archiwum prywatne Adrianna Jarczyk
Małgorzata Przepióra 05:00 13.03.21

Przyjechała na tydzień, została na rok. Pandemia na drugim końcu świata

P

P andemia zastała ją na drugim końcu świata, w kraju pogrążonym w kryzysie, w jednym z najniebezpieczniejszych miast. - Zaczęłam układać sobie życie, bo widziałam, że z miesiąca na miesiąc nic się nie zmienia - mówi Adrianna Jarczyk, która przez zamknięte granice od roku mieszka w Caracas w Wenezueli. - Ludzie mają tu tyle problemów, że koronawirus jest daleko, daleko - dodaje.

Reklama

- Nie mamy teraz wi-fi, ale dochodzi internet od sąsiadki, więc siedzę przyklejona do ściany. Mam nadzieję, że będzie mnie słychać - mówi Adrianna Jarczyk, prowadząca na YouTube kanał "Gonna Travel", kiedy łączymy się na Skypie. Mimo że jest prawie 9 tys. km ode mnie, w kraju pogrążonym w kryzysie, gdzie normą są przerwy w dostawie prądu, udaje nam się porozmawiać bez zakłóceń.

Ada w Polsce nie była od września 2019 r. Wtedy na pół roku wyjechała do Ameryki Południowej. - Moim planem była Kolumbia, Peru, miałam nadzieję, że uda mi się zobaczyć Boliwię, ale okazało się, że Kolumbia jest tak zróżnicowana, że i tak nie udało mi się zobaczyć wszystkiego - opowiada.

Reklama

Znajomi, z którymi mieszkała, chcieli pojechać do Wenezueli, by w dżungli amazońskiej odwiedzić plemię Huottuja. - Mają swoją medycynę zwaną "yopo", tak jak ayahuaska, jest psychoaktywna - mówi Ada.

Okazało się jednak, że planowana na marzec wyprawa nie może się odbyć. - Dostaliśmy informację, że akurat w okolicach tej wioski jest niebezpiecznie i na razie chcieliby się wstrzymać z przyjmowaniem gości - wspomina.

Zdecydowali się w końcu odwiedzić Caracas w Wenezueli, gdzie mieli spędzić ok. 10 dni. - Na 15 marca miałam kupiony bilet do Bogoty (Kolumbia), na 16 marca lot z Bogoty do Chicago, a później do Frankfurtu i Polski.

4 marca w Polsce wykryto pierwszy przypadek koronawirusa. Dzień później Ada w tłumie ludzi przekraczała granicę Wenezueli. Oficjalnie pierwszy przypadek Sars-Cov-2 w tym kraju potwierdzono 13 marca. Dwa dni przed planowanym powrotem Ady do Kolumbii.

- Pojawił się pierwszy przypadek i odwołali wszystkie loty. Postanowiłam zostać, bo w Bogocie zostawiłam wszystkie swoje rzeczy - kamerę, laptopa, drogocenne rzeczy, których nie chciałam wysyłać. Nie poleciałam też lotem humanitarnym do Polski, bo ciągle miałam nadzieję, że szybko te granice otworzą - wspomina.

Pierwsza myśl? - Bałam się, że stracę pieniądze za loty. Na szczęście anulowali wszystkie połączenia, więc dostałam pieniądze z powrotem. To mnie trochę uspokoiło, ale pierwsze tygodnie były dla mnie stresujące - mówi Ada. - Nie wiedziałam, co robić. Wtedy jeszcze nikt nie wiedział, o co chodzi z tym wirusem, jak to będzie poważne i czy należy podejść do tego poważnie - dodaje.

Bagaż wciąż jest w Kolumbii. Czeka aż podróżniczka po niego wróci.

- Zaczęłam układać sobie życie, bo widziałam, że z miesiąca na miesiąc nic się nie zmienia - opowiada. Formalności nie były problemem. Przez zamknięte granice 90-dniowa wiza turystyczna, z której korzysta Ada, jest automatycznie przedłużana. Zamieszkała z rodziną znajomych. - Dzieliłam pokój z babcią, bo to było jedyne łóżko, które mogli mi zapewnić, ale byłam bardzo wdzięczna, że mnie przygarnęli - przyznaje. W grudniu przeniosła się i wynajmuje pokój.

Na co dzień Ada przygotowuje materiały na swoje kanały i współpracuje m.in. z polską ambasadą.

