Reklama

Arizona wita mnie monotonią. Setki kilometrów niezamieszkałej przestrzeni, przez które prowadzą puste, ciągnące się w nieskończoność drogi. Latem asfalt nagrzewa się tu do granic możliwości; w zimie jest po prostu szarą, zimną wstęgą, a linia horyzontu nieustannie się oddala. Nie ma zabudowań, nie ma ruchu, jest tylko wyblakłe od słońca niebo i ziemia w odcieniach brązu i czerwieni.

Te godziny jednostajnej jazdy to nie tylko przemieszczanie się pomiędzy punktami wbitymi wcześniej w aplikację z mapą. To wprowadzenie w przestrzeń, która rządzi się własnymi zasadami, a w której człowiek ma do powiedzenia najmniej. Właśnie w takiej scenerii zaczyna się podróż po ziemiach rdzennych mieszkańców Ameryki. Rząd nazwał ich Nawaho, oni nie mówią o sobie inaczej niż Diné, co oznacza tyle, co Ludzie.

Ludzie, którzy szli

Reklama

W drugiej połowie XIX wieku rząd Stanów Zjednoczonych przeprowadził przymusową deportację około 8-10 tysięcy członków plemienia Nawahów. Na rozkaz Jamesa H. Carletona, generała dywizji, Christopher "Kit" Carson, podróżnik i znany badacz Dzikiego Zachodu w stopniu generała, miał złamać opór plemienia, prowadząc kampanię spalonej ziemi. Wojsko paliło wioski, niszczyło pola, zabijało bydło i zatruwało źródła wody, spychając lokalną ludność ukrywającą się w tutejszych kanionach na skraj głodu i rozpaczy.

W tej sytuacji tysiące Nawahów nie miało wyboru: rdzenni mieszkańcy musieli się poddać i oddać swój los w ręce okupanta. Zmuszeni do wyczerpującego marszu, po drodze zabijani lub porzucani na pewną śmierć, ruszyli w drogę liczącą niemal pięćset kilometrów. Szli przez pustynię z terenów dzisiejszej Arizony i Nowego Meksyku do Bosque Redondo, w pobliżu fortu Sumner. Ta droga zapisała się w ich historii jako The Long Walk (Długi Marsz). Szacunki mówią o setkach, czasem tysiącach ofiar. Ludzie umierali z wycieńczenia, ginęli też od kul eskortujących marsz żołnierzy. Choć Bosque Redondo oficjalnie nazywano rezerwatem, w rzeczywistości było obozem internowania. Żołnierze pilnowali, by Navaho nie opuszczali terenu, a sama ziemia okazała się jałowa i niezdatna do życia.

Od początku planowano narzucić Diné białe, amerykańskie wzorce kulturowe i przymusową asymilację. Navaho stawiali jednak opór i walczyli o prawo powrotu do ojczyzny. Czas internowania funkcjonuje w ich pamięci zbiorowej jako Hwéeldi, czyli "miejsce cierpienia".

W 1868 roku podpisano traktat, który pozwolił Nawahom wrócić na część ziem przodków i utworzyć rezerwat. Powrót nie oznaczał jednak końca skutków deportacji. Long Walk pozostawił po sobie traumę międzypokoleniową i zerwane więzi społeczne. Doświadczenie przemocy ukształtowało głęboką nieufność wobec systemu, a jednocześnie scaliło naród wokół wspólnego doświadczenia. Mówią, że są "Ocalonymi", tymi, którzy przetrwali. Nie chcą myśleć o sobie jak o ofiarach, choć często przez państwo amerykańskie byli traktowani z wyższością i pogardą.

Tę historię słyszę od Ali, która ma pokazać mi jedno z najbardziej fascynujących miejsc, jakie zdarzyło mi się widzieć podczas moich podróży. Mówię jej o innym marszu, w zupełnie innej, nieznanej jej części świata. O ludziach pędzonych kilometrami przez mróz do pociągów, które miały ich wywozić w głąb Rzeszy. O ludziach zabijanych przez głód i esesmanów w połowie XX wieku w samym sercu Europy. Patrzy szeroko otwartymi oczami. - Świat wciąż i wciąż pisze te same historie - podsumowuje krótko. 

