archiwum prywatne Napromieniowani.pl/Maciej Bogaczyk
Iwona Wcisło 05:00 24.04.21

​Samosioły. Ostatni ludzie Czarnobyla

M

M ówią, że "przez atom" stracili wszystko. Wysiedlono ich po katastrofie w Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej, ale się zbuntowali i wrócili. Wbrew zakazom, promieniowaniu i zdrowemu rozsądkowi. Wielokrotnie wyrzucani wracali i na nowo zrywali milicyjne plomby. W końcu władza machnęła na nich ręką. Dziś żyje ich zaledwie garstka. Zmagają się z samotnością i chorobami podeszłego wieku. Poznajcie ludzi ze stali. Za kilka lat staną się historią.

Reklama

Czarnobyl. 26 kwietnia 1986 roku. Godzina 1:23. W wyniku nieudanego testu bezpieczeństwa dochodzi do eksplozji czwartego reaktora elektrowni jądrowej. Do atmosfery dostają się ogromne ilości izotopów promieniotwórczych. Skażeniu ulega teren, na którym mieszka około 140 tys. osób. Świat staje w obliczu największej katastrofy w historii energetyki jądrowej.

Prypeć. 27 kwietnia 1986 roku. Godzina 14:00. Rozpoczyna się przymusowa ewakuacja mieszkańców. Do miasta wjeżdża 1200 autobusów i 250 ciężarówek. Podstawiono dwa pociągi. Porządku pilnuje 1500 milicjantów. Obiecują, że to tylko na trzy dni. Ludzie biorą najpotrzebniejsze rzeczy.

Reklama

Pozostałe miejscowości w promieniu 30 km od reaktora. 29 kwietnia 1986 roku. Zaczyna się stopniowa ewakuacja wszystkich mieszkańców. Jeszcze nie wiedzą, że już nigdy nie wrócą do swoich domów. A przynajmniej większość z nich.

Wszystkie drogi prowadzą do domu

Strefa Wykluczenia wokół Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej. Teren o powierzchni 2600 km2. Skażony, zakazany, otoczony drutem kolczastym. Dla wysiedlonych najbliższe sercu miejsce na Ziemi.

Niektórzy postanowili wrócić. Wbrew zakazom władzy i zdrowemu rozsądkowi. Pokonali pieszo dziesiątki kilometrów. Przez lasy i bagna, omijając strażników i przedzierając się przez druty kolczaste. By zerwać milicyjną plombę i znów zamieszkać w rodzinnym domu.

Po powrocie rozpalali w piecu, a dym z komina zdradzał ich obecność. Zaalarmowane służby wywoziły ich poza Strefę Zamkniętą, ale oni wracali. Milicja znów ich wywoziła. I tak kilka razy, aż zostali na dobre. Nazwano ich samosiołami, czyli samoosiedleńcami. Nie podoba im się ta nazwa. W końcu to ich ziemia i ich domy.

Szacuje się, że do Strefy Wykluczenia wróciło od 1400 do 3000 osób, ale wciąż brak rzetelnych opracowań na ten temat. Obliczeń nie ułatwiał ciągły przepływ ludzi w obie strony. Sytuacja demograficzna na tym terenie ustabilizowała się dopiero po kilku latach.

- Pierwsze powroty zaczęły się już tydzień po ewakuacji, ale najwięcej miało miejsce rok po katastrofie, czyli w 1987 roku - opowiada Krystian Machnik z grupy Napromieniowani.pl, organizator pomocy humanitarnej dla samosiołów. - Część ludzi wyrzucono, inni stwierdzali, że nie ma tu już warunków do życia i sami wyjeżdżali. Ci najbardziej uparci wracali kilkakrotnie, aż milicja machnęła na nich ręką.

Napromieniowani.pl to nieformalna grupa zrzeszająca eksploratorów, fotografów i znawców tematyki Czarnobyla. Nieobca im również Białoruska Strefa Zamknięta i Fukushima. Od 2016 roku organizują pomoc humanitarną dla samosiołów, czyli ludzi zamieszkujących Strefę Wykluczenia utworzoną wokół Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej. Przywożą im żywność, ciepłą odzież i niezbędne rzeczy, a także pomagają w pracach przydomowych - wykonują drobne naprawy, rąbią drewno czy przynoszą wodę ze studni. Najważniejsze jest jednak to, że poświęcają im swój czas, tak ważny w opuszczonym świecie.