"Epidemia jest rządzącym na rękę"

Pandemiczne Caracas jest jeszcze mniej przyjazne niż zwykle. - Epidemia jest rządzącym na rękę. Automatycznie wprowadzono kwarantannę, ulice były puste. Reżimowi to pasuje, bo jak nie ma ludzi na ulicach, to nie ma protestów, jest spokojnie, kraj się nie buntuje - zwraca uwagę Ada.

Przyznaje jednak, że sama nie obawia się choroby. - Na początku faktycznie miałam z tyłu głowy, że może to nie jest najlepsze miejsce, żeby zachorować. Teraz jednak uważam, że cała koronawirusowa panika jest trochę podbita przed media. Nie wiem jak jest akurat z COVID-19, ale w przypadku poważniejszego zachorowania ambasada pomaga wrócić do Polski. Koronawirus nie jest jednak moim zmartwieniem, nie boję się i nie myślę o tym - podkreśla.

Wenezuelczycy z biegiem czasu także oswoili się z sytuacją. - W Wenezueli panuje kryzys. Ludzie nie mogą pozwolić sobie na to, żeby nie pracować przez tyle czasu. Powoli zaczęli wychodzić na ulicę. Wszystko zaczęło wracać do normy, chociaż do tej pory funkcjonujemy w rutynie 7/7 - siedem dni radykalnej kwarantanny, siedem dni kwarantanny luźniejszej - opowiada.

W czasie ścisłej kwarantanny otwarte są tylko sklepy spożywcze i apteki, a żeby wyjechać do innego departamentu, potrzebna jest specjalna przepustka zatwierdzona przez władze wojskowe danego regionu.

- Przez te kilka miesięcy to się zatarło. Te kwarantanny teraz wyglądają tak samo. Ludzie tego nie respektują, muszą za coś żyć. Często, np. restauracje z zewnątrz zamknięte są na klucz, ale można przyjść, zapukać i klient jest wpuszczany. Każdy sobie jakoś radzi - opowiada Ada.

- Od poniedziałku wróciliśmy do superultraradykalnej kwarantanny, oficjalnie ze względu na brazylijski szczep wirusa. Ale przez ostatnie miesiące były problemy z benzyną, teraz podobno problem jest z dieslem. W niektórych miejscach ludzie czekali kilkanaście godzin w kolejce do zatankowania. Mówi się, że reżim wykorzystuje sytuację, żeby zakryć problemy z brakiem ropy - mówi podróżniczka.

Podkreśla, że to jest dla Wenezuelczyków większy problem niż koronawirus.

Bo Wenezuela od lat pogrążona jest w kryzysie. Kraj trawi hiperinflacja i kryzys humanitarny. Bolivar (waluta w Wenezueli) jest właściwie bezwartościowy. Minimalna pensja obecnie wynosi dolara miesięcznie.

- Do tej pory nie jestem w stanie odpowiedzieć sobie na pytanie, jak to jest, że ci ludzie przeżywają z dnia na dzień w tych trudnych warunkach - mówi Ada. - Jak Polacy w PRL-u, muszą kombinować, szukać możliwości - dodaje.

Caminantes venezolanos

W ciągu ostatnich kilku lat za granicę uciekło niemal 6 mln ludzi. - To drugi największy kryzys emigracyjny po Syrii, gdzie przecież trwa wojna. Tu wojny nie ma, tymi ludźmi kierują względy ekonomiczne. Na ulicach Caracas stoją opuszczone samochody, bez powietrza w oponach, z powybijanymi szybami. Ludzie zostawili wszystko, żeby szukać możliwości - relacjonuje Ada.

- Jest mnóstwo filmów o "caminantes venezolanos", czyli pieszych, którzy udają się z Wenezueli do, np. Peru, Ekwadoru czy Kolumbii, żeby szukać lepszego życia. Idą pieszo, bo nie mają pieniędzy, żeby zapłacić za transport. To historie ludzi, którzy spędzają miesiąc czy dwa wędrując - mówi Ada.

Wymienia cztery grupy ludzi, funkcjonujących w Wenezueli.

- Pierwsza grupa to ci, którzy pracują za granicą i wspierają swoje rodziny, w miarę możliwości wysyłają pieniądze - tłumaczy.

Druga grupa to ludzie, którzy "kombinują". - Niektórzy robią to uczciwie, a inni kradną. Część ludzi przygotowuje empanady (rogale z mięsnym lub warzywnym farszem - red.), robi soki, cokolwiek, wychodzi na ulicę i próbuje to sprzedać - opowiada.

