Reporter Fot. Magdalena Pilor
Dariusz Jaroń 05:00 04.09.21

"To była wojna przez duże W"

J

J edzenie dostajesz na tacy, masz kąt do spania, siłownię i prowizoryczne kino. Nie martwisz się o rachunki, zepsutą pralkę, niezapłacony mandat, czy problemy z parkingiem pod blokiem. W takich warunkach szybko robi się nudno, wręcz monotonnie, poza chwilami, gdy pędzisz na złamanie karku do schronu. Ale i do tego można przywyknąć. Adrenalina gwałtownie rośnie dopiero poza murami bazy. Nie wiesz, czy wrócisz, chociaż powtarzasz sobie w duchu, że każdego może spotkać coś złego, oprócz ciebie.

Reklama

Polscy żołnierze byli obecni w Afganistanie przez niemal dwadzieścia lat. Po raz pierwszy wyjechali jako uczestnicy misji międzynarodowej koalicji utworzonej po atakach z 11 września na World Trade Center i Pentagon. Przez dwie dekady, w ramach kolejnych kontyngentów, w Afganistanie stacjonowały tysiące polskich żołnierzy i pracowników MON (część brała udział w więcej niż jednej zmianie). 42 żołnierzy i cywilny ratownik medyczny nie wrócili do kraju, jeden poszkodowany żołnierz zmarł w Polsce, a kilkuset zostało rannych. 30 czerwca 2021 roku do Polski zjechali uczestnicy XIII zmiany misji Resolute Support - ostatniej z udziałem naszych żołnierzy na afgańskiej ziemi.

To nie jest czas dla poetów

- Mój Afganistan zaczął się w czerwcu 2011 roku - mówi Michał Andruk, żołnierz zawodowy Wojska Polskiego w latach 2000-2017. Po ukończeniu Poznańskiej Szkoły Chorążych służył w 6. Brygadzie Powietrznodesantowej w Krakowie i Jednostce Wojskowej GROM. 

Reklama

- Przez trzy miesiące latałem śmigłowcem ewakuacji medycznej. Załoga była mieszana, ale dowodzili Amerykanie. Pomagaliśmy wszystkim, czerwony krzyżyk na burcie zobowiązuje. W sumie na miejscu byłem niecały rok. Wróciłem w 2013 roku po ataku na bazę w Ghazni. Taki był rozkaz. Jak cały Afganistan dla mnie... Ja uczestniczyłem w tej misji, koledzy w innych. Powiedziałbym, że byłem tylko w Afganistanie, ale czy to słowo jest odpowiednie? Każda misja to odrębna historia, inna charakterystyka. Śmiałem się kiedyś z powtarzanego hasła: "Życzę ci żołnierskiego szczęścia", po latach wiem, że to coś więcej niż slogan z "Czterech Pancernych". Instynkt i odruchy można wypracować, szczęście niekoniecznie, nie zapiszesz go w dokumentach, nie wypowiesz w rozkazie, nie wypada. Ale obserwując operatorów, a odpowiadałem za to, żeby w razie czego ich uratować, wiem, jakie to ważne. Znałem ludzi lepszych od siebie pod każdym względem: odważniejszych, lepiej przygotowanych, silniejszych. Nie żyją. Z różnych powodów. Ten nienazwany metafizyczny czynnik jest na wojnie najważniejszy - dodaje.


Każdy żołnierz ma jakąś specjalizację. Dla Michała Andruka było to ratownictwo medyczne, z którym zetknął się jeszcze przed zaciągnięciem do wojska. Każdy żołnierz powinien mieć też wentyl, ujście emocji, które - mimo wieloletnich szkoleń - kumulują się w człowieku, szczególnie pielęgnując te wspomnienia, które przynoszą najwięcej bólu.

- Misja to duża próba i szlif charakteru. Każdy z nas ma inny charakter, ale tak samo zbiera w sobie stres. Organizm ma ograniczoną pojemność negatywnych emocji, musimy umieć dać im upust. Pomogła mi poezja - mówi nasz rozmówca. Własnym sumptem wydał tomik wierszy pt. "To nie jest czas dla poetów", jest też autorem scenariusza nagrodzonego w konkursie Polskiego Radia ogłoszonego z okazji setnej rocznicy Bitwy Warszawskiej. 

- Poezja, tak uważam, to nazywanie emocji. U mnie pojawiła się nagle. Im bliżej czterdziestki, tym stałem się bardziej refleksyjny. Opowiadam o tym, co przeżywa każdy żołnierz, tylko nie każdy ma dar wyrażania tego wszystkiego. To doświadczenia moje i moich kolegów. Ja tę wrażliwość miałem wcześniej, myślę nawet, że jestem literatem, który trafił do wojska, nie odwrotnie. Koledzy to wyczuwali. Wiedzieli, że mogą przyjść, pogadać od serca. Momentami mój pokój był niczym konfesjonał - opowiada Michał Andruk. Jak sam mówi, najwięcej odwagi wymagała decyzja o wydaniu wierszy pod własnym nazwiskiem. Wcześniej zdarzało mu się publikować w branżowych mediach, ale zawsze pod pseudonimem. 


