123RF/PICSEL
Katarzyna Pruszkowska-Sokalla 05:00 04.09.21

"To był najgorszy okres w moim życiu, a wszyscy uważali, że powinnam się cieszyć"

"(...) poczułam, że popełniłam bardzo, bardzo duży błąd. Miałam obsesyjne myśli (...), które nieustannie się powtarzały: "Popełniłaś błąd, teraz będziesz musiała za to zapłacić. Popełniłaś błąd, teraz będziesz musiała za niego zapłacić". Właściwie, dlaczego popełniłam ten błąd? Dlaczego to zrobiłam? Co było takiego złego przedtem?".

Reklama

Czego tak bardzo żałowała Sophia? Cytowane zdanie zaczyna się od słów: "po narodzinach". Kobieta, która wychowuje dwoje dzieci, żałowała, że w ogóle je urodziła. Podobnie jak Bali, której świadectwo również znalazło się w książce Orny Donath, pt. "Żałując macierzyństwa". "Ludzie pytają mnie: "Jak ci się podoba bycie matką?". I posyłam ten wymuszony uśmiech, bo co mogę im powiedzieć? Że jestem nieszczęśliwa? Że to trudne? Że chcę do mamy?".

Z opublikowanych niedawno badań, przeprowadzonych przez dr. Konrada Piotrowskiego z Uniwersytetu SWPS wynika, że około 13 proc. polskich rodziców także żałuje decyzji o posiadaniu dzieci. Choć w skali kraju to kilka milionów kobiet i mężczyzn, którzy woleliby pozostać bezdzietnymi, rodzicielski żal nadal pozostaje tematem tabu. - W naszej kulturze niewiele jest ról społecznych, które są tak mocno obłożone oczekiwaniami społecznymi - mówi dr Piotrowski. - Można swobodnie kształtować swoje życie romantyczne czy zawodowe, ale z rolą rodzicielską wiążą się bardzo konkretne oczekiwania. Wszelkiego rodzaju odstępstwa od normy, czyli tego, co jest powszechnie uznawane za typowe, są dość mocno potępiane. Wcale się nie dziwię, że rodzice niechętnie o tym mówią.

Reklama

Większość rodziców, którzy wzięli udział w badaniu, miała dzieci w wieku ok. 10 lat. - Zależało nam na tym, żeby to byli rodzice, którzy nadal aktywnie realizują swoje obowiązki rodzicielskie. Opieka nad starszymi nastolatkami wygląda przecież inaczej. Rodzice nie angażują już swoich sił i energii w takim stopniu, jak podczas wychowywania maluchów - tłumaczy dr Piotrowski.

Syndrom wypalenia rodzicielskiego

Choć większość Polek i Polaków chce mieć dzieci (jak wynika z badania "Preferowane i realizowane modele życia rodzinnego" przeprowadzonego przez CBOS w 2019 roku), część z nich żałuje tej decyzji. W krajach, w których przeprowadzono podobne badania, a więc w Niemczech i USA, podobnie uważa ok. 8 proc. badanych rodziców. Skąd takie różnice? - Możemy je zrozumieć dzięki badaniom nad wypaleniem rodzicielskim, które przeprowadzono w 40 krajach świata, w tym w Polsce - mówi dr Piotrowski. - Wiemy, że rodzice żałujący rodzicielstwa często cierpią z powodu syndromu silnego wypalenia rodzicielskiego, a więc odczuwają silny i przewlekły stres związany z opieką nad dzieckiem. Rodzice są wyczerpani, przekonani, że znaleźli się nad krawędzią. Dystansują się do swoich dzieci, opiekują się nimi fizycznie, ale nie emocjonalnie. Ze wspomnianych badań wynika, że w Polsce mamy jeden z najwyższych na świecie poziomów wypalenia.


- Odczuwałam straszny żal po narodzinach drugiego dziecka - opowiada Agata, mama dwójki dzieci mieszkająca w Krakowie*. - Mój starszy syn był dzieckiem bezproblemowym, śpiącym, bez kolek. Nie chodził do żłobka, mieliśmy fajną więź. Kiedy miał trzy lata, urodziła się moja córka. Płakała już non stop. Szybko pojawiło się we mnie poczucie, że właśnie zepsułam sobie "idealne" życie. Zadawałam sobie pytanie: po co mi to było?