Pomiędzy milionami a bezpieczeństwem

Ala (czyt. Ejlaa) należy do plemienia Nawaho i pracuje jako przewodniczka w dolnym Kanionie Antylopy. To jedno z tych miejsc, w którym w XIX wieku ukrywali się tutejsi mieszkańcy z plemienia Diné. - Wtedy jeszcze nawet im się nie śniło, że zostaniemy uznani za naród, będziemy mieć pełną niezależność, swojego prezydenta i swoje władze - mówi, ale uśmiech szybko znika z jej twarzy, gdy poruszam temat urzędującego prezydenta USA.   

Zanim zejdziemy do kanionu, Ala wskazuje na tablicę. Nie można ze sobą zabrać nic poza telefonem i butelką wody. Zakazane są nawet najmniejsze torebki, plecaki, kijki, statywy. Wejście wyłącznie w pełnym obuwiu, z zakrytymi palcami i piętami. Nie można także wprowadzać zwierząt i dotykać ścian kanionu.

Jednym z najbardziej osobliwych wydaje się zakaz wnoszenia prochów zmarłych. - To jest nasza święta ziemia, a zdarzało się, że ludzie przynosili tu urny - mówi Ala. - To dla nas niedopuszczalne. Pomyśl, że wchodzimy do kanionu, tak jak wchodzisz do dowolnej świątyni na świecie. Respektujesz zasady - gdy trzeba zakryć ciało, ściągnąć buty, albo nakryć czy odkryć głowę po prostu to robisz - tłumaczy. - Poza wszystkim chodzi też o względy bezpieczeństwa. W kanionie są metalowe drabiny i schody; zdarzało się że przez  poszukiwania przedmiotów, które zostały zgubione, albo komuś gdzieś spadły, wstrzymywało ruch, co powodowało niepotrzebne opóźnienia.

W kanionie nie wolno też nagrywać wideo, dopuszczalne są jedynie zdjęcia. Na całym terenie rezerwatu obowiązuje zakaz używania dronów. - To jedyne takie miejsce na świecie, budzi emocje, bo takich widoków nie ma nigdzie indziej. Spotykaliśmy się już z tym, że ludzie sprzedawali wideo, a my nic z tego nie mieliśmy. Jeśli ktoś chce wykorzystać kanion komercyjnie, może to zrobić uzyskując oficjalną zgodę na nagrania i płacąc za to odpowiednią kwotę - podkreśla przewodniczka. Dodając, że obecnie zgody nie są wydawane, głównie z uwagi na fakt, że ograniczenie filmowania i wnoszenia profesjonalnego sprzętu pomaga utrzymać odpowiednią, sakralną atmosferę miejsca oraz zapobiega  przypadkowym uszkodzeniom kruchych ścian z piaskowca, które są podatne na erozję nawet przy lekkim dotknięciu.

O tym, że zakazy są surowo egzekwowane, przekonuję się tuż po wejściu do kanionu. Jeden z Brytyjczyków zaczyna nagrywać na metalowych schodach, mimo że przewodnicy uprzedzają, że używanie telefonów podczas schodzenia jest surowo zakazane, podobnie zresztą jak nagrywanie wideo. Mężczyzna zostaje zawrócony do wejścia i wyproszony na zewnątrz. Głośno artykułując swoje niezadowolenie, wychodzi po krótkiej dyskusji. - To nie są nasze wymysły, zdarzyło się kilka razy, że ludzie pochłonięci urządzeniami spadali ze schodów i łamali ręce albo nogi - wzdycha Ala, przewracając oczami, jeszcze raz recytując formułkę o względach bezpieczeństwa.

Obok stoi kolejna tablica, tym razem z informacją o ryzyku powodzi błyskawicznych i przypomnieniu, by podczas przechodzenia przez kanion trzymać się swojego przewodnika. W 1997 roku podczas jednej z takich powodzi w wąskim przesmyku utonęło 11 osób. - Znam to tylko z opowieści. Woda nadeszła niespodziewanie, choć burza była oddalona o kilka mil. Kaniony działają jak lejki, a woda przeszła przez bardzo wąski odcinek szczeliny, w którym turystów nie można było  szybko ewakuować - mówi moja przewodniczka, podkreślając, że po tym zdarzeniu zamontowano na stałe solidne stalowe drabiny i zaczęto monitorować liczbę odwiedzających. - Co roku odwiedza nas około milion osób, prawie połowa z nich to Amerykanie, liczną grupą są też Europejczycy i Azjaci - mówi Ala pytana o konkretne liczby.

