Życiorys Piaseckiej-Johnosn to historia kobiety, która - jak pisał "The New York Times" - "zbudowała swoje życie z niezwykłą konsekwencją, nie oglądając się na ograniczenia, które inni widzieli w jej pochodzeniu".
Barbara Piasecka urodziła się 25 lutego 1937 roku w Staniewiczach, niewielkiej miejscowości położonej na terenach II Rzeczypospolitej. Po zakończeniu wojny jej rodzina podobnie jak tysiące innych Polaków, została przesiedlona na Ziemie Zachodnie. Osiedlili się w Zacharzycach pod Wrocławiem, gdzie Barbara dorastała w skromnych warunkach.
Od najmłodszych lat wyróżniała się ambicją i ciekawością świata. Po ukończeniu szkoły średniej rozpoczęła studia na Uniwersytecie Wrocławskim, wybierając najpierw rolnictwo, potem biologię, filologię polską, aż wreszcie dostała się na historię sztuki. Był to kierunek, który nie gwarantował stabilnej kariery, ale odpowiadał jej pasjom. Znajomi z uczelni wspominali, że była pracowita, zdyscyplinowana i nieustannie głodna wiedzy.
W latach 60. Piasecka dostała stypendium i wyjechała do Rzymu, gdzie kontynuowała edukację artystyczną. Wkrótce jednak zdecydowała się na bardziej radykalny krok - migrację do Stanów Zjednoczonych. Według relacji znajomych miała powiedzieć: "Jeśli wrócę do Polski, to tylko rolls‑royce’em". Choć brzmiało to jak żart, jej późniejsze życie pokazało, że miała rację.
Po przyjeździe do USA znalazła pracę w domu rodziny Johnsonów - właścicieli globalnego koncernu Johnson & Johnson. Zatrudniła ją Essie, druga żona Johna Sewarda Johnsona I. Basia miała pracować jako kucharka. Jak sama później przyznała, gotować nie potrafiła. Po kilku tygodniach przeniesiono ją do pracy jako pokojówkę. To właśnie wtedy po raz pierwszy zwrócił na nią uwagę John Seward Johnson I, jeden z dziedziców fortuny Johnson & Johnson, mężczyzna o 34 lata starszy, schorowany, ale wciąż wpływowy i niezwykle majętny.
Według jednej z wersji wydarzeń Johnson miał zauważyć ją podczas porannego sprzątania biblioteki. Barbara, jak wspominano, poruszała się "z niezwykłą gracją", a gdy zapytał ją o pochodzenie, odpowiedziała płynną angielszczyzną, że jest historyczką sztuki z Polski.
"The Washington Post" pisał później: "W świecie miliarderów rzadko pojawia się ktoś, kto potrafi ich zaskoczyć. Ona potrafiła".
Ta wersja wydarzeń budzi sporo pytań. A to dlatego, że Piasecka w tamtym czasie nie mówiła dobrze po angielsku. Zresztą do końca życia zachowała polski akcent. Kiedy dzieci Johnsona poznały ją jako kochankę ojca, Seward miał im powiedzieć:
"Ona nie mówi po angielsku, więc nie mogę z nią rozmawiać i dlatego nie muszę jej słuchać".
W rezydencji Johnsonów szybko zaczęły krążyć plotki. Barbara była inna niż pozostałe pracownice, bardziej wykształcona, bardziej pewna siebie, bardziej ambitna.
Według niektóych relacji to Johnson zaczął szukać jej towarzystwa. Zapraszał ją do rozmów o sztuce, pytał o Europę, o Polskę, o jej życie.
Inne źródła sugerują, że to Barbara miała inicjować te rozmowy, świadoma, że znajomość z Johnsonem może otworzyć jej drzwi do innego świata.
"Los Angeles Times" po latach pisał o ich zażyłości: "Ich relacja zaczęła się niewinnie, ale szybko stała się tematem szeptów wśród służby i gości. Nikt nie wiedział, gdzie kończy się sympatia, a zaczyna romans."
Do dziś istnieją trzy główne narracje o tym, jak narodził się ich związek.
1. Baśń o Kopciuszku
Według tej wersji Johnson zakochał się w Barbarze od pierwszego wejrzenia. Miała go ująć swoją skromnością, inteligencją i kulturą osobistą. To opowieść o miłości ponad podziałami - chętnie powtarzana w Polsce.
2. Romans w cieniu małżeństwa
Amerykańskie media były bardziej sceptyczne. Według nich romans zaczął się, gdy Johnson był jeszcze żonaty. Relacja rozwijała się powoli, ale konsekwentnie, aż w końcu stała się faktem, którego nie dało się ukryć.
