Odpowiedź brzmi: to zależy. Zacznijmy od tego, że na Azory nie da się dostać bezpośrednio, co mnie akurat przekonało, żeby spędzić jeszcze po dobie w Porto, a w drodze powrotnej - w Lizbonie. Nie jestem jakąś wybitną fanką miast i na razie wyłącznie Londyn podobał mi się na tyle, żeby chcieć wrócić do niego na więcej niż dzień. Ale Porto ze swoimi wąskimi uliczkami, kolorowymi kamienicami i dworcem São Bento, z którego można gdzieś pojechać, ale można też po prostu obejrzeć piękne płytki azulejos, przestawiające sytuacje z historii Portugalii... Z widokiem na stare miasto z mostu Ludwika I (Ponte Luís I), sklepem The Fantastic World of Portuguese Sardines (serio, ja nawet nie jem mięsa, a ten sklep wyglądał dla mnie jak plac zabaw) albo promenadą, którą można dojść na plażę, a spacer wcale się nie dłuży, chociaż na mapie wygląda na kawał drogi...
No, to wszystko nie sprawiło, że zaczęłam lubić miasta, ale Porto naprawdę miło wspominam. Samotnym podróżnikom polecam hostel (najlepiej kapsułowy, hostele kapsułowe są wspaniałe!) w dzielnicy Bolhão, gdzie można bez problemu dostać się z lotniska metrem, przy okazji mieszkając blisko wszystkich najważniejszych punktów. Co do metra, to trzeba kupić wielorazową kartę Andante, która obejmuje wszystkie potrzebne środki transportu, w tym też windy, i nabić na nią odpowiedni bilet. I przysięgam, że jak już raz ktoś ci powie, jak to działa, to zaczyna to być banalnie proste. Mianowicie: zony oznaczane są tak, że z1 to zona, w której bilet został skasowany, z2 to bilet ważny w tej zonie, w której został skasowany i we wszystkich sąsiadujących, z3 to te wymienione poprzednio i wszystkie sąsiadujące z tymi wcześniejszymi "sąsiadującymi", i tak dalej, aż do z12. Potem trzeba tylko odbić zakupioną kartę na oznaczonym stojaku i gotowe, można jechać. Podobno można też po prostu zapłacić na tym stojaku zwykłą kartą, aczkolwiek nie rozumiem, skąd on ma wiedzieć, dokąd chcemy jechać, i dzięki temu zapłaciłam mniej za drogę z centrum na lotnisko, niż z lotniska do centrum, przez co cały czas mam wrażenie, że okradłam służby Porto. Co jakiś czas wciąż o tym myślę, więc ze swojej strony polecam jednak kartę Andante.
Na plaży w Porto spędziłam też więcej czasu, niż zamierzałam, bo mój lot z godziny 17 był w międzyczasie dwa razy przesuwany, żeby ostatecznie wylecieć o 22. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to dopiero początek przygody z lotami, a opóźnienie to będzie mój najmniejszy problem i running gag tego wyjazdu, jak szukanie autobusów na Maderze. W każdym razie w nocy wylądowałam na Sao Miguel. Lotnisko od dobrego punktu noclegowego, jakim jest Ponta Delgada, oddalone jest o zaledwie cztery, może pięć kilometrów, w zależności, gdzie zabukuje się spanie. W ciągu dnia da się tam dotrzeć na nogach albo autobusem, jednak w nocy można liczyć tylko na taksówki. Koszt to około 15 euro, płatność gotówką! Jak w większości taksówek na Azorach i wszystkich autobusach.
