archiwum prywatne Fot. Andrzej Czech
Harald Kittel 05:00 24.07.21

Przyrodnicze hobby, czyli prywatne rezerwaty

K

K iedy dr Andrzej Czech, mieszkający w Bieszczadach, usłyszał świst kuli ze sztucera przelatującej obok jego skroni, nie miał czasu na strach i myślenie o śmierci oraz o tym, że pocisk poleciał w stronę nieosłoniętej niczym wsi. Momentalnie ruszył w kierunku dwóch myśliwych, którzy wieczorem wybrali się na jego grunty, by zapolować na sarny. Jego pola i las są wyłączone z obwodu łowieckiego. Tu polować nie można. A byłoby na co. Są tu bobry, sarny, jelenie, wilki, bywa, że pojawiają się i niedźwiedzie. W ciągu 30 lat przyroda sama wróciła do swoich korzeni, a teren zamienił się w prywatny rezerwat.

Reklama

W Polsce są 23 parki narodowe. Jednak od 20 lat nie powstał żaden nowy. Z 1502 rezerwatów większość to państwowe obszary chronione. Według Generalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska tylko 20 z nich jest na prywatnych gruntach.

- Ochrona rezerwatowa, nawet na gruntach Skarbu Państwa, przeżywa spektakularny kryzys - uważa dr Andrzej Jermaczek z Lubuskiego Klubu Przyrodników w Świebodzinie. - W latach 90. ubiegłego wieku powstawało 30 do 50 rezerwatów rocznie. W ubiegłym roku powstał chyba tylko jeden, w tym - do tej pory dwa - dodaje.

Reklama

Najnowsze wydanie Tygodnika co sobotę w Twojej skrzynce. Zapisz się do newslettera >>

Jego organizacja pod swoją kuratelą ma kilka obszarów łąk kserotermicznych i bagnisk. Z kilkuset hektarów posiadanych na własność lub dzierżawionych, większość jest dla ludzi niedostępna. Ale w stacji terenowej w Owczarach można zwiedzić "Muzeum łąki" i przejść ścieżką dydaktyczną. Podobne społeczne rezerwaty stworzyły, m.in. stowarzyszenie Pro Natura i Ogólnopolskie Towarzystwo Ochrony Ptaków.

Zakładanie ich nie należy do łatwych. Według dr. Jermaczka przeszkadzają przepisy, które miały chronić polską ziemię przed masowym wykupem. - Aby zgodnie z obecnymi przepisami kupić teren, trzeba by go dzielić notarialnie na znacznie mniejsze działki, aby, np. organizacja społeczna mogła spełnić warunki ustawowe - mówi Jermaczek.

Rezerwaty mogłoby jednak zakładać państwo. - Inwentaryzujemy obszary, które kwalifikują się do objęcia ochroną rezerwatową, zakończyliśmy prace w trzech województwach: lubuskim, opolskim i łódzkim. Tylko w tych trzech regionach jest 200 takich miejsc - mówi Jermaczek.

"Można by z tego nieźle wyżyć"

Andrzej Czech, doktor biologii środowiskowej, pasjonat odnawialnych źródeł energii, od ponad 30 lat gospodaruje na 65 hektarach ziemi w Michniowcu. Grunt po Państwowym Gospodarstwie Rolnym kupił w 1989 roku na przetargu od państwa. Najpierw prawie 60 hektarów gruntu z lasem, następnie jeszcze pięć hektarów lasu.

- Plan był taki, żeby teren był wykorzystywany turystycznie. Ze znajomymi przyrodnikami zrobiliśmy jednak badania, które wykazały, że łąki są cenne przyrodniczo - mówi dr Czech o zarzuconym projekcie i wyjaśnia, że zamiary obejmowały całą letniskową wioskę. Zamiast tego po kilkunastu latach powstała w zupełnie innym miejscu Bieszczadzka Wytwórnia Piwa Ursa Maior, którą prowadzą wspólnie z dziewczyną Agnieszką Łopatą, doktorem inżynierii ochrony środowiska. - Na las w tamtym czasie nie bardzo zwracałem uwagę, nie miałem czasu tam chodzić - mówi biolog.


W ciągu 20 lat w Michniowcu pozostawiony w spokoju przez właściciela las świerkowy z domieszką brzozy i sosny zmienił się nie do poznania. Pojawiły się nowe gatunki, których wcześniej tam nie było.