Wysoka cena powrotu

- Ludzie, którzy zamieszkiwali okoliczne tereny Czarnobyla, byli bardzo przywiązani do swojej ojcowizny, ziemi przekazywanej z pokolenia na pokolenie - tłumaczy Tomasz Ilnicki, autor książki "Czarnobyl i Fukushima". - W naszej kulturze za pracą jesteśmy w stanie wyjechać do innego miasta, a dla nich ta mała ojczyzna, ziemia, na której żyli, była czymś najważniejszym. Oderwani od niej przeżywali koszmar. W jednej chwili stracili wszystko, co mieli.

Według Ilnickiego, przywiązanie do ziemi to niejedyny powód trudności adaptacyjnych i desperackiej chęci powrotu. Ludzie ci często trafiali do miejsc o znacznie gorszych warunkach, niż te, do których byli przyzwyczajeni - dotyczyło to głównie mieszkańców bogatej, jak na standardy radzieckie, Prypeci. Albo odwrotnie - mieszkańcy wsi trafiali do miasta, w którym nie potrafili się odnaleźć. 

Wysiedleńców wywożono też do wsi położonych poza granicą Strefy Wykluczenia. Zostawiano ich na środku drogi i zachęcano gospodarzy, by przyjęli ich pod swój dach. Wystraszeni ludzie byli oglądani i wybierani niczym towar na targu. A gdy już trafili do jakiegoś domu, to musieli żyć pod jednym dachem z zupełnie obcymi osobami.

Część wysiedleńców otrzymała mieszkania poza kolejnością, co odbywało się kosztem lokalnej społeczności i stało się zarzewiem konfliktów. Wszędzie też towarzyszyła im stygmatyzacja. Obawiano się, że są "skażeni". Nie byli mile widziani.

Cena, jaką zapłacili, za powrót na rodzinną ziemię była wysoka. Ucierpiały ich relacje rodzinne. Skazali się na życie w trudnych warunkach i samotność. W książce "Czarnobyl i Fukushima" znajdziemy wzruszającą opowieść babuszki Marusi:

Towary deficytowe? Zdrowie, towarzystwo i chleb

- Według danych administracji, w Strefie Zamkniętej żyje 99 samosiołów. My odwiedzamy tych z opuszczonych wiosek, gdzie jest ich nie więcej niż 30 - tłumaczy Krystian Machnik. - Samosioły mieszkają obecnie w pięciu miejscowościach. Największe skupiska są w Czarnobylu oraz we wsiach Kupowate i Teremci. Spotkamy ich również w miasteczku Poliske oraz wsi Paryszew, gdzie żyje dosłownie po jednej osobie.

W najlepszej sytuacji znajdują się samosioły z Czarnobyla. Mają murowane mieszkania, prąd, dostęp do bieżącej wody i infrastrukturę, która umożliwia im normalne funkcjonowanie. Na miejscu działają sklepy i szpital. W razie pogorszenia stanu zdrowia, mogą liczyć na szybką pomoc. Na co dzień spotykają innych ludzi - nie tylko samosiołów, ale też pracowników strefy. To niemal luksus.

Co innego ludzie rozsiani po okolicznych wioskach. Tam czas się zatrzymał. Samosioły mieszkają w drewnianych chatach, bez bieżącej wody i kanalizacji. Ale mają piec. Można na nim gotować, ogrzać chatę, a zimą urządzić na nim łóżko. Niektóre domy rozpadają się, nie zważając na mieszkającego w nim człowieka.

- Warunki, w jakich przyszło żyć samosiołom we wioskach, zmuszają ich do ciągłej fizycznej pracy - opowiada Machnik. - Aby ogrzać chatę czy coś ugotować, muszą narąbać drewna. Wodę trzeba nabrać ze studni, a potem donieść ją do domu. Nie zawsze jest im łatwo, bo nogi z wiekiem coraz częściej odmawiają posłuszeństwa.