Pomiędzy sacrum a tłumami

- Wiedziałam, że wybierając się w podróż w szczycie sezonu, raczej nie uniknę tłumów. Studiowałam antropologię, słyszałam o tym miejscu mnóstwo opowieści, chciałam je zobaczyć na własne oczy i poczuć magię, o której mówią mieszkańcy tych terenów - mówi mi spotkana w Las Vegas, a pochodząca z Meksyku, Maria, gdy opowiadam jej o planie mojej podróży. - Moje rozczarowanie sięgnęło zenitu, gdy w grupie ośmiu osób z przypisanym przewodnikiem zostałam wywołana po numerku i prowadzona przez wąwóz w pośpiechu, nie mogąc się zatrzymać i napawać niezaprzeczalnym urokiem tego miejsca. Był tłok, przewodnik ciągle nas poganiał, a ludzie wokół robili setki zdjęć, kręcąc się w kółko. O kontemplacji tego miejsca nie było mowy, czar prysł, a ja mam wrażenie, że to po prostu maszynka do zarabiania pieniędzy i z plemienną duchowością nie ma już nic wspólnego - komentowała z przekonaniem.

Kanionem Antylopy, podobnie jak innymi parkami w rezerwacie, zarządza The Navajo Nation Parks and Recreation Department. Przewodnicy, z którymi rozmawiam, podkreślają, że pieniądze z turystyki są traktowane jako dobro wspólne. Wspierają stypendia dla młodzieży, tworzenie miejsc pracy oraz dostarczanie żywności i wody dla potrzebujących.

Dla przewodników to podobno coś więcej niż praca. Przekonują mnie, że to rodzaj misji: chronią dziedzictwo i równocześnie wspierają własną społeczność. Kanion Antylopy, wyrzeźbiony przez gwałtowne powodzie, staje się wręcz symbolem trwania i odrodzenia kultury Nawaho.

- Czy turystów jest za dużo? - Ala myśli dłuższą chwilę. - Jest ich tylu, ilu możemy przyjąć. Owszem w okresie letnim bywa tłoczno, nawet bardzo, ale mamy limity, nie sprzedajemy więcej biletów niż liczba określona na dany dzień, choć to i tak średnio grubo ponad 2,5 tysiąca osób dziennie - stąd też te restrykcyjne zasady - podkreśla.

Na terenie kanionu nie można przebywać dłużej niż 2 godziny, a ja wykorzystuję tę furtkę do maksimum. Być może dlatego, że nasza rozmowa toczy się wielowątkowo, bo nie goni nas czas ani inni ludzie i idąc pośród wąskich korytarzy, co chwilę przystajemy, zadzierając głowy do góry. Ala radzi mi jak ustawić telefon tak, by najlepiej oddawał kolory i łapał światło. W pewnym momencie wyciąga mi go z rąk i sama pstryka jakby od niechcenia. W folderze ze zdjęciami pojawiają się kadry, które wyglądają po prostu oszałamiająco. Ostre krawędzie zachodzą na siebie, tworząc fantasmagoryczne kształty.

- Popatrz tam - mówi moja przewodniczka, wskazując na jedną ze skał. - Widzisz głowę starego wodza? - Chyba widzę - odpowiadam niepewnie. Robi zdjęcie i palcem na ekranie pokazuje mi wyraźnie zarysowany ostry nos i profil - uśmiecha się przy tym, puszczając oko. - Stań tam - mówi po chwili, wskazując szczelinę wydrążoną w skale. - Popatrz do góry - instruuje mnie niczym wojskowy dowódca. - Już! - rzuca wyraźnie zadowolona z siebie, widząc moją minę, gdy prezentuje zrobione w kilka sekund zdjęcia, wyglądające jak z profesjonalnej sesji. Podobno zostało tu zrobione jedno z najdroższych zdjęć świata, a sam kanion jest jednym z najczęściej fotografowanych miejsc na naszym globie. Trudno się temu dziwić, choć nie wszystkich zachwyca.

Usłyszeć siebie pośród instagramowych kadrów

- Trochę ci zazdroszczę tych doświadczeń. Ja byłem rozczarowany tym miejscem - mówi, słuchając moich opowieści i patrząc na zdjęcia na ekranie telefonu,  Tomasz, który odwiedził kanion klika lat temu. - Nie wiem, być może zbytnio nadmuchałem swoje oczekiwaniami kadrami z internetu. Akurat podczas moich odwiedzin było dość pochmurno, ściany nie miały takiego intensywnego pomarańczowego koloru, nie było snopów światła i efektu wow, którego się spodziewałem - tłumaczy.

