Reklama

Firma twierdzi, że zrealizowała wreszcie marzenie o idealnym work-life balance: nie musisz myśleć o pracy w domu, a będąc w domu, nie myślisz o pracy. W rzeczywistości bohaterowie serialu zostają wprzęgnięci w perfekcyjny mechanizm kontroli i pozbawieni ciągłości doświadczenia. Koniec końców zostają oddzieleni od samych siebie i od historii, która kształtuje człowieka jako integralną całość.

Od rodziny do usługodawcy

Coraz wyraźniej widać, że relacje, które naturalnie osadzone były w środowisku rodzinnym, opartym na lojalności i obowiązku, przekształcają się w kierunku zależności usługowych. W wielopokoleniowym domu łatwiej - choćby przez sam fakt współdzielenia przestrzeni - zająć się niedomagającą babcią. Dziś samotni seniorzy, jeśli mają szczęście posiadania dzieci, liczą raczej na to, że uda się razem opłacić pomoc domową, bez której często pozostają uwięzieni we własnych mieszkaniach. 

Reklama

Utrwala się przekonanie, że dobrze opłacony pracownik socjalny prawdopodobnie lepiej zajmie się naszą matką wymagającą opieki niż my sami. Jednocześnie gubimy z oczu inny wymiar tego procesu: taki układ oddala nas od siebie, jeszcze silniej nas autonomizuje i pozbawia napięcia relacyjnego, z którego rodzi się bliskość. W skrajnym wypadku możemy dojść do wniosku, że każdą potrzebę da się kupić. Transakcyjny model relacji, właściwy dotąd głównie sferze zawodowej, dyskretnie wypiera bezinteresowność życia prywatnego. Kawałek po kawałku odziera nas z poczucia, że nie wszystko robimy dlatego, że to się opłaca.

Zewnętrzne mózgi wspólnoty

Niedawno ukazała się w polskim tłumaczeniu książka Mariany Mazzucato i Rosie Collington pt. Wielka ściema. Jak firmy konsultingowe odbierają sprawczość rządom, pokazująca, jak uzależnienie państw od doradców osłabia instytucje publiczne i ich zdolność działania. Centralnym problemem tej publikacji jest wskazanie konsekwencji - zarówno dla demokracji, jak i dla zdolności realizowania długofalowych celów politycznych - podporządkowania rządów logice wielkich firm konsultingowych. Zmusza to do zadania prostego pytania: kto tak naprawdę siedzi przy stole, gdy kreowane są polityki publiczne, i jakie praktyczne konsekwencje ma to dla nas wszystkich. 

Pytam Rosie Collington o nastrój, jaki panuje wokół tego tematu.  Istnieje bowiem pokusa, by myśleć o outsourcingu kolejnych elementów naszego życia w kategoriach teorii spiskowej. Współautorka książki traktuje poważnie lęk, który spowodował, że postawiłem takie pytanie. "Teorie spiskowe bujnie się rozwijają tam, gdzie w polityce brakuje przejrzystości i rozliczalności, a jednocześnie silne jest poczucie technokratyzacji" - mówi. To właśnie na takim gruncie outsourcing kolejnych sfer naszego życia łatwo daje się opowiedzieć jako ukrytą intrygę. Collington proponuje inne wyjaśnienie: "Rozplątanie kwestii monumentalnego wzrostu globalnego rynku konsultingu i próba zrozumienia, co go napędza - potraktowanie poważnie wyzwań, na które zwraca uwagę wiele osób i komentatorów, zamiast zamiatania ich pod dywan i udawania, że problemów nie ma - jest więc dokładnie tym, co pozwala budować politykę opartą na rzeczywistości." Nie chodzi więc o tropienie spisków, lecz o to, by zobaczyć, jak decyzje o tym by zlecać kolejne zadania przypisane do tej pory państwu na zewnątrz, zmieniają samo rozumienie polityki.

Państwo na respiratorze

Wydaje się bowiem, że właściwsze od pytania "kto za tym naprawdę stoi" jest sformułowanie go w kierunku "jak to jest zorganizowane". Collington podkreśla: "Dopiero kiedy zaczniemy rozumieć, jak realnie funkcjonują aktorzy i infrastruktury w naszych gospodarkach, możemy zacząć identyfikować prawdziwe bariery dla lepszych sposobów życia - oraz konieczne przekształcenia systemów publicznych i prywatnych, które kształtują nasze codzienne doświadczenie". Kiedy państwo zleca podmiotom zewnętrznym kolejne zadania, trudno oczekiwać od nich, że np. przejmą one troskę o wizję tego, jak miałby wyglądać dobrze ułożony świat stosunków społecznych. Nie jest to zarzut dotyczący złej woli, lecz przypomnienie, że żadna "eksperckość" nie jest ideowo pusta i pozbawiona interesu. "Kiedy uczestniczą w istotnych procesach tworzenia polityk i rządzenia, dlaczego mielibyśmy zakładać, że nie wpływają na te procesy?" - pyta Collington. I tak praktyka pokazuje, że dla rządzących pokusa outsorcingu bywa zbyt kusząca i są w stanie ją realizować nawet za cenę realnych strat, jakie ponosi z tego tytułu wspólnota. Dlaczego? Choćby z motywacji asekuranckich. W świecie, gdzie obietnice wyborcze i skuteczna polityka ustępują PR-owi, w którym przez większość czasu klasa polityczna zajmuje się raczej rozmywaniem odpowiedzialności niż staniem na straży głoszonych idei — czymś nie do przecenienia w razie fiaska we wdrożeniu istotnej zmiany bądź realizacji celu strategicznego — jest posiadanie pod ręką kozła ofiarnego.    

