania genetycznego szpital wydał kartę martwego urodzenia, a Urząd Stanu Cywilnego akt o martwym urodzeniu. Ewa poszła na skrócony urlop macierzyński i zajęła się organizacją pochówku. - Zdecydowaliśmy pochować syna i wystawić mu pomnik - mówi. Ponieśli wszystkie związane z tym koszty. 

I znów kolejne kłody. Zakład Ubezpieczeń Społecznych zakwestionował prawo do zasiłku pogrzebowego. - Powiedziano mi, że na dokumencie wydawanym przez zarząd cmentarza nie było zapisane, że "zakopano szczątki", dlatego te 4 tys. zasiłku nie zostaną wypłacone. Zapytałam, czy mam pokazać zdjęcie z cmentarza. To było takie okropne przepychanie się. Czułam się, jak ktoś, kto chce się dorobić na śmierci własnego dziecka. Dopiero kiedy wywalczyłam spotkanie z naczelnikiem oddziału ds. zasiłków, udało się sprawę załatwić - opowiada. 

Zarządca cmentarza był w szoku. Nie spotkał się nigdy wcześniej z taką sytuacją. Dokument, który wystawił, był standardowy.

"To było uhonorowanie małego człowieka i mnie jako matki"

Maja straciła dziecko w czwartym miesiącu ciąży. To był 2018 rok. Płci nie dało się określić w badaniu lekarskim, rodzice zdecydowali się więc na prywatne badania genetyczne. - Poznanie i przejście całej procedury było dla mnie bardzo obciążające. Sporządzenie próbki, odebranie próbki... Dodatkowe cierpienie - wspomina Maja.

- Chcieliśmy to jak najszybciej zamknąć, żeby zorganizować pogrzeb. Wszystkie formalności i badania trwały jednak w sumie ponad miesiąc. Gdy już poznaliśmy płeć, nadaliśmy córce imię: Anna. Zorganizowaliśmy pogrzeb. To było dla mnie bardzo ważne. Takie uhonorowanie tego małego człowieka. I mnie jako matki - mówi.

- Sama nie wiem dlaczego, ale nie chciałam zamawiać trumienki. Kupiłam szkatułkę, piękną, zieloną w lilie. Ciało, gdy je odbieraliśmy z laboratorium, było zabezpieczone w specjalnym płynie. Pozwolono nam się nim zająć, zostawiono nas samych. Wyjęliśmy je, otarliśmy. Owinęłam je w pieluszkę. Czułam niespodziewany spokój - wyznaje.

"Każda z tych kobiet powinna mieć równe prawa"

- Są kobiety, które nie cierpią z powodu utraty ciąży, z różnych względów - np. była ona niechciana. Takie emocje też są okej. Nie można żadnych reakcji wartościować - mówi nam Julia Izmałkowa, psycholog rodziców, autorka bloga psychomama_julia.  

Podkreśla jednak, że są kobiety, dla których strata ciąży to wielka trauma i o nie należy się szczególnie zatroszczyć. - Jedne nie chcą znać płci, bo to przeszkadza im w gojeniu się ran. Nie chcą pochówku, imion. Te namacalne aspekty tylko pogłębiają ich traumę. Drugie przeżyły śmierć dziecka. Czują, że muszą poznać jego płeć, by poradzić sobie ze stratą i przejść rytuał pożegnania. Dopiero po nim następuje naturalny proces żałoby - mówi.

- Każda z tych kobiet powinna mieć równe prawa, niezależnie od tego, czy płeć udało się ustalić, czy też nie, oraz możliwość, by się zregenerować zarówno psychicznie, jak i fizycznie. Bo ciąża ma gigantyczne konsekwencje także dla ciała - uważa. - Niektóre kobiety bardzo potrzebują tych 56 dni - przyznaje.

Odczarować tabu

Aleksandra: Pogrzeb? Rozmawialiśmy o tym z mężem i sami nie wiemy, czy byśmy go organizowali. Ale na pewno chcieliśmy wiedzieć, czy to syn czy córka. Żeby w naszej pamięci i pamięci rodziny to nie było "to dziecko", ale Adaś, Zosia... Żebyśmy pamiętali o nim po imieniu.

Maja: Kobiety różnie przeżywają stratę. To naturalne. Ale ważne, żebyśmy nie bały się o tym mówić, odczarowały to tabu, bo to pozwoli zmienić podejście ludzi. Żeby kobiety nie słyszały, tak jak ja od jednego lekarza: "proszę tak nie płakać, bo się pani mężowi nie będzie podobać". To kiedy mogę płakać, jak nie w dniu śmierci mojego dziecka?                                                                                                                         

Anna: Mam wrażenie, że kiedy kobieta rodzi, dostaje wsparcie, pakiet informacji, a kiedy roni, jest pozostawiona sama sobie. Wszystko musi wywalczyć.

Ewa: Personel medyczny powinien ważyć słowa. To bardzo ważne, by nie umniejszać niczyjej stracie, niezależnie od tego, który to był tydzień, czy ktoś ma dzieci, czy ich nie ma. Nikomu nie życzę takich doświadczeń. Jeden się podniesie, drugi nie. Ja mam szczęście - wspaniałego męża. Byliśmy w tym razem. Dał mi ogromne wsparcie. Ale nie każda kobieta może na to liczyć. Czasami jeszcze w domu jest obwiniana. To może człowieka zniszczyć.

Mikromomenty i mikroudary

- Rozumiem, że lekarze wiedzą, jak duże jest prawdopodobieństwo utraty ciąży. Spotykają się z tym na co dzień. Jednak empatia, którą powinni się wykazać, polega na tym, żeby spróbować zrozumieć, że dla tej konkretnej kobiety to jest koniec jej wszechświata. Dla niej liczy się tylko utrata jej dziecka. Jej ciało, jej nadzieje, jej przyszłość - mówi psycholog Julia Izmałkowa.

Tłumaczy, że w traumie ,jaką może być strata dziecka, najbardziej leczące się tzw. mikromomenty - wsparcia, empatii, zrozumienia.

- One mają właściwości leczące. Jeśli ich zabraknie, a co gorsza, w ich miejsce pojawią się tzw. mikroudary, dochodzi do pogłębienia tej traumy. Pielęgniarka, dla której to kolejny przypadek w tym tygodniu i nie rozumie, o co wielkie halo. Lekarz, który dawno nie spał i pozwolił sobie na złośliwy komentarz. Pacjentka obok, która mówi, że to nie koniec świata, bo straciła już trzy ciąże - to właśnie mikroudary - wylicza.

A kobiety często winy szukają w sobie. - Myślą, co z nimi jest nie tak, co źle zrobiły. Kiedy grzebią się w swoich piwnicach winy i nie dostają żadnego wsparcia, a jeszcze są obwiniane przez otoczenie, to może doprowadzić do chorób psychicznych jak, np. depresja - mówi.

I dodaje: "Niewyleczona trauma jest jak niewyleczony nowotwór, zjada nas od środka, prowadzi do zaburzeń nerwicowo-depresyjnych, myśli samobójczych". 

Co robić, kiedy trudno poradzić sobie ze stratą? - Jeśli złe samopoczucie utrzymuje się powyżej dwóch miesięcy i kobieta czuje, że nie ma poprawy, powinna zgłosić się do psychiatry, bo być może potrzebuje w trybie pilnym leków, by podnieść się z tego stanu. Jednocześnie trzeba pójść do terapeuty, bo leki nie leczą traumy, one mają pomóc z poziomu fizjologicznego, stworzyć w ciele warunki, żeby móc ją przepracować. Leczy terapia - tłumaczy.