- Mój kryzys zaczął się, kiedy Marysia miała dziewięć miesięcy i zaczęła raczkować - opowiada Monika Małgorzata Lis, mama 3,5-letniej Marysi, pisarka i autorka tekstów piosenek. - Maria zaczęła być mobilna, nie mogła usiedzieć w miejscu. Całe dnie spędzałyśmy na zewnątrz, bo w domu z nieustannej chęci eksploracji świata, robiła mi sajgon. Nie mogłam nawet na chwilę usiąść i odpocząć, bo zaraz ładowała mi się na kolana. Żeby mieć chwilę spokoju, musiałam stać. Najgorszy okres trwał do momentu, kiedy skończyła 1,5 roku. Pamiętam wieczory, kiedy siedziałam na kanapie i na myśl o tym, że kolejny dzień będzie taki sam, chciało mi się płakać. Mąż pytał, co właściwie takiego się dzieje, że jest mi trudno. A ja miałam poczucie, że muszę nieustannie czuwać, ciągle gasić emocjonalne pożary, które pojawiały się co chwila. Wiecznie o krok przed córką, zastanawiając się, co może jej się nie spodobać. I chyba to ciągłe bycie w gotowości było wtedy najtrudniejsze.

Brak przygotowania, brak wsparcia

Poczucie wypalenia rodzicielskiego może wiązać się z jednej strony z brakiem wsparcia, z drugiej - z brakiem przygotowania do rodzicielstwa. A, jak przekonuje dr Piotrowski, kompetencje rodzicielskie odgrywają kluczową rolę w cieszeniu się z posiadania dzieci. - Życie dorosłego człowieka opiera się na trzech rolach społecznych: pracownika, partnera i rodzica - mówi psycholog. - Rodzicielstwo jest szczególne, bo inne role możemy sobie wcześniej przećwiczyć, pójść na kilka staży, żeby wybrać interesującą pracę, kilka razy się zakochać i odkochać, żeby nauczyć się, czego szukamy z partnerze. A rodzicielstwa nie można przetestować. Rodzi się dziecko, machina rusza i nie ma odwrotu. Dlatego uważam, że do rodzicielstwa można i należy przygotować się wcześniej, najlepiej przepracowując swoje problemy w terapii. Najpóźniej w momencie, w którym zachodzi się w ciążę. Potem nie będzie już takiego komfortowego momentu, bo zacznie się kołowrót emocji, obciążeń, oczekiwań, stresu. I jak ktoś nie jest na to gotowy, ta lawina może go pociągnąć w dół.

O tym, że terapia rzeczywiście może pomóc, przekonała się Agata, która po profesjonalną pomoc zgłosiła się już po narodzinach córki.

- Miałam depresję, ale nie chciałam jeść leków, bo karmiłam piersią. Nie chciałam kończyć karmienia, bo wtedy czułabym się jeszcze gorzej - że nie dałam jej tego, co najlepsze - opowiada. - Te dni od jej urodzenia do czasu, kiedy skończyła rok, były jak otchłań, funkcjonowała wtedy tylko z dnia na dzień, żeby jakoś przeżyć. Czułam wyrzuty sumienia, że nie mam czasu dla syna. Myślałam, że trzeba było zostać przy jednym dziecku. A kiedy córka chorowała, uważałam, że to kara. Wiem, to brzmi, jakbym miała paranoję. Ale to nie rozgrywało się na racjonalnym poziomie. To był najgorszy okres w moim życiu, a wszyscy wokół uważali, że powinnam się cieszyć. W końcu zdecydowałam się na terapię, w ramach wsparcia dla rodziców, które oferował wtedy szpital przy ul. Kopernika. Można tam było przyjść z dzieckiem i to było dla mnie zbawienne. Powolutku, z czasem, zaczęło robić się łatwiej. Dziś jest fajnie, ale kiedy przychodzi mi do głowy myśl o trzecim dziecku, to te wspomnienia mnie zniechęcają.

Monika nie zdecydowała się na terapię, bo, jak sama mówi, choć z perspektywy czasu uważa, że mogła mieć stany depresyjne, nie czuła potrzeby wsparcia kryzysowego. To codzienne zapewniał jej krąg zaprzyjaźnionych mam, które poznały się właśnie dzięki Monice.