Tak samo jak w przypadku utraty unikalnego doświadczenia w ramach rozdzielenia "ja" na poziomie indywidualnym, możemy odnieść owo “rozdzielenie" do państw. "Outsourcing osłabia zdolność rządów do »uczenia się przez działanie«, ostatecznie może podważać zdolność do rozwijania kompetencji w czasie, prowadząc do wydrążenia struktur od środka" - argumentuje Rosie Collington. Zauważmy, że kiedy kolejne strategie czy projekty reform zlecane są na zewnątrz, państwo traci nie tylko kontrolę nad wykonaniem, ale także nad samym procesem uczenia się na błędach. Po kilku cyklach takiej współpracy administracja publiczna zaczyna przypominać człowieka, który zamiast korzystać z oddychania własnymi, zdrowymi płucami, wybiera respirator. 

Spór o koszty, gra o wyobraźnię

Kluczowa kwestia dotyczy nie tylko finansów, choć Collington zauważa, że wiele środków przekierowanych na konsulting często okazuje się w długim i krótkim okresie droższe niż opłacenie i zrekrutowanie odpowiednich specjalistów do sektora publicznego. Wydaje się jednak, że gra toczy się przede wszystkim o wyobraźnię. "To kwestia kulturowej zmiany w myśleniu o roli państwa i osób przez nie zatrudnianych - powinniśmy postrzegać zatrudnianie przez rządy kompetentnych, wykwalifikowanych urzędników jako coś bardzo dobrego, a nie jako koszt czy obciążenie, które należy minimalizować". - mówi Collington. 

W świecie, w którym "odchudzanie państwa" bywa hasłem odruchowo pozytywnym, Collington i Mazzucato zadają zasadne pytanie: co właściwie obcinamy? Jedną z niewątpliwych zalet ich rozważań jest to, że nie napisały manifestu przeciwko outsourcingowi jako takiemu. Przeciwnie, gdy zadaje pytanie, "czy istnieją usługi lub funkcje, które można bezpiecznie outsourcować", Collington studzi pokusę prostych recept na skomplikowane zagadnienia: "W wielu sytuacjach może być tak, że zaangażowanie innego aktora w świadczenie jakiejś usługi leży zarówno w interesie rządu, jak i szerszej publiczności".

Zamiast tabeli z rubryką "co wolno" i "czego nie wolno", proponuje inną zasadę: "Nie apelujemy o to, by rządy tworzyły listę sztywnych kryteriów, określających, które funkcje można, a których nie można outsourcować, lecz raczej o to, by decyzje były podejmowane krytycznie i strategicznie." Żeby pokazać, co ma na myśli, sięga po przykład, który na pierwszy rzut oka wygląda banalnie. "Można by powiedzieć: coś ‘funkcjonalnego’, jak zapewnianie posiłków dla uczniów, równie dobrze można zlecić na zewnątrz." Badaczka zwraca jednak uwagę na niebagatelną kwestię: "To przykład obszaru o ogromnym potencjale ‚spilloverów’, jeśli robi się to wewnątrz szkoły lub we współpracy z lokalną organizacją społeczną albo biznesem, który realnie troszczy się o zdrowie dzieci." 

W tym przykładzie mieści się cały alternatywny model relacji, jaki możemy sobie wyobrazić między państwem a podmiotami, którym coś ono zleca. "Inni pisali podobnie o potencjale takich ‘partnerstw publiczno‑wspólnotowych’, w których sektor publiczny zawiera umowy z lokalnymi organizacjami - firmami działającymi np. w modelu spółdzielczym oraz NGO - po to, by zyski z kontraktów były zawracane do społeczności i wspierały lokalne gospodarki, zamiast być wysysane przez multinarodowe korporacje jako zysk z outsourcingu." - zauważa Collington. 

Między państwem a wspólnotą

Ostatnim problemem, o jakim rozmawialiśmy, a który wydaje się fundamentalny, jest funkcja edukacyjna takiego systemu. Sprzyja on przesuwaniu ciężaru bycia obywatelem z pozycji troski o dobro wspólne w kierunku czysto klientelistycznego nastawienia do państwa. Collington widzi to w następującym continuum: "Wraz z wprowadzeniem reform neoliberalnych w wielu częściach świata wielu obywateli zaczęło patrzeć na swoje rządy przede wszystkim jako na podmioty naprawiające rynki i gwarantujące świadczenie usług, a nie jako na przestrzeń polityki - miejsce, w którym ich własne materialne i inne interesy można wywalczyć i negocjować". Ten obraz państwa jako "gwaranta usług" jest z pozoru racjonalny, ale ma swoją cenę. 

Jeśli rząd staje się tylko dostawcą, obywatel przestaje widzieć siebie jako uczestnika polityki, a zaczyna jako klienta. Wtedy także spór o outsourcing zdrowia, edukacji, opieki łatwo zredukować do pytania o efektywność, tracąc z oczu to, co dzieje się z zaufaniem i poczuciem przynależności. "Mam nadzieję, że możemy powrócić do świata, w którym dostrzegamy potencjał państw do działania w interesie publicznym - a jednocześnie widzimy ograniczenia tego potencjału w ramach współczesnego kapitalizmu". - podkreśla Rosie Collington. 

Odpowiedzialność w chmurze?

W świecie, w którym polityka coraz częściej wygląda jak usługa subskrypcyjna, współautorka Wielkiej ściemy... przypomina, że stawką outsourcingu nie jest tylko to, kto wystawia fakturę. Także, a może przede wszystkim to, czy w ogóle potrafimy jeszcze mówić o państwie jako o naszym narzędziu działania, a nie tylko o firmie, którą zmienia się, gdy przestaje spełniać nasze oczekiwania.