Sao Miguel wynagrodził mi te trudy już kolejnego poranka, kiedy chwilę przed 8 nad skałami Ilhéu de Rosto de Cão wzeszło słońce. Wiele widziałam wschodów słońca, ale te w Ponta Delgada to jedne z moich ulubionych. W ogóle dzień rozpoczął się pięknie - wschód słońca, autobus, który przyjechał o czasie. Wow. Jeśli chodzi o autobusy, Google Maps raczej dobrze ogarnia rozkład, natomiast nie warto mu wierzyć w kwestii przystanków. Trochę zmyśla, a na niektórych kierowcy się nie zatrzymują, bo po prostu nie. "Bo ten przystanek jest za zakrętem", naprawdę. Lepiej spytać lokalsów, każdy tam mówi po angielsku, tak że spokojnie. Cyferki oznaczające linię na autobusach są mikroskopijne, ale jak już się je wypatrzy, trzeba machnąć kierowcy, żeby się zatrzymał, kupić u niego bilet (w zależności od trasy, jakieś 1,5-3 euro) i podziwiać widoki. Trochę przed przystankiem, na którym chcecie wysiąść, trzeba kliknąć przycisk "stop". Tyle, dość spraw technicznych. Albo nie, jeszcze muszę zaznaczyć, że jestem chorym człowiekiem, który jak idzie na spacer, to ten spacer musi obejmować 25 kilometrów, ale wszystkie te trasy, które się tu pojawią, można na spokojnie skrócić. Albo wypożyczyć auto i wtedy to już w ogóle bez problemów.
Na pierwszy azorski szlak ruszyłam z miejscowości Lagoa, skąd poszłam trasą w stronę Janala do Inferno. Definitywnie jeden z moich ulubionych szlaków, może dlatego, że przed wyjazdem grałam w Tomb Raider. Najpierw wąska ścieżka między liśćmi dzikiego imbirowca, który uważany jest na Azorach za gatunek inwazyjny, ale za to jaki ładny! Później trochę pastwisk, które przywołują na myśl jakąś, hm, Szwajcarię? I to wszystko przyjemne kończy się przed barierkami prowadzącymi do tunelu. To takie miejsce, że zastanawiacie się, w którym momencie zboczyliście ze szlaku, jak nie było tu żadnej innej drogi, i myślicie sobie: "No bo chyba nie do tego tunelu, nie?!". To do tego tunelu właśnie. Mam już jakieś doświadczenie po maderskich kanałach, ale jednak tam było widać początek i koniec, a tutaj idzie się tylko z latarką, z każdym krokiem przyspieszając, żeby jak najszybciej zobaczyć światło dzienne. A tym tunelem przeprawia się do zupełnie innego świata. Takiego, gdzie chodzi się wąskimi, dżunglowymi ścieżkami, skacze po rurach i próbuje nie pogubić na szlaku, który robi skomplikowane pętle. A potem znów przechodzi się przez tunel i wychodzi do spokojnego świata pastwisk. Magiczne. Ja natomiast chciałam wydłużyć sobie wycieczkę do Lagoa do Fogo, czyli jednego z najbardziej ikonicznych miejsc na Sao Miguel. Przerwała mi niestety burza, która pojawiła się totalnie znikąd i zmusiła do ratowania się ucieczką pierwszą dostępną drogą w dół. Tak przy okazji zwiedziłam sobie Agua de Pau. Miłe miasteczko.
Może drugi dzień był spokojniejszy? E, nie. Znów piękny wschód słońca na przystanku (Ponta Delgada - Avenida Marginal to podobno ten najpewniejszy), w oczekiwaniu na autobus do Sete Cidades, który niestety nie nadjechał. W międzyczasie poznałam dwie dziewczyny, tak samo pełne nadziei jak ja, z którymi - po daniu autobusowi pół godziny marginesu na spóźnienie - stwierdziłyśmy, że dlaczego by razem nie wypożyczyć samochodu na jeden dzień? 10 minut później plan był zrealizowany, kosztowało nas to 15 euro na głowę i warto było, bo te dwa jeziora to zdecydowanie coś, co trzeba zobaczyć na żywo. Wiadomo, w moim planie było 20-kilka kilometrów i obejście całej atrakcji dookoła, ale czasem trzeba się dostosować i nie męczyć biednych ludzi bieganiem. Jakkolwiek, można by nawet nigdzie nie iść, z każdego miejsca jeziora wyglądają przepięknie. Najbardziej znany punkt widokowy to oczywiście Vista do Rei i opuszczony hotel Monte Palace. To miejsce z bardzo ciekawą historią, która dla Azorczyków często bywa powodem do wstydu. Monte Palace został okrzyknięty najlepszym hotelem w Portugalii, a mimo tego, pięknego wystroju i równie pięknej lokalizacji, działał jedynie 16 miesięcy. Choć już kilka lat krążą plotki, że ktoś odkupił budynek i ma zamiar go wyremontować, nadal nic się nie wydarzyło, a wewnątrz można znaleźć napisy "Jestem Azorczykiem, proszę, pokaż światu ten wstyd". Teoretycznie nie można tam wchodzić, no ale wiecie. Teoretycznie. Ten dzień nauczył mnie, że warto wdawać się w rozmowy z przypadkowymi ludźmi i że człowiek z Wielkiej Brytanii i człowiek z USA niby mówią tym samym językiem, ale nigdy nie dogadają się, jeśli chodzi słowo "latarka".