- Jeszcze będąc w ciąży wiedziałam, że chcę zadbać o to, by mieć wokół siebie kobiety na podobnym etapie życia - mówi. - Po raz pierwszy spotkałyśmy się, kiedy Marysia miała trzy miesiące, na spotkaniu w pobliskiej parafii, które sama zorganizowałam. Nie rozmawiałyśmy tylko o macierzyństwie, choć nie ma co ukrywać, że to był nasz główny temat. Opowiadałyśmy sobie o tym, jak minęła noc, jak znosimy ząbkowanie, chorowanie, powtarzalność dni. Myślę, że te spotkania i świadomość, że dziewczyny są obok mnie, że nie oferują mi tylko wsparcia wirtualnego, mnie uratowała.

Co jeszcze pomogło Monice przetrwać kryzys? Książka, która właściwie od dnia premiery cieszy się w Polsce sporym zainteresowaniem. Mowa o publikacji "Wysoko wrażliwi, jak funkcjonować w świecie, który nas przytłacza" Elaine N. Aron. - Przeczytałam ją w dwa dni i nie mogłam pozbyć się wrażenia, że ktoś, nawet nie wiedząc o moim istnieniu, napisał o mnie 400 stron - potwierdza Monika. - Dużo wtedy zrozumiałam. Na przykład to, że mam inne zasoby niż osoby, które nie są wysoko wrażliwe, a więc muszę nimi inaczej zarządzać. Już wcześniej myślałam o gospodarowaniu energią, ale nie uczyłam się na błędach - jeśli coś długo robiłam i nie odpoczęłam to chorowałam. Teraz nauczyłam się tak planować dni, żeby robić rzeczy, które dodają mi energii, a nie ją rozładowują.

Niska stabilność emocjonalna

O tym, że cechy charakteru rodziców są jednym z kluczowych czynników decydujących o jakości rodzicielstwa, wiemy już od lat. Osobami, którym może być szczególnie trudno odnaleźć się w nowej roli oraz są szczególnie narażone na wypalenie rodzicielskie, są te o niskiej stabilności emocjonalnej, nazywanej dawniej "neurotycznością". - Faktycznie, to cecha osobowości, która sprawia, że mamy większość skłonność do reagowania negatywnymi emocjami w odpowiedzi na różne bodźce - potwierdza dr Piotrowski. - Rodzice neurotyczni gorzej radzą sobie ze stresem i niepewnością, gorzej znoszą konflikty i nieoczekiwane sytuacje, a przecież rodzicielstwo jest pełne tego typu zdarzeń. Ciągle trzeba podejmować jakieś decyzje, ciągle się czegoś nie wie. Osoby neurotyczne mają również problem z rozwiązywaniem konfliktów, są nimi bardziej obciążone. Dlatego rodzicielstwo staje się dla nich męczące, obciążające.

Szczególnie narażone są na wypalenie rodzicielskie i żal z powodu posiadania dzieci są osoby, które wychowywały się w domach, w których zaniedbywane były ich potrzeby emocjonalne, a przemoc fizyczna lub psychiczna była na porządku dziennym. Takie, które w powodu dorastania w dysfunkcyjnej rodzinie nie mogły nauczyć się, jak to jest być spokojnym, wrażliwym na dziecko rodzicem. - Wiemy, że u osób wychowujących się domach, w których doświadczały przewlekłego stresu i przemocy, inaczej rozwija się mózg - tłumaczy psycholog. - Oś stresu jest nadmiernie aktywna przez długi czas i ulega rozregulowaniu, człowiek staje się bardziej niestabilny, na negatywne emocje reagują albo agresją, albo wycofaniem. Kiedy na takie osoby, mówiąc kolokwialnie, zwala się odpowiedzialność za dziecko, zwalają się oczekiwania, może być im za trudno. Wypalają się, zaczynają żałować, izolować się od dzieci, sięgać po alkohol, stosować przemoc - a więc historia z ich własnego domu się powtarza.