Oglądając zdjęcia kanionu, brałam poprawkę na to, że kolory mogą być nieco podkręcone, a samo miejsce, jak to czasem bywa, nie aż tak bardzo spektakularne. Styczniowy poranek przyniósł czyste, błękitne niebo i trochę zimowego słońca. Przed wejściem czekało tylko kilkanaście osób. Brak tłumów to chyba największa zaleta podróżowania poza sezonem. 

Lubię słuchać lokalnych opowieści. Ala ma ich w zanadrzu bez liku, wielokrotnie podkreśla, że Kanion Antylopy nie jest tylko spektakularnym pomnikiem przyrody, ale ma też głębokie znaczenie duchowe. Według tradycji plemiennych to miejsce, w którym duchy przodków i siły natury spotykają się z ludźmi. Wąskie, wijące się szczeliny i falujące światło tworzą wrażenie, że kamienie żyją i przekazują swoje historie.

Jedna z legend mówi, że kanały i korytarze kanionu powstały, gdy Wielki Duch Yei przeprowadzał swoje ceremonie, kształtując ziemię i wodę. Woda, która dziś tworzy niesamowite kształty, dawniej była uważana za nośnik oczyszczenia i odrodzenia. Wierzono też, że kanion chroni ludzi przed złymi duchami, dlatego dla jej plemienia jest miejscem świętym i pełnym mocy. Tyle legendy - nauka mówi, że faliste kształty ścian są wynikiem gwałtownych powodzi błyskawicznych oraz erozji wietrznej. Woda deszczowa, szczególnie w sezonie monsunowym, z ogromną siłą przepływa przez wąskie szczeliny, wypłukując piasek i nadając skałom ich charakterystyczną, "płynącą" strukturę na głębokości nawet do 40 metrów. Żywe odcienie czerwieni, pomarańczu i różu są zaś wynikiem utleniania minerałów żelaza zawartych w piaskowcu.

- Stań tutaj i zamknij oczy, posłuchaj wiatru. Słyszysz ten gwizd? To kanion śpiewa dla ciebie - mówi moja przewodniczka, gdy delikatny dźwięk powoli narasta. Kiedy otwieram oczy, w powietrzu wirują delikatne drobinki. Mój racjonalny umysł mówi, że to efekt gry światła i wszechobecnego piasku unoszącego się w wąskich szczelinach. Promienie słońca wpadające pod odpowiednim kątem sprawiają, że drobinki piasku zdają się tańczyć, wirują i tworzą niemal mistyczny, świetlny spektakl. Dla mojej przewodniczki to zjawisko ma wymiar w pełni duchowy. Diné wierzą, że unoszący się piasek zwiastuje obecność duchów przodków i symbolizuje połączenie ziemi, wody i wiatru. Ala podkreśla, że obserwowanie tego efektu to nie tylko wrażenia wizualne, ale też okazja do zrozumienia świętości i mocy tego miejsca. - Masz szczęście, poczuj tę chwilę - szepcze mi do ucha. Przeszłyśmy razem nieco ponad 200 metrów, mam jednak wrażenie, że przez jakiś czas ludzkie miary nie miały tu żadnego znaczenia.

Wspinając się po metalowych drabinkach wychodzę przez wąską szczelinę i patrzę w niebo, którego nie ograniczają już skalne formacje. Na składanym turystycznym stołeczku siedzi Jimmy i pieczołowicie notuje liczby osób, które opuszczają kanion. Śmieje się, że dziś nie ma zbyt dużo pracy. W niewielkiej kawiarni, zlokalizowanej przy wyjściu, piję jeszcze navajo tea - prosty napar z greenthread, zioła rosnącego na suchych ziemiach Południowego Zachodu (w Polsce roślinę tę nazywa się kosmidium). Dla Diné napój ten wiąże się z hózhó, harmonią między ciałem, ziemią i pamięcią. Smak jest łagodny, lekko ziemisty, słodkawy. Wraca do mnie myśl o tych, którzy szli tutaj nie z wyboru, ale pędzeni głodem, przemocą i rozkazem.  Ich droga nosi nazwę Hwéeldi, czyli miejsce cierpienia, w którym pękła równowaga świata. Między świętą ziemią a tabelką z liczbami odwiedzających równowaga świata pozostaje dziś sprawą bardzo umowną.