Trzeci dzień to odwiedziny w okolicach Ribeira Grande. Pomysł zupełnie spontaniczny i genialny jednocześnie, bo to jedyne miejsce, gdzie autobusy jeżdżą mniej więcej co pół godziny, a w mieście jest nawet dworzec autobusowy, więc odpada potrzeba zdobywania wiedzy, gdzie by tu najlepiej stanąć, żeby złapać podwózkę. Tam udało mi się zobaczyć wodospad Salto do Cabrito i rezydującego tam z jakiegoś powodu koguta, niestety szlak dalej był zamknięty przez opady i osuwiska. Bywa. Przeszłam więc lokalnymi drogami do miejscowości Riberinha i na punkt widokowy Miraduoro do Cintrao, skąd można było zobaczyć spektakularne klify. Następnie przemiły szlak oznaczony na mapach jako TM01, prowadzący klifami w stronę miasta. Pastwiska i omszałe murki z jednej, błękitna woda z drugiej. Gratuluję sobie tego wyboru do teraz.
I to miał być ostatni dzień na Sao Miguel, niestety po dotarciu na lotnisko okazało się, że samolot jest opóźniony, potem opóźniony, potem opóźniony, a ostatecznie odwołany. I nawet jeśli oddacie bagaż, przejdziecie przez kontrolę bezpieczeństwa i będziecie już stać przy bramce gotowi na boarding, to wcale nie znaczy, że polecicie gdziekolwiek. Natomiast azorskie linie działają naprawdę sprawnie i tam, gdzie są w stanie, szybko organizują przejazd i nocleg dla ofiar azorskiej pogody. Na szczęście udało się wydostać dzień później i po trochę ponad godzinie zameldowałam się na miniaturowym lotnisku w Santa Cruz. To też było miejsce mojego noclegu, co miało swoje plusy, bo z lotniska do pokoju u Dony Julii szłam osiem minut, ale miało również minusy, bo trudno było się stamtąd wydostać na jakikolwiek szlak. Według mapy przystanków autobusowych na wyspie jest łącznie pięć, niestety część z linii jeździ tylko w lipcu i sierpniu, a te pozostałe wyłącznie w tygodniu. A ja chciałam w sobotę. W październiku. Niełatwo było też znaleźć taksówkę, ale ostatecznie spytałam lokalsa, on swojego kolegi, a kolega miał kolegę, który ma samochód i już następnego dnia zawiózł mnie do Faja Grande. Ale o tym za moment.
Bo pierwszy dzień wykorzystałam na spacer w okolicach Santa Cruz i zakochanie się w jakieś 10 minut. Flores to najbardziej zielona wyspa Azorów, wyobraźcie sobie więc rozległe pastwiska otoczone uroczymi murkami, wylegujące się tam krowy i kozy, hortensje rosnące wzdłuż wąskich dróg i pagórki w tle, skąpane we mgle. W ogóle piosenką tego wyjazdu było "Błądzę we mgle gęstej jak budyń / nie mogę się ruszyć, bo krępuje moje ruchy" Rau Performance, bo Flores pogodowo rzeczywiście mnie nie rozpieszczała. Ale mgła też robiła swój klimat. Może nawet ciekawszy? Wieczorem poznałam właściciela przybrzeżnego baru, z którym szybko dogadaliśmy się na temat bluesa i od którego usłyszałam ikoniczną odpowiedź na pytanie, czy dużo na Flores turystów w październiku. "Hm, ty. I więcej nie widziałem". Rozmawiajcie z lokalsami, są najlepsi!