- Dziś mam wrażenie, że ostatnio ten proces zmian przyspieszył - mówi przyrodnik. - Ten las za 50 lat będzie wyglądał jeszcze inaczej - dodaje. Susza spowodowała, że obok zamierających świerków pojawiło się nagle kilkaset siewek dębu. Można zaobserwować także młode buki. - Drzewa sadzą mi sójki.

- Mój popegeerowski teren nagle stał się hiperatrakcyjny przyrodniczo, a jego wartość dla innych gatunków wzrosła o tysiąc procent. Pojawiły się jelenie, dziki, wilki i niedźwiedzie, których tu nigdy wcześniej nie widziałem - mówi Czech. Ostatnio na bobrowych stawach zaobserwowano niezwykle rzadką czaplę purpurową.

- Można by z tego nieźle wyżyć - mówi biolog, który mieszka w samowystarczalnym energetycznie domu i nie jest podłączony do sieci energetycznej.

Jego "rezerwat" nie stanie się jednak atrakcją.

- Przyjeżdżają do mnie turyści, nawet z Wielkiej Brytanii, Niemiec. Lubię pokazywać te tereny ludziom, którzy są zainteresowani. Ale wpuszczenie turystów na większą skalę spowodowałoby, że obszar przestałby być tak dziki, jak jest teraz - mówi Czech.

Z kolei na rezerwat jest jego zdaniem za wcześnie. - Procedur i warunków do spełnienia jest dużo, a teren ma jeszcze zbyt małą wartość przyrodniczą - mówi właściciel rancza. - Może za kolejnych 30 lat - dodaje.

Kraina bobrów

Popegierowskie bieszczadzkie pola Andrzeja Czecha, na których intensywna gospodarka rolna zatrzymała się po ich uprzednim zaoraniu, w dzikie łąki zamieniły się niemal samoistnie.

- Łąki te są wyjątkowe - mówi Andrzej Czech. - Kiedy upadał PGR, ten teren był jeszcze skolonizowany przez wierzby. Część usunąłem, zaczęliśmy też hodować hucuły, które wpływają na roślinność, zgryzając drzewa - wyjaśnia przyrodnik.

- Wypasanie i koszenie raz do roku korzystnie wpływa na różnorodność gatunkową - mówi gospodarz o swoim "ranczu". W obniżeniach na łąkach znalazł rzadkie gatunki storczyków. Pola stały się bezpiecznym siedliskiem dla ptaków drapieżnych i derkaczy.

W 2006 roku pojawiły się bobry, w krótkim czasie dokonując znacznej metamorfozy. - Na swoim terenie mam teraz około 13 tam, które tworzą serię kaskad i rozlewisk - mówi przyrodnik, który od czasów technikum leśnego pasjonuje się życiem ziemno-wodnych zwierząt.

- Wcześniej był tu rodzaj kanału. Potok na terenie PGR był czymś nienormalnym i niepożądanym - tłumaczy.

Teraz tam, gdzie dotąd wody było mało, przez cały rok jest jezioro, nawet w najbardziej suchych miesiącach.

Krajobraz zmienia się nieustannie, bobry wycinają część drzew, tworzą się potężne rozlewiska, kanały, zakrzaczenia i trzcinowiska. - Cały ten teren jest jak gąbka - mówi przyrodnik, wskazując, że jego rozlewiska, to laboratorium retencji. Natura sama zapobiega powodziom i zapewnia obfitość wody całej okolicy. 15 bobrów z dwóch rodzin wydobyło potencjał tego obszaru.

Prywatny rezerwat

- To jest maleńkie, ale pięknie funkcjonuje - mówi Jacek Czeczot-Gawrak, były dyrektor Łazienek Królewskich, projektant architektury i wnętrz, historyk sztuki i konserwator o "Stawach Gnojna im. Rodziny Bieleckich" na Mazowszu. To pierwszy polski prywatny teren chroniony prawnie, wpisany na państwową listę rezerwatów. Położony niedaleko Mszczonowa w powiecie żyrardowskim obszar niespełna 20 hektarów stawów, którymi zarządzało Państwowe Gospodarstwo Rybackie, leży w dolinie rzeki Pisi Gągoliny, nie jest eksploatowany i powoli zarasta. Otacza go pas otuliny o szerokości 700 metrów i powierzchni ponad 136 hektarów. W XIX wieku prosperowały tam stawy rybne.