Kolejna grupa to tzw. enchufados. - Enchufe, to znaczy wtyczka, enchufados to osoby, które mają "wtyki" w rządzie - mówi Ada. -  Oni importują produkty z USA. Kontenery w porcie otwierane są przez wojsko i jak się nie ma "wtyków", to wojsko wszystko konfiskuje i samo dystrybuuje - dodaje.

- Czwarta grupa to - jak określiła to jedna z Polek, z którą rozmawiałam - ci, co nie mogli przeżyć i już nie żyją. I tak jest. W Caracas nie jest źle, ale w innych częściach kraju ludzie cierpią z głodu. Z niektórych zostaje tylko skóra i kości - mówi Ada.

Polka podkreśla, że mimo gigantycznego kryzysu "w Wenezueli można znaleźć i zdobyć wszystko". - Kwestia tego, ile to będzie kosztowało - zwraca uwagę.



- Funkcjonują tzw. bodegones. Bardzo dużo takich miejsc otworzyło się w czasie kwarantanny, mają produkty importowane. Jeden taki bodegón jest w piwnicach mojego budynku. Kiedy tam weszłam, nie mogłam uwierzyć. Było tam wszystko - keczupy, majonezy za 4 dolary, płatki do mleka za 7 dolarów, importowane makarony. To są absurdy Wenezueli. Jest kryzys i ludzie szukają jedzenia w śmieciach, ale jest procent społeczeństwa, który dorabia sobie na układach i na tym kryzysie się bogaci - mówi Ada.

Choć najbiedniejsi muszą przeżyć za dolara miesięcznie, najbogatsi są w stanie zapłacić za szkołę dziecka nawet 25-30 tys. dolarów rocznie. Jedyny obcokrajowiec, jakiego Ada poznała w Wenezueli, to Anglik, który uczy w prywatnej szkole angielskiego. - On zarabia tu 3 tys. dolarów miesięcznie i żyje jak król - opowiada podróżniczka.

Jedno z najniebezpieczniejszych miast

"To najtrudniejszy kraj w jakim byłam" - podkreśliła w jednym z wpisów na Facebooku Ada. Wenezuela to nie tylko kryzys. Caracas to także jedno z najniebezpieczniejszych miast na świecie.

- Trzeba się było przystosować do realiów tutaj i wziąć pod uwagę, że nie ma tu ludzi z zagranicy. Mogę założyć czapkę i okulary, a i tak rzucam się w oczy - mówi.

- Na początku bardzo rzadko wychodziłam sama. Zawsze z kimś, kto wiedział, gdzie może mnie zabrać, a gdzie nie. W zasadzie, to nie ma tu żadnych reguł. Nawet w biały dzień, na ulicy pełnej tłumów można zostać okradzionym - przyznaje.

- Ktoś podchodzi, kładzie rękę na ramieniu, szepnie do ucha: za tobą idzie facet, ma broń, więc wykonuj moje polecenia, oddaj telefon, portfel, kolczyki, biżuterię i taka osoba przerażona oddaje dyskretnie wszystkie kosztowności - opowiada Ada.

Po roku wciąż przestrzega wszystkich środków ostrożności. - Teraz trochę lepiej znam Caracas, ale po mieście najczęściej poruszam się rowerem z moim przyjacielem, sąsiadem. To starszy pan, po pięćdziesiątce, który pokazał mi wiele miejsc. Po niektórych poruszam się tylko z nim - przyznaje.

Opowiada, że zdarzyły jej się dwie niebezpieczne sytuacje. - Na samym początku, kiedy jeszcze nie było kwarantanny w biały dzień, na jednej z głównych ulic, szłam z przyjaciółką i zaczepił mnie gość, który zszedł z motoru. Coś do mnie powiedział, ale zrozumiałam tylko teléfono i mueres, czyli "telefon" i "umrzesz". Chciałam się jeszcze do niego odwrócić i zapytać, o co mu chodzi, ale nie zdążyłam, bo przyjaciółka chwyciła mnie za rękę i zaczęłyśmy biec - wspomina Ada. - Pan krzyczał jeszcze, że to żart, ale to nie był żart. Nie miał dobrych intencji - dodaje.

Innym razem z przyjacielem pojechała w pobliże barrio (slumsów - red.), słynących z obecności gangów. - Nie byliśmy w środku, ale byliśmy dość blisko. Akurat miałam GoPro i kręciłam widok na miasto. Obok przejechało dwóch mężczyzn na motorze. Przyjaciel spytał, czy widziałam, co jeden z nich miał w ręku. Odpowiedziałam, że miał karton z napojem. Wtedy przyjaciel powiedział mi, że siedzący z tyłu na motorze mężczyzna trzymał broń - opowiada Ada.