A teraz już o Faja Grande. Najpierw polecam obowiązkowe miejsce, czyli wodospad Poco do Bacalhau. Jeśli nie możecie zbyt dużo chodzić albo po prostu wam się nie chce, to jest idealne miejsce, żeby zobaczyć, co Flores ma do zaoferowania. Okoliczny parking to też wspaniały spot na śniadanie z widokiem na klify! Mój taksówkarz utrzymywał całą drogę, że "ta mgła to zawsze jest rano, ale potem przejdzie" i faktycznie trochę zaczęło się przejaśniać, więc... w drogę do miejsca, które najbardziej chciałam zobaczyć! Poco da Ribeira do Ferreiro. Najpiękniejsze wodospady, jakie w życiu widziałam, a przecież te w Indonezji też były niczego sobie. Sam szlak, na którym towarzyszyły mi krowy (jak wszędzie na Azorach), był uroczy, natomiast na miejscu przywitało mnie mleko, przez które ledwo było widać wyciągniętą przed siebie rękę. I w takich przypadkach są dwie opcje: powiedzieć "No nieeeee", odwrócić się i odejść niepocieszonym albo założyć kaptur, naciągnąć pokrowiec na plecak i siedzieć w deszczu, patrząc, jak wiatr walczy z mgłą. Może i było to creepy pół godziny w ulewie, ale za to jak na minutę powietrze się oczyściło i pozwoliło mi zobaczyć tę piękną ścianę zieleni i wodospadów... Niczego nie żałuję.
Kolejnych zdań, które teraz napiszę, wolałabym, żeby nie czytały osoby, piszące mi przed wyjazdem "Tylko uważaj na siebie". Namówiona nieco lepszą pogodą zdecydowałam się wejść szlakiem PR3FLO na wielką górę, tylko po to, żeby potem iść jej grzbietem we mgle i wietrze, i myśleć, że jeśli chodzi o topkę moich głupich pomysłów, to ten spokojnie wskakuje na podium. Powinnam zobaczyć po drodze dwa słynne jeziora, no i tak... wierzę, że tam były. Głównie skupiałam się na tym, żeby się nie przewrócić i sobie głupiej twarzy nie rozwalić na ścieżce, która zmieniła się w rzekę. Po powrocie do Santa Cruz okazało się natomiast, że tam jest 28 stopni, a ludzie chłodzą się w oceanie. Flores jest jak pudełko czekoladek. Czy zaskoczyło mnie to, że przez kolejne dwa dni przyjeżdżałam na lotnisko, żeby dowiedzieć się, że dzisiaj nie polecimy? Wcale. Dzięki temu zwiedziłam małą wioskę o nazwie Lomba, poznałam kolejnych wspaniałych lokalsów i zacieśniłam więzi z taksówkarzem Johnem, który nauczony doświadczeniem, po wyrzuceniu mnie na lotnisku pisał tylko: "Jak coś, to czekam przed wejściem". On też, zapytany, czy są tu pająki, węże albo inne niebezpieczne zwierzęta, odpowiedział: "Nic z tych rzeczy, to jest raj". Uwięziona w raju, zatem.
Ta obsuwa sprawiła, że na Pico byłam tylko przez jedną noc i jak normalnie staram się nie robić reklamy, tak hostel Loving Strangers to najlepszy hostel, w jakim w życiu byłam. Takiego klimatu nie znajdziecie nigdzie. Bo w żadnym innym nikt mi w pierwszych pięciu minutach nie dał wina do jednej ręki i makaronu do drugiej. A wina na Pico warto spróbować. Zresztą... hostele to chyba temat na inny artykuł. Na Pico chciałam wejść na wulkan (jeśli będziecie mieć taki pomysł, to pamiętajcie, że najpierw trzeba się zarejestrować!), ale przez poprzednie dni i tak był zakaz z powodu pogody, a wszyscy napotkani lokalsi mówili, że wejście na szczyt było najgorszym doświadczeniem w ich życiu, tak że... Miałam zamiar wrócić i tego dokonać, no ale teraz już sama nie wiem.
