- Mózg człowieka kocha rysować. Rysujemy przecież od ponad 40 tysięcy lat. Robiliśmy to już w jaskiniach i rysujemy do dziś - mówi Eileen Goldenberg. Ma szalone okulary, w ręku trzyma pióro i szkicownik. Jeszcze 20 godzin temu była w San Francisco, a teraz siedzi na placu w Poznaniu i rysuje budynki. - Myślę, że rysowaliśmy z prostej przyczyny - bo potrafiliśmy to robić. Widzieliśmy konia, próbowaliśmy go narysować. Dziś widzimy budynek, więc próbujemy go naszkicować - dodaje. Eileen Goldenberg, mówiąc, ciągle się uśmiecha. Zaraz się dowiem dlaczego.
- Myślę, że jako ludzie potrzebujemy rysować. Nasz mózg uwielbia przeniesienie tego, co mamy przed oczami, na papier. Uspokajamy się, gdy rysujemy. O niczym więcej nie myślisz, tylko rysujesz - mówi. Amerykanka jest jedną z ponad tysiąca urban sketcherów, która przyjechała do Poznania.
- Jesteśmy największą organizacją non-profit na świecie - mówi z dumą Amerykanka. Mają pół tysiąca oddziałów rozsianych po miastach na całym świecie. Eileen Goldenberg odpowiada za ten w San Francisco.
Co roku spotykają się w innym mieście, na innym kontynencie. Coroczne spotkania to sympozja, szkolenia z rysowania. Rok temu w Buenos Aires, wcześniej w Auckland w Nowej Zelandii, w tym roku w Poznaniu. Bilety rozeszły się w kilka minut.
- To mój szósty zjazd. Jesteśmy tutaj, by szerzyć wiedzę o urban sketchingu, by rozprzestrzeniać miłość do szkicowania. Chcemy przyciągnąć do rysowania jeszcze większą liczbę osób - mówi Amerykanka.
Razem z "akredytowanymi rysownikami" po ulicach Poznania chodzą setki tych, którym nie udało się kupić biletu. Organizatorzy szacują, że wszystkich jest ponad tysiąc. Wrażenie jest piorunujące, bo miasto zamieniło się w jeden wielki plener malarski.
- A mnie pan też narysuje? - dopytuje po polsku seniorka rysownika z Azji. Ten spogląda na Polkę i pokazuje, że nie rozumie. Podbiegam do seniorki. - Podoba się to pani? Tylu rysowników w mieście?
- Bardzo! Poznań był dawniej taki zaściankowy, a teraz, niech pan patrzy, ile ludzi z całego świata!
- Idea urban sketchingu jest taka, żeby rysować na żywo, na ulicach różnych miast na całym świecie - mówi Justyna Wojnowska, współautorka pierwszego podręcznika miejskiego rysowania w Polsce i koordynatorka zjazdu w Poznaniu. - Nie odrysowujemy ze zdjęć. Nie rysujemy z wyobraźni, tylko tworzymy na podstawie tego, co widzimy. Próbujemy w swoich szkicownikach oddać atmosferę miejsca, w którym jesteśmy. To jest główne założenie naszego ruchu - dodaje.
Nie mają obowiązkowych składek. Nie mają wymogów co do talentu i portfela. Ruch zaczął się w 2007 roku w Stanach Zjednoczonych. Ludzie siadali na placach, na ulicach i po prostu rysowali to, co widzieli.
- Ten ruch jest dla każdego i to nie jest pusty frazes. Nie ograniczamy się tylko do artystów z wykształceniem. Większość z nas na co dzień robi coś innego. To nasz sposób na spędzenie wolnego czasu - mówi Wojnowska.
Oddziały miejskich rysowników są w największych polskich miastach. Nie trzeba się zapisywać, nie ma składek, są to otwarte grupy. Jeśli grup szkicowników nie ma twoim mieście, Justyna Wojnowska zachęca do ich założenia.
Szybko okazało się, że szkicowanie może być bardzo pomocne w poznawaniu nowych miejsc. - Podróżujemy po świecie. Wszędzie jest inna architektura, inne jedzenie, inni ludzie. Mózg tego potrzebuje - potrzebuje zmiany. Podróżujemy, uczymy się, albo uczymy innych rysować i to uzależnia. Jak zaczniesz rysować, trudno przestać. Będziesz rysował każdego dnia - mówi Eileen Goldenberg.
Urban sketching okazał się też sposobem na poznawanie nowych ludzi. To często są zaskakujące spotkania. - Najbardziej fascynujące w naszym ruchu jest to, że niczego nie możesz przewidzieć. Podchodzą do mnie ludzie i mówią: "Hej widzę, że rysujesz. Mogę rysować z Tobą?". A potem zapraszają mnie do siebie do domu. Inni mówią: "Hej, chcesz posłuchać mojej historii?" i zaczynają opowiadać" - mówi Paul Wang.