3. Kalkulacja i manipulacja
To wersja przedstawiana przez dzieci Johnsona. Według nich Barbara miała celowo zbliżyć się do ojca, wykorzystać jego samotność i choroby, a następnie przejąć kontrolę nad jego życiem.
"The New York Times" pisał w czasie procesu spadkowego: "W tej rodzinie nikt nie wierzył w przypadek. Każdy gest Barbary interpretowano jako element większego planu".
Z kolei ona sama po latach przekonywała na sali sądowej, że miłość między nią a Sewardem Johnsonem musiała być przeznaczeniem.
"Wierzę, że to było mi przeznaczone. Czy tylko przypadkiem przyjechałam tutaj ze zniewolonego kraju? Mogłam też dostać inną pracę w innym miejscu. Chciano mi dać pracę w bibliotece, ale płacili zbyt mało i do tego nie znałam dobrze angielskiego. Toteż powiedziałam sobie: ‘Zacznę lepiej pracować tam, gdzie będę mogła zaoszczędzić jakieś pieniądze'. Gdybym wzięła inną pracę, musiałabym płacić za pokój i wydawać pieniądze na jedzenie. Musiałam pracować 4 albo 5 lat, aby cokolwiek zaoszczędzić. A tak mogłam odkładać wszystko, co zarabiałam. Musiałam zrobić coś ze swoim życiem. A przy takim rodzaju pracy mogłam zaoszczędzić i pójść do szkoły. Nie zdawałam sobie sprawy, że oni są aż tak bogaci" - mówiła podczas procesu, a jej słowa zapisała Barbara Goldsmith w książce "Fortuna Johnsonów".
W listopadzie 1969 roku trzydziestodwuletnia Basia i siedemdziesięcioczteroletni Seward wyjechali na Bahamy. Ta podróż zapoczątkowała pełne blasku życie Basi. Po niej nastąpiły podróże z przyjaciółmi Sewarda do Rzymu, Paryża, Londynu i Irlandii. Odwiedzali galerie sztuki, kupując tu Mondriana za 250 000 dolarów, tam Picassa za 100 000 dolarów, Cézanne'a za 250 000 dolarów, Moneta. Basia wkrótce zamieszkała w mieszkaniu przy Sutton Place, opłaconym przez swojego dobroczyńcę. Niedługo później wprowadził się tam Seward.
Para pobrała się w 1971 roku. Dla Johnsona było to trzecie małżeństwo. Dla Barbary zaś początek życia, o którym wcześniej mogła tylko marzyć.
Wkrótce zaczęła zarządzać jego majątkiem, doradzać mu w kwestiach inwestycji, a także budować ich wspólną kolekcję sztuki.
Dla dzieci Johnsona było to nie do zaakceptowania. W ich oczach Barbara była intruzem, która "zabrała im ojca".
"Rodzina Johnsonów nigdy nie pogodziła się z tym małżeństwem. Dla nich Barbara była symbolem wszystkiego, co mogło pójść nie tak, gdy miliarder zakochuje się w kobiecie spoza swojego świata" - pisał "The Washington Post".
Wraz z mężem Piasecka‑Johnson zaczęła budować imponującą kolekcję sztuki. Jej wykształcenie historyczki sztuki pozwoliło jej samodzielnie dokonywać zakupów i prowadzić negocjacje z domami aukcyjnymi. Z czasem stała się uznaną kolekcjonerką, a jej zbiory obejmowały malarstwo europejskie, rzemiosło artystyczne, obiekty sakralne i dzieła sztuki dawnej.
"Miała instynkt kolekcjonera, który rzadko spotyka się u osób bez formalnego wykształcenia muzealniczego" - pisano o Piaseckiej w "The New York Times".
Śmierć Johna Sewarda Johnsona I w 1983 roku rozpoczęła jeden z najgłośniejszych procesów spadkowych w historii Stanów Zjednoczonych. Johnson, który był jednym z głównych udziałowców koncernu Johnson & Johnson, pozostawił po sobie majątek szacowany na kilka miliardów dolarów. W testamencie niemal całość majątku zapisał żonie, Barbarze Piaseckiej‑Johnson.
Dla jego dzieci z poprzednich małżeństw był to cios. Cała szóstka praktycznie została wydziedziczona, choć trzeba przyznać, że każde z nich dysponowało od lat trustami, z których całkiem dobrze żyli. Natychmiast zaskarżyli testament, twierdząc, że Barbara wywarła na ojca niedozwolony wpływ. Zarzucały jej manipulację, izolowanie ojca od rodziny, a nawet wykorzystywanie jego słabego zdrowia.