Na Sao Jorge dostałam się promem i jeśli ktokolwiek z was uczył się hiszpańskiego i jest przekonany, że wypowiada się to "Sao Horhe", po czym dziwi się, że nikt go nie rozumie, to śpieszę wyjaśnić, że odpowiedź brzmi "Są Żorż". Największa polecajka to wejście z Norte Grande na Pico da Esperanca. Widoki ze szczytu są kosmiczne, a i sam szlak to czysta przyjemność. Czasem można tylko spotkać krowy na środku drogi, ale one podobno nie są agresywne, tylko natarczywie patrzą. Jeśli chodzi o komunikację publiczną, to z Velas do Norte Grande jeździ jeden autobus rano, o 7, a powrotny jedzie 10 godzin później. Ale jeśli wam się poszczęści, to spotkacie pod sklepem jakąś przeuroczą grupę emerytów, która się nad wami zlituje i wciśnie do swojego busa, żebyście nie musieli czekać.
Terceira - jak to mówią: last but not least. Na początku, kiedy ktoś mnie pytał, jak mi się tam podoba, to mówiłam, że najlepiej, ale to głównie dlatego, że w końcu posiadałam na noclegu pralkę i suszarkę bębnową, która naprawdę się przydaje, jeśli od ponad dwóch tygodni chodzicie w przemoczonych ubraniach. Ale teraz już ochłonęłam i odpowiem w sposób zrównoważony. Terceira, hmm, myślę, że mogę ją ustawić na drugim miejscu za Flores. Po pierwsze, było dostępne wege jedzenie oraz autobusy jeździły często i nawet było wiadomo, skąd odjeżdżają. Po drugie, posługując się wyświechtaną frazą: każdy może znaleźć tam coś dla siebie. Na pewno na uwagę zasługuje Angra do Heroismo, czyli stolica wyspy i pierwsza osada założona przez Portugalczyków na tym archipelagu. Nikogo nie posądzam o genialny pomysł przejścia stamtąd pieszo na szlak Misterios Negros, ale jakby jednak ktoś chciał, to zachęcam. Droga wiedzie przez pastwiska poprzecinane niskimi murkami, a moment wejścia między drzewa w Serra de Santa Barbara, to dosłownie magiczny moment.
Sam szlak Misterios Negros to coś dla fanów nieco mrocznych miejsc, tylko błagam - nie idźcie tam w crocsach albo innych japonkach. Na mapach ta trasa jest określana jako średnia lub trudna i na to należy się przygotować, zwłaszcza jeśli jest deszczowo. Porządne buty, ważne. I dobry aparat. I dużo czasu, bo przystanek na zdjęcia robi się średnio co cztery kroki.
Druga polecajka - okolice Biscoitos. Z tego miasteczka pochodzą najpopularniejsze rolki z naturalnymi basenami, tam też można się przejść uroczymi winnicami i popatrzeć na spektakularne klify. A i trekkingolubni będą zadowoleni, bo prowadzi w okolicy piękny szlak. Podczas którego przez dobre 14 kilometrów myślałam, że nie powinno mnie tu być i że nawet nikt mnie tu nie znajdzie, a pewnie ktoś, kto ustalał tę trasę, w trakcie powtarzał sobie najpopularniejszą wypowiedź Ricky’ego z "Chłopaków z baraków". A tak poważnie to szukajcie na mapie Serra Das Quatro Ribeiras i szlak PR09TER. Wystarczy uważnie patrzeć na znaki i wszystko będzie dobrze.
Zazwyczaj nie wracam w te same miejsca, bo jest tyle rzeczy do zobaczenia. Ale tak samo jak przy Maderze, myślę, że to nie jest nasz ostatni raz z Azorami. Może nie była to najłatwiejsza logistycznie solo wycieczka, ale da się, a przecież... Zostało mi jeszcze kilka wysp. Kilka chętnie zwiedziłabym dokładniej. Zobaczyłabym Flores w słońcu. I pogadała znowu z lokalsami, bo - obok natury - to właśnie ludzie byli tam najlepsi.