- Zastanawialiśmy się, w którym kierunku pójść, rozmawialiśmy z przyrodnikami, m.in. z Andrzejem Kruszewiczem - mówi Jacek Czeczot-Gawrak. Obecny dyrektor Miejskiego Ogrodu Zoologicznego w Warszawie wskazywał, że akweny są cenne przyrodniczo. Żyje tam rzekotka drzewna i kumak nizinny, stwierdzono obecność 100 gatunków ptaków. Gniazdują kszyk i remiz. Ostoję znalazło trzynaście gatunków ssaków w tym: piżmak, łasica, tchórz zwyczajny, wydra oraz lis. Rosnące tam narecznica grzebieniasta i goździk pyszny uznawane są za zagrożone wyginięciem w Polsce.

W 2004 roku wojewoda mazowiecki na wniosek właściciela ustanowił tam obszar ścisłej ochrony. Grunty są prywatne, ale rezerwat - państwowy.

- Państwo jest doskonałym partnerem - mówi Jacek Czeczot-Gawrak, choć wstęp na teren chroniony jest wzbroniony. Właścicielom przysługiwało jednak prawo hodowli ryb. Zrezygnowali, by nie przyciągać kłusowników z "elektrycznymi" wędkami.

- Spacer zawsze można sobie zrobić, bo droga przebiega tuż obok - mówi współzałożyciel rezerwatu.

Bagna w Gubinie. Przyrodnicze "hobby"

W marcu minęło 10 lat odkąd Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska uznała "Gubińskie Mokradła" za rezerwat. W 2008 roku Agencja Mienia Wojskowego sprzedała 200 hektarów dawnego wojskowego poligonu, na podmokłym obszarze w dolinie Budoradzanki, małego dopływu Nysy Łużyckiej. Remigiusz Wachowiak, przedsiębiorca z Kórnika w Wielkopolsce, myślał o inwestycjach, jednak okazało się, że połowa terenu, który przekazało wojsko, to bezużyteczne pod tym względem bagna i grzęzawiska.

Z inwentaryzacji Klubu Przyrodników ze Świebodzina wynikało jednak, że na cennym przyrodniczo terenie występuje 116 gatunków ptaków, a ponad 50 to gatunki zagrożone. Żyją tam m.in. bataliony, czarny bocian, łabędź krzykliwy i bielik.

Właściciel zdecydował się połowę swojego gruntu przeznaczyć na ochronę przyrody.

- Nie zrobiłem tego dla reklamy ani rozgłosu. To ma być dla ludzi. Chcę to też zachować dla moich dzieci, które studiują kierunki związane z ochroną przyrody - powiedział Wachowiak "Gazecie Lubuskiej" w 2011 roku. - Przyrodę traktuję jako hobby - dodał.

Na rezerwacie zarobić się jednak nie da.

- Właściciel takiego gruntu zostaje objęty 23 zakazami. W dodatku nie jest zwolniony z podatku gruntowego, a formalnie sam nie ma wstępu na swój własny teren - mówi dr Andrzej Jermaczek.

Najnowsze wydanie Tygodnika co sobotę w Twojej skrzynce. Zapisz się do newslettera >>

Tylko dzięki funduszom wspólnotowym właściciel na rezerwacie nie traci. - Są programy unijne, dopłaty rolno-środowiskowe, które rekompensują utratę niektórych korzyści rolniczych - mówił "Gazecie Lubuskiej" Wachowiak.

"Utworzenie rezerwatu "Gubińskie Mokradła" obudziło nadzieję, że będzie to precedens dla rozwoju rezerwatowej ochrony przyrody na gruntach prywatnych" - pisał dr Jermaczek w dziesięciolecie Gubińskich Mokradeł. Zdawało się, że pozwoli to na wypracowanie zasad współpracy państwa z właścicielami prywatnych gruntów, którzy chcą na swoich terenach chronić dziką przyrodę. "Niestety, tak się nie stało" - dodał Jermaczek.

Państwowych rezerwatów na prywatnych gruntach wciąż jest bardzo mało.