Choć żyją tu poza prawem, nie są zostawieni bez opieki państwa. Ta jednak sprowadza się do niezbędnego minimum.

Dzięki administracji Czarnobylskiej Strefy Wykluczenia większość samosiołów ma prąd. No chyba że akurat na linię zwali się jakieś drzewo, o co w zasadzie nie jest trudno. Wtedy przez jakiś czas go nie ma. Jeśli ktoś poczuje się gorzej, może wezwać pomoc. Telefon to podstawa, kiedy mieszka się na takim odludziu. Przyjadą z Czarnobyla. Za kilka godzin, na drugi dzień. Albo wcale. Ale czy ktoś ich zmuszał, by tu wracali?

Administracja dba również o zaopatrzenie samosiołów. Kiedy było ich więcej, obwoźny sklep przyjeżdżał do wiosek co tydzień. Teraz nikomu to się nie kalkuluje. Muszą zadowolić się zakupami raz na 4-5 tygodni. Jeśli mają pecha i akurat napada dużo śniegu, poczekają na jedzenie trochę dłużej. Wszystko w takim sklepie jest odpowiednio droższe - wszak musi on pokonać wiele kilometrów, by dotrzeć do klientów.

Raz w miesiącu przywożą samosiołom emeryturę. Nie za bogatą. Średnio 1800 hrywien. W przeliczeniu na nasze to około 300 zł. Ale w końcu, po co im więcej pieniędzy? Na rachunki i zakupy powinno wystarczyć.

Do strefy może wjechać każda pełnoletnia osoba. Wystarczy, że wykupi przepustkę. Każdy samosioł może wpisać na listę 10 osób, które mogą go odwiedzać bezkosztowo. Jeśli nie umieszczą na niej kogoś z rodziny, to za wjazd będzie musiał zapłacić.

Towary deficytowe? Zdrowie, towarzystwo i chleb. Tego ostatniego nie da się kupić na cały miesiąc. Zepsuje się, a zamrozić udaje się tylko kilka bochenków. Więcej nie pomieści lodówka, która czasy świetności ma już dawno za sobą.

Otwarci i gościnni

Jacy są samoosiedleńcy? Uparci. Wytrzymali. Ale też niezwykle otwarci i gościnni. Od razu zapraszają do stołu, który ugina się od jedzenia. Nikomu nie żałują samogonu.

- Trzeba mieć silny charakter, żeby mimo przeszkód wrócić do takiego surowego świata i przetrwać w nim tyle lat - tłumaczy Krystian Machnik. - Ale to, co najbardziej rzuca się w oczy, to ich niezwykła otwartość.

Każda babuszka chce się pokazać z jak najlepszej strony. Widać, jak konkurują między sobą o to, która lepiej zadba o gości. Potrafią się nawet obrazić, że ktoś wcześniej zajrzał do innej.

- Często mam wrażenie, że jak długo będziemy siedzieć, tak długo babuszka będzie nam nakładać jedzenia, aż w końcu dla niej zabraknie. Na nic zdają się zapewnienia, że nie jesteśmy głodni, bo zjedliśmy już wcześniej trzy obiady w innych chatach - opowiada Machnik i dodaje:

Również na Tomaszu Ilnickim to właśnie otwartość samosiołów zrobiła największe wrażenie.

- Oni zawsze się cieszą, kiedy ktoś ich odwiedza. Urzekła mnie ich gościnność. Zawsze witał nas suto zastawiony stół - relacjonuje. - Większość samosiołów pędzi bimber, którym chętnie częstują gości. I przyznam, że pod tym względem te wizyty są trochę stresujące. Z góry wiadomo, że trzeba będzie pić. Po odwiedzinach w trzech chatach człowiek jest już mocno zawiany.

Ale coś jeszcze wybija się tu na pierwszy plan. Przejmująca samotność. Wielu z nich miesiącami nie ma do kogo się odezwać. Dla nich każde odwiedziny to wielkie wydarzenie. Zwłaszcza, gdy w progu stają członkowie grupy Napromieniowani.pl, którzy od kilku lat przyjeżdżają do nich z pomocą humanitarną. 