Marek Badzynski od ponad 40 lat mieszka w Toronto. Z urban sketchersami zwiedził cały świat. Po blisko pół wieku odwiedza Poznań i jest zachwycony. Siedzi na składanym krzesełku na placu kolegiackim i rysuje jezuicki zespół poklasztorny, w którym dziś znajduje się urząd miasta.
- Rysujemy i malujemy. Używamy każdej techniki. Wszystko pasuje, ważne żebyś tylko to lubił. Staram się zrobić w ciągu jednego dnia parę z szkiców z pięknego Poznania.
Dla Marka równie ważne w procesie rysowania jest to, z kim rysuje. - Możesz rysować sam, albo tak jak tutaj, z ponad pół tysiącem osób. Ważne jest to, że jesteśmy razem i możemy się cieszyć wspólnie spędzonym czasem. Łączy nas chęć do bycia razem, a sztuka jest tylko chwilą ekspresji. Jesteśmy jedną wielką rodziną. Takie hobby o zasięgu globalnym.
Podróżowanie i rysowanie na miejscu daje im niepowtarzalną szansę spotkania innych osób. Na Instagramie, zamieszczają post - "będę malował pod tym adresem, o tej godzinie".
- Możemy pojechać do jednego z pół tysiąca miast na całym świecie i znaleźć kogoś, kto będzie chciał razem ze mną szkicować. I to działa!
Gdy rysują w grupie ten sam temat: budynek, rynek, czy plac, każdy z nich dostrzega coś innego. Dla jednych ryby na targu w portowym mieście będą czymś egzotycznym i fascynującym, dla innych, wychowanych w takim mieście, to będzie zbyt prozaiczne do naszkicowania.
- Każdy z nas rysuje coś innego i to jest fascynujące. Każdy ma inną formę ekspresji, inną technikę. My jesteśmy otwarci na wszystko, ale większość z nas używa kombinacji akwareli, tuszu oraz ołówka. Nie ma wymagań co do techniki, umiejętności. Wystarczą chęci. Można rysować w jakiejkolwiek technice: ołówek, pióro, farby, szkicowanie, malowanie. Wszystko nam pasuje.
Wybór techniki jest uzależniony od tego, ile zmieści się do walizki i ile rysownicy chcą ze sobą nosić. - Mój zestaw akwarel waży tyle, co nic - śmieje się Marek.
- Spójrz na moje ręce, są całe brudne od farby - mówi właśnie Paul Wang. Przyleciał do Poznania z Singapuru, by szkolić z rysowania. Wcześniej żył z rysunku. - Kiedyś rysowałem, bo to była moja praca. Teraz rysuję, bo sprawia mi to radość - dodaje. Od ponad 10 lat jest związany z urban sketchingiem. Uczy rysować innych.
- Poznań jest bardzo czysty i bardzo zielony, tak jak Singapur - śmieje się i pokazuje na zegarek. Nie ma zbyt wiele czasu na rozmowę, oderwałem go od szkoleń z grupą. Większość z nich to amatorzy. Rysowanie to ich hobby. Zadał im zadanie. 25 osób ma teraz kilka minut, by naszkicować renesansowe budynki. To moje kilka minut na pytania.
- Najważniejsze jest, by bawić się rysując i nie bać się eksperymentować, po prostu patrzeć na to, co wyjdzie spod naszych palców.
Rysownicy szkicują szybko. To zdumiewające, że w ciągu godziny są w stanie narysować tak kompletne prace.
- My nie robimy zdjęć telefonami, by potem odrysowywać ze zdjęć w domu. Patrzymy na budynki, skwery, na ludzi. Rysujmy na żywo. Nic nas nie ogranicza i nic nas nie oddziela od naszych obiektów. Rysujemy tu i teraz, to co mamy na wyciągnięcie ręki.
Urban sketching to połączenie sztuki, turystyki i reporterki. - Wszyscy wychodzimy na zewnątrz, żeby znaleźć historię. To jest najważniejsze w naszym rysowaniu: znajdowanie historii na ulicy, a potem opowiadanie ich rysunkiem. Zapisujemy to wszystko w naszych szkicownikach, a potem się tym dzielimy.
Powiedzenie, że historie i tematy leżą na ulicy, zna każdy początkujący reporter. Dopytuję więc, co te słowa oznaczają dla rysowników. - Zawsze mówię swoim studentom: szukaj tego, co ciebie interesuje, zaskakuje i zdumiewa. Ja np. uwielbiam lokalne jedzenie. Uwielbiam przyglądać się, jak ludzie w różnych miastach na całym świecie spędzają wolny czas przesiadując w kawiarniach. Rozmawiam ze sprzedawcami w sklepach, kawiarniach. Słucham ich historii. Próbuję potem to narysować.
Paul Wang mówi mi, że ważne jest, by podczas obserwowania i rysowania zadać sobie dwa pytania: co w tym kadrze jest dla mnie ważne i co ja chciałbym z tego zapamiętać, bo urban sketching to zapamiętywanie przez rysowanie.
Każdy dziś telefonem może wykonać tysiące zdjęć, filmów. Zajmuje to chwilę, sekundy, albo ułamki sekund, a rysunek to proces liczony w minutach albo dziesiątkach minut.