Brak pieniędzy, brak wyboru

Jakie jeszcze czynniki mogą wpływać na odczuwanie silnego żalu z posiadania dzieci? Dr Piotrowski wskazuje na dwa. Pierwszym są problemy finansowe - im trudniejsza sytuacja materialna rodziny, tym większe prawdopodobieństwo, że u rodziców rozwinie się syndrom wypalenia rodzicielskiego. Drugim, choć to tylko hipoteza, jest brak możliwości wyboru tego, czy i kiedy zostać rodzicem. - Bez wątpienia tym, co odróżnia Polskę od Niemiec i USA, jest dostęp do legalnej aborcji - mówi dr Piotrowski. - Nie wiemy na pewno, jak wpływa to na żal z powiadania dziecka, bo trzeba byłoby przeprowadzić szersze badania porównawcze, ale uważam, że to może być istotny czynnik. Bo Niemki czy Amerykanki, które spodziewają się dziecka, a czują, że to nie jest dobry moment, mogą ciążę przerwać. Oczywiście wszyscy wiemy, że w Polsce funkcjonuje podziemie aborcyjne, że można wyjechać do Czech, Niemiec czy na Słowację. Ale umówmy się - nie każdą kobietę na to stać.

Głównym powodem żalu z posiadania dzieci, o którym traktuje wspomniana na początku książka "Żałując macierzyństwa", jest właśnie przymus reprodukcyjny, który, jak pokazuje Orna Donath, występuje nie tylko w krajach pronatalistycznych, jak Izrael, z którego pochodzi badaczka. W swojej książce socjolożka przytacza słowa Petera Costello, australijskiego ministra finansów, który w 2004 roku zaapelował do australijskich kobiet o to, by w obliczu rosnących kosztów emerytur rodziły więcej dzieci. Zrobił to słowami: "Jedno dla matki, drugie dla ojca i jedno dla kraju", a następnie dodał, że tej nocy australijskie pary powinny spełnić swój "obywatelski obowiązek". Zdaniem Ornath, w krajach, w których zachęcanie do rodzicielstwa jest istotną częścią polityki społecznej, kobiety, które nie chcą mieć dzieci są postrzegane jako "jako egoistyczne, hedonistyczne, dziecinne, podejrzane, ograniczone, niebezpieczne lub o wątpliwej poczytalności", a samo żałowanie macierzyństwa jest negowane, więc "kobiety, które żałują, były piętnowane jako egoistyczne, szalone, wybrakowane i niemoralne istoty ludzkie, stanowiące przykład tego, że żyjemy w "kulturze narzekania".


Czy kobiety, które nie chciały zostać matkami mogą wyjść poza wspomniane "narzekanie" i docenić uroki macierzyństwa? Niektóre - być może tak, zwłaszcza jeśli mają wsparcie rodziny lub terapeuty, dobrą sytuację materialną i zapewnione szanse na odpoczynek, a więc nie są zagrożone wypaleniem. Jednak inne nawet po latach będą odczuwały dokładnie te same emocje, które towarzyszyły im na początku, co potwierdzają badania przeprowadzone kilka lat temu na 100 amerykańskich nastolatkach, które zaszły w ciążę. - To były badania podłużne, które zaczęły się w okresie ciąży i trwały jeszcze rok po porodzie - tłumaczy dr Piotrowski. - Okazało się, że te dziewczyny, które żałowały tego, że zaszły w ciążę, były niezadowolone również po porodzie i przez cały pierwszy rok. Dlatego mówienie, że kobieta się w końcu "przyzwyczai" do macierzyństwa jest niebezpieczne, bo wcale nie musi tak być.

Potwierdzają to wypowiedzi kobiet, które odpowiedziały na ogłoszenie Orny Donath, i opowiedziały jej o tym, dlaczego żałują tego, że w ogóle zostały matkami. Niektórym żal towarzyszył już od pierwszych dni:

Odelya: Już podczas ciąży odczuwałam żal. Zrozumiałam, że (...) nie nawiążę relacji. Nie odnajdę się... Zrozumiałam, że to był błąd.

Carmel: Przez cały tydzień (po powrocie do domu ze szpitala - przyp. red.) po prostu chciałam zabrać go z powrotem do szpitala. (...) Próbowałam przekonywać, że był chory, że powinien być zabrany do szpitala. To działo się już wtedy. Myślałam, że to była panika przed nowym początkiem i tak dalej, ale ona utrzymywała się już zawsze.

Debra: Nie uważałam się za cierpiącą na depresję, ale było dla mnie bardzo jasne, że to jest coś, czego nie chcę. To nie tak, że uświadomiłam to sobie po urodzeniu, byłam tego świadoma już wcześniej. Nie była to więc dla mnie nowina.