 - Jesteśmy traktowani przez samosiołów wyjątkowo, bo nas znają. Doceniają, że o nich pamiętamy. Wiele babuszek nazywa mnie swoim wnuczkiem - wyjaśnia Krystian Machnik. - Najczęściej wygląda to tak, że przyjeżdżamy z całą masą produktów, a oni mówią: "Postawcie to tutaj i siadajcie do stołu". To jest dla nich ważniejsze od tego, co przywieźliśmy. Na produkty popatrzą, gdy już pojedziemy, a dopóki u nich jesteśmy, interesują się tylko nami. Często nie chcą nas wręcz wypuścić ze swojej chaty.

Spotkanie I. Babuszka Olga

- Administracja robi absolutne minimum i nic ponad to - nie kryje swojego oburzenia Krystian Machnik. - Najlepiej pokazują to dwie historie, od których zaczęła się nasza pomoc.

Olga Juszczenko (1940-2020). Po katastrofie w Czarnobylu przesiedlona do Kijowa. Tam wytykano ją palcami i traktowano jak trędowatą. Nie wytrzymała. Po kilku latach postanowiła, że wraca. Do domu, do wsi Łubianka.

Wróciła. Nie spodobało się to władzom strefy. Wypędzili ją z powrotem do Kijowa. A ona znowu wróciła. I tak kilka razy. Aż w końcu milicja dała jej święty spokój. Jeszcze do niedawna samotnie zamieszkiwała wioskę, w której kiedyś żyło tysiąc osób.

Jej hartu ducha ani dobrego humoru nie złamał trud życia w samotności, bez prądu i bieżącej wody. Nie poddała się nawet, gdy została okradziona. Mawiała, że nawdychała się już w życiu smrodu miasta i więcej nie chce.

Juszczenko lubiła śpiewać i żartować, że jest matką byłego prezydenta. Wielu dało się nabrać.

W 2016 roku stanęła na drodze Krystiana Machnika i jego przyjaciół. W 35-stopniowym upale, bez wody, z dłońmi brudnymi od ziemi po całym dniu pracy w polu. Źle się czuła i postanowiła ruszyć po pomoc. Do przejścia miała 6 km. Sił starczyło na 200 m.

- Zawróciliśmy ją do chaty i wezwaliśmy pomoc. W tym czasie babuszka Olga zasłabła i straciła przytomność. Wyglądało na to, że nabawiła się udaru słonecznego - relacjonuje Machnik. - Na pogotowie czekaliśmy dwie godziny. Dzwoniliśmy tam kilkadziesiąt razy, a oni cały czas mówili, że już jadą. Dobrze wiedzieliśmy, że trasa ta zajmuje 40 minut, a nie dwie godziny. Wyszło na to, że oni samosiołów mają gdzieś.

Miesiąc później wrócili, by sprawdzić, co słychać u babuszki Olgi. Ta wróciła już ze szpitala i pełna sił zajmowała się eksterminacją stonki ziemniaczanej. 

Pod koniec życia Juszczenko została zabrana przez rodzinę do Kijowa z powodu złego stanu zdrowia. Tam zmarła, choć nie taki był jej plan. Zawsze mawiała o Łubiance: "Tu się urodziłam i tu umrę".

Spotkanie II. Dziadek Fiodor

Drugie przełomowe spotkanie miało miejsce jesienią 2016 roku w opuszczonej wiosce Ilinci. Jak się okazało, miała ona jednego mieszkańca.

Fiodor Struk (1955-2017). Nigdy nie pogodził się z decyzją władz. Pomimo skażenia zdecydował się pozostać w rodzinnym domu. Utrzymywał, że nigdy go nie ewakuowano.

Oferowano mu przeniesienie do Czarnobyla lub innej wioski, gdzie mieszkają samosioły. Nie zgodził się. - Tu mam ciszę i spokój. Nikt nie przeszkadza - mawiał.

Spotkali go, gdy niósł dwa baniaki brudnej, żółtej wody. Na herbatę. Był zaniedbany i nie mógł sobie przypomnieć, ile ma lat. Obiecali mu pomoc za dwa tygodnie, podczas kolejnej wizyty w strefie. Poprosił o "trochę cukru, coby do herbaty był".