Proces szybko stał się medialną sensacją. "Los Angeles Times" pisał: "To była batalia o fortunę, jakiej Ameryka nie widziała od dekad". Prasa rozpisywała się o każdym szczególe, a Barbara stała się jedną z najbardziej rozpoznawalnych kobiet w USA.
"Proces był najdłuższym (siedemnaście tygodni), najbardziej zaciekłym (oskarżenia przeciwko kancelarii prawnej o przekupywanie i zastraszanie potencjalnych świadków, zamieszki na sali sądowej, kilka prób unieważnienia procesu) i najdroższym (koszty obsługi prawnej miały przekroczyć 24 miliony dolarów) w historii Stanów Zjednoczonych" - opisywała batalię o spadek po Johnsonie Barbara Goldsmith w Vanity Fair.
Dzieci twierdziły, że ich ojciec był w podeszłym wieku, schorowany i podatny na wpływy. Utrzymywały, że Barbara stopniowo przejmowała kontrolę nad jego życiem, ograniczała kontakty z rodziną i wpływała na decyzje finansowe.
W sądzie przedstawiano świadków, którzy opisywali relacje w domu Johnsonów. Niektórzy twierdzili, że Barbara była dominująca i stanowcza, inni - że była jedyną osobą, która naprawdę dbała o męża.
"Trzydziestu trzech świadków zeznających w imieniu dzieci Johnsonów przedstawiło obraz Johnsona w podeszłym wieku, cierpiącego na demencję średniego stopnia i dwadzieścia trzy inne schorzenia, w tym raka prostaty z przerzutami do kości, zastoinową niewydolność serca, miażdżycę, anemię i hiponatremię. Jego życie z Basią zostało opisane jako koszmarne, pełne izolacji, przymusu, przemocy fizycznej i tortur psychicznych" - pisano w Vanity Fair.
Barbara utrzymywała, że jej mąż był w pełni świadomy swoich decyzji i że to on sam chciał, aby to ona zarządzała majątkiem. Podkreślała, że dzieci Johnsona przez lata nie interesowały się ojcem, a po jego śmierci walczyły jedynie o pieniądze.
"Jaki te dzieci mogą zrobić użytek ze swoich pieniędzy? Żaden. Oni są tylko konsumentami. Jedzą, potem idą do ubikacji, myślą tylko o sobie. Kim są? Co znaczą? (...) Czy któreś z dzieci z pieniędzy otrzymanych od ojca dało choćby grosz na cele dobroczynne? Są tacy ubodzy duchem i prymitywni. To najbardziej prymitywni ludzie, jakich spotkałam w życiu. Proszę spojrzeć na nich. Co by się stało, gdyby odebrać im majątek? Nie przetrwaliby nawet pięciu minut. Czy mają za sobie ducha, na których ja się opieram? Czy mogliby pracować jako służący? Czy mają, tak jak ja, dyplom uniwersytecki, który pozwoliłby im pracować? Gdyby dzisiaj odebrać im pieniądze, jaki los spotkałby ich jutro? Są nikim. (...) Amerykanie, śmiejąc się ze mnie jako z imigrantki, śmieją się z samych siebie..." - mówiła podczas procesu sądowego Barbara Piasecka-Johnson o dzieciach swojego męża, które zresztą były starsze od niej samej.
Jej prawnicy przedstawiali dokumenty, nagrania i świadków, którzy potwierdzali, że Johnson ufał żonie i powierzył jej zarządzanie majątkiem jeszcze za życia.
"Zgodnie z oczekiwaniami, czterdziestu jeden świadków Basi Johnson zeznało, że jej mąż był kompetentny, życzliwy, wrażliwy do końca, utalentowany jako kolekcjoner dzieł sztuki, świadomy bieżących wydarzeń i wdzięczny za miłość żony, która opiekowała się nim z największym oddaniem. Po prawie czterech miesiącach - ośmiu godzinach dziennie, pięciu dniach w tygodniu - na dzień przed przekazaniem sprawy ławie przysięgłych, sprawa została rozstrzygnięta. Dzieci Johnsonów otrzymały 169 milionów dolarów. Ale jeśli to oni byli prawdziwymi zwycięzcami, to jeden z nich był przegranym. Fundusze powiernicze Basi zostały zrujnowane, więc otrzymała ona z góry około 350 milionów dolarów. (...) Kamery telewizyjne filmowały obie strony ogłaszające zwycięstwo, ostatnie artykuły w gazetach zostały napisane, wszyscy rozeszli się do domów" - pisała Barbara Goldsmith w Vanity Fair.
Proces trwał wiele miesięcy i był relacjonowany przez największe amerykańskie media. "Sprawa Johnsonów stała się widowiskiem, w którym mieszały się pieniądze, emocje i rodzinne konflikty" - pisał "The New York Times".