- Ja jeżdżę z urban skechers po to, żeby mieć wspomnienia z danego miejsca. Wolę mieć jeden rysunek z placu niż 1000 zdjęć ze smartfona. To jest dla mnie dużo lepsza pamiątka - mówi Marek Badzynski.
Polak przekonuje, że rysując zapamiętuje lepiej miejsca i ludzi. - Jakbyśmy rozmawiali za pięć lat, to jestem w stanie narysować ten kościół z pamięci. Ja tak długo na niego patrzyłem, że on we mnie zapadł.
Dziś dzięki sztucznej inteligencji można zdjęcie przerobić na rysunek. Justyny Wojnowskiej to nie przekonuje. - Chyba zaczęliśmy nadużywać technologii. Robimy miliony zdjęć. Nie poświęcamy im później żadnej uwagi. Nie pamiętamy miejsc, które odwiedzamy. Robimy zdjęcia i lecimy dalej. A tutaj musimy się zatrzymać, przyjrzeć się miejscu. Musimy spróbować uchwycić kolory i w ten sposób świetnie zapamiętujemy miasta - tłumaczy.
Justyna Wojnowska, gdy spogląda na swoje rysunki, to pamięta, jaką piła wtedy kawę, jaka była pogoda i czy rysowała sama, czy w grupie. - Nikt już nie ogląda zdjęć z wakacji, których robimy tysiące, a szkice każdy chętnie obejrzy.
Marek Badzynski: "Można pokazać nie tylko historię, ale także klimat i atmosferę danego kraju. Staramy się to złapać. okazać esencję tego wszystkiego na papierze, po to, żeby mieć wspomnienia".
Helen Wilding opisuje swoje obrazki, krótkimi tekstami i dodaje godzinę. Przyleciała do Poznania z Australii. - Mój szkicownik to mój dziennik podróży. W ten sposób zapamiętuje miejsca i wydarzenia. Szkicuję historie, które mnie zadziwiają i bawią. Ja właśnie narysowałem ciebie - mówi i pokazuje mi to, co właśnie naszkicowała. Na obrazku przeprowadzam wywiad z Markiem Badzynskim. Rysunek powstał w kilka minut.
- Gdy wracam z wakacji, zamiast zdjęć pokazuję przyjaciołom swój szkicownik. Najzabawniejsze jest to, że mój mąż, który nie rysuje, na podstawie moich rysunków opowiada przyjaciołom o krajach, które zwiedziliśmy - śmieje się.
"Twoja głowa potrzebuje odpoczynku od ciągłego myślenia o polityce i wojnach. Tutaj siadasz i tylko się zastanawiasz, gdzie jest ten cień na budynku, który przed chwilą załamywał się na tym gzymsie". Po tych słowach Eileen Goldenberg pyta mnie, czy chcę dokończyć jej rysunek. Nieśmiało rysuję to, na co mnie teraz stać, czyli koło. Jako dziecko świetnie rysowałem, ale gdzieś to wszystko wyparowało. Czy można to odzyskać?
- Dzieci kochają rysować, tylko potem to tracą, bo rodzice powtarzają: musisz uczyć się matematyki i innych ważniejszych rzeczy. Zapominamy, jak się rysuje.
Eileen Goldenber w San Francisco przypomina seniorom właśnie to, jak się rysuje. - Emeryci nie wiedzą, co robić z wolnym czasem. Mówię im: zacznijcie rysować. Oni na to: nie potrafimy. Powtarza im, że rysowanie to nie jest kwestia talentu, tylko umiejętności, której możesz się nauczyć. Tak jak gry na pianinie, jazdy na rowerze, czytania książek. Powiedziałbyś kiedyś dziecku: nie masz talentu do czytania? Powiedziałbyś tak? Nigdy. Tak samo jest z rysowaniem. Rysowanie to po prostu inny język opowiadania rzeczywistości. To powinien być imperatyw. Każdy powinien nauczyć się rysować. To daje supermoc - mówi.
Pytam, czy dziś supermocy nie daje smartfon, który przy pomocy sztucznej inteligencji, potrafi przerobić zdjęcie na świetny szkic. - Jako ludzie musimy robić ludzkie rzeczy. Mózg nie lubi klawiatury i smartfonów. Mózg kocha pędzel. Kocha malowanie. Radość z rysowania, z nakładania farby na papier jest niezwykła i jest prawdziwa. Rysowanie w komputerze to tylko imitacja. To zupełnie inne uczucie.
Justyna Wojnowska przekonuje, że każdy może rysować w każdym wieku. - Dzieci świetnie rysują, tylko później w szkołach wkłada im się do głowy perspektywę, proporcje, zniechęca do rysowania. A potem w dorosłym wieku już nie ma czasu na rysowanie. A warto wrócić do tego, co kiedyś potrafiliśmy. Warto znaleźć dziecko w środku i zacząć znów rysować. Po prostu.
To co, kto rusza na barykady rysunkowej rewolucji?