Brenda: Krótko po urodzeniu moich dzieci, po około 6 miesiącach, zaczęłam rozumieć, w co się wkopałam (...). Gdy noce stały się dniami i pogubiłam się w desperackim poszukiwaniu "szczęścia, satysfakcji i odrodzenia", o którym każdy mówił, nie mogłam odnaleźć nawet cienia tego uczucia.

Wypalenie, przemęczenie czy żal?

Wielu rodziców odczuwa ambiwalentne uczucia związane z posiadaniem dzieci. Jednego dnia czują satysfakcję i czerpią przyjemność ze spędzania czasu z dziećmi, innego czują się przebodźcowani, rozczarowani lub tęsknią za dawnym życiem. Podobnie jak Monika i Ania, które, choć przeżyły kryzysy macierzyńskie, dziś nie żałują, że są mamami. Jak więc odróżnić przemęczenie wymogami nowej roli od dojmującego przekonania, że dzieci być nie powinno? Orna Donath zadawała swoim bohaterkom dwa bardzo konkretne pytania: Gdyby mogła pani cofnąć się w czasie, z obecną wiedzą i doświadczeniem, czy wciąż zostałaby pani matką? Czy z pani punktu widzenia są jakieś dobre strony macierzyństwa? Jeśli na drugie pytanie respondentki odpowiadały twierdząco, Donath zadawała jeszcze jedno: Czy z pani punktu widzenia dobre strony przeważają nad złymi? Jeśli odpowiedzi brzmiały odpowiednio "nie i nie" lub "nie, tak i nie" - zapraszała kobiety do rozmów o macierzyńskim żalu.

Pytaniem otwartym, na które trudno znaleźć odpowiedź, jest to o czas trwania poczucia żalu. - Nie mamy danych o stabilności żałowania rodzicielstwa w czasie - potwierdza dr Piotrowski, który dane do swoich badań skończył zbierać na krótko przed wybuchem pandemii. - Nie wiem, jakie odpowiedzi bym uzyskał, gdybym wrócił do moich respondentów. Nie wiem, ale w najbliższych miesiącach mam zamiar się dowiedzieć. Jednak na podstawie lektury książki Orny Donath można wysnuć wniosek, że wśród osób żałujących rodzicielstwa są takie, które do końca życia nie pogodzą się z tym, że zostały rodzicami. Analiza wpisów na forach internetowych, przeprowadzona przez badaczy z Wielkiej Brytanii pokazuje, że takie osoby żyją w przekonaniu, że rodzicielstwo zamknęło przed nimi inne drogi. Że nie żyły tak, jak chciały, że nie mogły i nadal nie mogą realizować swoich marzeń. Że to, że zdecydowały się na dzieci, było ich największym życiowym błędem.

I dr Piotrowski, i Orna Donath, zajmując się tematem rodzicielskiego żalu, wspominają o silnym tabu, które jest związane z tym tematem. Podczas szukania bohaterów do tekstu dwie mamy, które odpowiedziały na moje ogłoszenie zamieszczone na jednej z grup na FB, wycofały się na kilka godzin przed planowaną rozmową, mimo że mogły zachować anonimowość. Obie tłumaczyły swoją decyzję lękiem, także przed "samym nazwaniem swoich uczuć i ich wypowiedzeniem". Jednak badania dr. Piotrowskiego i Donath, tysiące wpisów na forach internetowych, popularność książki "Żałując macierzyństwa", hasztagu #regrettingmotherhood czy istnienie na FB grup takich, jak "Żałuję rodzicielstwa - grupa wsparcia" pokazują, że osób, które chciałyby przestać być rodzicami, czy jak pisze Donath - być "niczyimi matkami" są na całym świecie miliony, a przekonanie o rodzicielstwie jako życiowym błędzie może towarzyszyć im do końca życia. Jak Sky, która zwierzyła się Ornie: "Gdy moja córka chce mnie odwiedzić, dzwoni i przyjeżdża, a ja się zawsze cała ekscytuję: 'Ach, to wspaniale, strasznie za tobą tęsknię i nie mogę się doczekać, aż cię zobaczę', ale tak nie jest... Staram się robić swego rodzaju show, ale tak nie jest. Nie umiem nawet udawać".