W sądzie pojawiały się oskarżenia o chciwość, manipulację, zaniedbania i zdrady. Każda ze stron próbowała przedstawić się jako ofiara.
Ostatecznie, po długich negocjacjach, strony zawarły ugodę. Barbara Piasecka‑Johnson zgodziła się przekazać dzieciom Johnsona część majątku. Według doniesień medialnych, ugoda opiewała na kilkaset milionów dolarów, choć dokładna kwota nie została ujawniona.
Najważniejsze było jednak to, że Barbara zachowała większość fortuny - szacowaną na około 3 miliardy dolarów.
"The Washington Post" pisał po zakończeniu procesu: "Ugoda była zwycięstwem Barbary Piaseckiej‑Johnson. Choć musiała oddać część majątku, zachowała kontrolę nad imperium, które budowała u boku męża".
Po śmierci męża i długim procesie o jego majątek Barbara Piasecka-Johnson poświęciła się pomnażaniu majątku, kolekcjonowaniu sztuki i filantropii. Z majątkiem, szacowanym na blisko 3 mld dol., regularnie pojawiała się na listach najbogatszych ludzi świata, publikowanych przez "Forbes". W 2001 r. magazyn zaliczył ją do 20 najbogatszych kobiet na świecie, a w 2011 r. znalazła się na 393. miejscu wśród najbogatszych ludzi na świecie.
Wbrew stereotypom Piasecka‑Johnson była aktywną filantropką. Założyła Fundację Barbary Piaseckiej‑Johnson, która wspierała budowę kościołów, renowację zabytków, projekty edukacyjne, pomoc dla osób z autyzmem oraz inicjatywy kulturalne i religijne.
Pod koniec lat 80. milionerka Barbara Piasecka-Johnson wielokrotnie odwiedzała Polskę w tym m.in. Gdańsk, w związku z planowanymi przez nią wielomilionowymi inwestycjami w upadającą Stocznię Gdańską. Choć nic z tej inwestycji nie wyszło, to i tak wpierała swój rodzinny kraj, inwestując w sztukę, renowację zabytków sakralnych oraz programy edukacyjne dla młodzieży. W swojej amerykańskiej rezydencji "Jasna Polana" w Nowym Jorku organizowała aukcje obrazów polskiej sztuki, z których dochód przeznaczała na fundusz dla dzieci autystycznych w Polsce. Na takich aukcjach gościli prawdziwi koneserzy sztuki, celebryci, a nawet koronowane głowy. Częstym gościem Barbary Piaseckiej-Johnson był Albert II Grimaldi, książę Monako.
"The New York Times" zauważył: "Choć była jedną z najbogatszych kobiet świata, jej filantropia była cicha, niemal skromna - w przeciwieństwie do jej medialnego wizerunku".
Po śmierci męża Barbara Piasecka-Johnson żyła przez wiele lat w amerykańskiej posiadłości "Jasna Polana", która była jej oczkiem w głowie. Tutaj do Princeton sprowadziła swoich bliskich. Jej krewni i przyjaciele nie mieli jednak lekkiego życia w "Jasnej Polanie". Każdy miał wyznaczone zadania i byli raczej pracownikami niż rezydentami. Na dodatek Barbara Piasecka-Johnson nie była pobłażliwa. Jej bliscy żalili się niejednokrotnie, że surowo traktowała ludzi, a już wobec krewnych była szczególnie wymagająca. Ewa Winnicka, autorka książki "Milionerka. Zagadka Barbary Piaseckiej-Johnson", usłyszała wprost od rodziny, że Basia była "humorzastą i wymagającą do granic absurdu", choć mimo to akceptowaną przez pracowników.
W ostatnich latach życia Piasecka‑Johnson coraz częściej przebywała w Polsce. Zamieszkała w Sobótce pod Wrocławiem, gdzie spędzała czas z rodziną i prowadziła działalność charytatywną. Zmarła 1 kwietnia 2013 roku, po długiej chorobie.
Jej śmierć odbiła się szerokim echem w mediach na całym świecie. "The Washington Post" napisał: "Była jedną z najbardziej niezwykłych kobiet, jakie kiedykolwiek weszły do świata amerykańskiego biznesu".
Barbara Piasecka‑Johnson pozostaje jedną z najbardziej niezwykłych postaci polskiej emigracji. Jej życie to opowieść o ambicji i konsekwencji, ale także o cenie, jaką płaci się za sukces. Dla jednych była symbolem determinacji, dla innych - kontrowersyjną postacią, która "zbyt szybko" wspięła się na szczyt.
Jedno jest pewne: jej historia wciąż fascynuje, ale też ma wiele nieodkrytych dotąd kart.