- Nie widziałam tego, ale kiedy wróciliśmy do domu, odtworzyłam film z GoPro. Wycięliśmy kadr i faktycznie widać tę broń. To było dla mnie takie "wow". Zadawałam sobie pytanie, jak to jest możliwe, że przejechali obok nas, widzieli, że mam kamerę i nic nam się nie stało. Okazało się, że to dlatego, że byliśmy bardzo blisko barrio, a gangi mają zasadę, że nie działają na terenie faweli. Nie kradną tam, gdzie mieszkają. To nas uratowało - dodaje.

Pozytywne zaskoczenia

Ada przyznaje też, że Wenezuela wciąż ją zaskakuje. - Przed podróżą nigdy nie czytam przewodników. Miejsce, do którego jadę chcę poznać własnymi oczami. Do Wenezueli w ogóle nie planowałam przyjechać, więc nawet nie miałam czasu o niej poczytać. Wiedziałam podstawowe rzeczy, m.in., że Caracas to jedno z najniebezpieczniejszych miast na świecie i wyobrażałam je sobie jako ciemne, szare, ponure, obskurne, bo jakie może być? - mówi.

- Pierwsze co mnie zaskoczyło to to, że to miasto wcale takie nie jest - podkreśla. - Jest położone w dolinie, od Morza Karaibskiego dzieli je pasmo górskie, zawsze widać góry. Wszędzie jest zielono. Nad miastem latają papugi. Ary niebieskie są jak gołębie w Krakowie - opowiada podróżniczka.

- W centrum miasta rosną mango, papaje. To było dla mnie zaskakujące, że można tu spotkać tak dużo natury - dodaje.

Zauważa też, że miasto jest bardzo różnorodne i wciąż widać jego wielokulturowość. - Wiele osób przyjeżdżało tu za pracą - Włosi, Portugalczycy, Hiszpanie. Portugalczycy słyną z tego, że zakładali piekarnie. Jak się mówi, że jest piekarnia portugalska, to znaczy, że to jest dobre pieczywo. Włosi zakładali kawiarnie, Hiszpanie tawerny. Widać pozostałości tej imigracji - podkreśla.

Niekwestionowanym plusem Wenezueli są ludzie. - Tu można porozmawiać z kimś na ulicy dwie minuty i już jest naszym przyjacielem. Nie ma dystansu. Dostaję wiele wiadomości od Wenezuelczyków, którzy obserwują moje relacje, zapraszają mnie gdzieś, radzą mi - przyznaje.

- Zdarzyło mi się, że przy wychodzeniu z knajpy ktoś mnie zaczepił i mówi: a, to ty jesteś ta, co była w więzieniu. Odpowiedziałam, że to nie ja, nie byłam w żadnym więzieniu, a wtedy on powiedział: to jesteś ty, zostałaś uwięziona w Wenezueli przez pandemię, obserwuję Cię - opowiada.

"Mam kilka domów"

Jak długo jeszcze zostanie w Wenezueli? Nie wiadomo. Co najmniej do 1 czerwca zamknięte są granice lądowe. Samoloty z Wenezueli odlatują tylko do pięciu państw - na Dominikanę, do Panamy, Meksyku, Iranu i Turcji. - Do Kolumbii musiałabym lecieć, np. przez Panamę, a to kosztowne - przyznaje.

O podróżach marzyła od zawsze i jak sama przyznaje, "czuje, że jej dusza jest latynoska". - Wierzę, że wszechświat nas prowadzi i że to wszystko potoczyło się tak w jakimś konkretnym celu - podkreśla.

- Teraz powoli czuję, że chciałabym przedostać się do Kolumbii, ale to nie jest tak, że muszę. Czuję, że to może nie jest najlepszy czas, żeby wrócić do Europy. Chciałabym wrócić do Polski latem, być w domu na wakacje - mówi Ada.

Pytana, gdzie jest jej dom, odpowiada: "mam kilka domów". - W Polsce mam swój dom, tam jest moje miejsce fizycznie. Ale dom jest też tam, gdzie jest nasze serce. Czuję, że Wenezuela, Caracas jest moim domem. Spotkało mnie tutaj bardzo wiele dobrych rzeczy - podkreśla.