- Po dwóch tygodniach wróciliśmy z workami pełnymi jedzenia, czystej wody i obiecanego cukru - opowiada Machnik. - Okazało się, że jego dom spłonął kilka dni przed naszym przyjazdem, a on zajął inny, po sąsiadach. Nie miał czapki, kurtki, a nawet butów. Z dymem uleciał dorobek jego życia i zapasy na zimę. Żywił się resztkami jabłek i orzechami.

Nikt z administracji nie zainteresował się jego losem. Napromieniowani.pl poinformowali urzędników, a ci obiecali pomóc. Podłączyli prąd, wkręcili żarówkę. Przywieźli mąkę, cukier i makaron. Problem w tym, że bez garnków nie miał go jak ugotować.

- Kiedy rozmawiałem z urzędniczką, która zajmuje się samosiołami, odniosłem wrażenie, że tylko jej przeszkadzam - denerwuje się Machnik. - Opowiadam jej, że Fiodorowi spłonęła chata, nie ma co jeść ani w co się ubrać, a ona zerka ciągle na zegarek, bo już powinna kończyć pracę. Doszliśmy do wniosku, że z tymi ludźmi nie ma sensu rozmawiać. Postanowiliśmy wziąć sprawy w swoje ręce. Tak to się wszystko zaczęło i od pięciu lat organizujemy pomoc dla samosiołów.

W lutym 2017 roku spotkali Fiodora po raz ostatni. Wyszedł ze swojej chaty i zaginął na zawsze.

"Nie ma u nas miesiąca bez śmierci"

- Z roku na rok samosiołów jest coraz mniej. Po trzech dekadach została ich zaledwie garstka. Sami powtarzają, że nie ma u nich miesiąca bez śmierci - mówi Krystian Machnik. - Za kilka lat nie będziemy mieć już kogo tam odwiedzać. Zostaną tylko puste chaty.

Najgorsza jest pierwsza wizyta po śmierci samosioła. I pierwsze wejście do chaty.

- Na stole przykrytym ceratą od nas, leżą niedojedzone rzeczy, które niedawno przywieźliśmy. Na ścianie wisi nasze wspólne zdjęcie. Widać mnóstwo śladów niedawnej obecności właściciela. Ale pomału chata zaczyna upodabniać się do setek innych opuszczonych domów w Strefie Zamkniętej - dodaje.

Członkowie grupy Napromieniowani.pl nie chcą na to pozwolić. Na każdym domu samosioła, którego znali, wieszają pamiątkową tablicę. Jest na niej zdjęcie właściciela, data urodzin i śmierci, a także krótki opis. Tablice wieszają również na chatach ludzi, którzy żyją, ale ze względu na stan zdrowia musieli opuścić swój dom i zostali przetransportowani do rodziny, szpitala lub domu opieki.

- Dzięki temu pamięć o nich będzie trwała dłużej, a domy nie dołączą do setek tysięcy zapomnianych - podsumowuje Machnik.

Czy ewakuacja była konieczna?

Naukowcy nie mają wątpliwości - przymusowe, dożywotnie wysiedlenie wyrządziło mieszkańcom Strefy Wykluczenia większą krzywdę niż promieniowanie. Stres związany z wysiedleniem wywołał bowiem liczne choroby, w tym nerwice i depresje.

Tomasz Ilinicki w książce "Czarnobyl i Fukishima" przytacza wyniki badań przeprowadzonych w 2008 roku na wysiedleńcach. Stwierdzono w nich, że aż 30 proc. ankietowanych straciło chęć do życia, a 45 proc. nie miało zamiaru robić nic, by polepszyć swój byt. To może świadczyć o tym, że katastrofa w Czarnobylu zniszczyła głównie psychikę ewakuowanej ludności.

Sama decyzja o ewakuacji była słuszna, ale powinna być tymczasowa. Zezwolenie na powrót byłoby dla wysiedleńców najkorzystniejszym rozwiązaniem. Wystarczyłoby zapewnić im zgodną z normami żywność i poinstruować, jak odnaleźć się w nowej sytuacji.