Po powrocie z misji zaczął doceniać małe rzeczy. Ucieszył się, kiedy stanął po raz pierwszy na zielonej polskiej trawie. W Afganistanie zatęsknił za czymś, co w domu brał za pewnik - naturą, pełnią barw. Tam wszystko pokryte było pyłem i piachem, a kolory wyblakły w intensywnym słońcu. Za pewnik, podkreśla, bierzemy też w Polsce bezpieczeństwo, fakt, że nie musimy bacznie analizować każdego, kto wychodzi nam naprzeciw. Czy ma broń? Czy pod ubraniem skrywa pas szahida? Jakie ma intencje wobec mnie?

"Tęsknić za wojną? Głupio brzmi, prawda?"


Magdalena Pilor po raz pierwszy poleciała do Afganistanu w 2010 roku jako korespondentka wojenna dużego dziennika. W późniejszych latach wyjechała do Ghazni jako cywilny pracownik wojska. Jest autorką książki "Jej Afganistan. Historia żołnierza w spódnicy", opowiadającej o misjach z perspektywy służących w Wojsku Polskim kobiet.

- W Afganistanie najbardziej tęskniłam za wolnością i możliwości wyboru - przyznaje. - Na misji oduczasz się myśleć, wszystko masz podane na tacy. Dania na stołówce są powtarzalne, sklepy i trasy spacerów również. Nie możesz pójść gdzie chcesz, bo bazę otacza mur, nie możesz się spotkać ze znajomymi, tylko z ludźmi, którzy są na miejscu. Wolnego czasu nie brakuje, ale co z nim zrobić? Do wyboru są siłownia, film, książka, rozmowa... Pamiętam scenę z filmu "The Hurt Locker. W pułapce wojny", główny bohater po powrocie do USA ma problem z wyborem płatków śniadaniowych z wielu rodzajów dostępnych w supermarkecie. Śmiałam się, że Amerykanie coś podrasowali, ale potem zderzyłam się z tym samym odczuciem. Stałam przed regałem z serami pleśniowymi. Było pięć do wyboru, a ja nie wiedziałam, który mam wziąć? Trochę dziczejemy jak wracamy - dodaje z uśmiechem.

Chwile monotonii przerywała co jakiś czas syrena alarmowa ze znanym wszystkim w bazie hasłem dobywającym się z głośników: "incoming, incoming, incoming". Do ostrzałów rakietowych, które na początku podnosiły ciśnienie, można przywyknąć, choć nigdy nie da się ich dokładnie przewidzieć. Każdy prysznic wiązał się ze stresem, bo kto by chciał gnać do schronu w samym ręczniku?


Nasza rozmówczyni uważa na pułapkę stereotypów. Ostrożnie wypowiada się o miejscu kobiet w afgańskim społeczeństwie, a także postawie kobiet-żołnierzy, z którymi przyszło jej dzielić czas i niektóre obowiązki na afgańskiej ziemi. - Wszystko zależy od kobiety. Nie chcę mówić, że baby na misji są takie, a chłopy takie - podkreśla, kiedy pytam o to, kto dbał o to, by święta spędzane kilka tysięcy kilometrów od domu, z dala od bliskich, chociaż minimalnie przypominały te w Polsce. Na przekór stereotypom opowiada o Marku, żołnierzu najbardziej zaangażowanym w przygotowania wigilii 2011 roku. "Magda! Ty mi tylko załatw produkty, wszystko ci ugotuję!" - zapewniał.

- Planowaliśmy w zespole PRT z cywilami i chłopakami z plutonu ochrony wspólną wigilię. 

- Marek mówił, że zrobi każdą potrawę, tylko muszę mu załatwić produkty. To niesamowite, jak Afganistan zbliża ludzi, znasz kogoś raptem kilka miesięcy, a czujesz jakby był członkiem twojej rodziny i wspólnie planujecie święta, czy opowiadacie sobie o tęsknocie za domem. Wiem, że oni byli skłonni za mnie życie oddać, ochraniali mnie przecież. Mieliśmy bardzo silną więź tam na miejscu, co dziwne, po powrocie do kraju ona osłabła. 


Trzy dni przed wigilią, w środę 21 grudnia 2011 roku, załoga wozu typu M-ATV w składzie Piotr Ciesielski, Łukasz Krawiec, Marcin Szczurowski, Krystian Banach i wspomniany Marek Tomala zginęła w trakcie powrotu z rutynowego patrolu po wybuchu miny-pułapki. Nigdy wcześniej ani później w trakcie afgańskiej misji nie poległo tylu polskich żołnierzy.

- Mój 21 grudnia zostanie ze mną na zawsze - mówi Magdalena Pilor. - Mogę o tej sytuacji rozmawiać, ale nie grzebię w tym. Ostatni raz weszłam mocniej we wspomnienia, pisząc książkę - ponownie widziałam obrazy, słyszałam głosy, czułam... Bardzo mocno to odchorowałam. Takie emocje w nas siedzą, pytanie, na ile możemy i potrafimy sobie z nimi poradzić? Wydaje mi się, że kobietom jest łatwiej, więcej mówimy o emocjach i jesteśmy bardziej skłonne poprosić o pomoc. Na misji często nie wpisujemy się w stereotyp "twardego żołnierza - macho". Nieraz zdarzało się, że koledzy przychodzili do mnie i mówili: "Magda, nie daję rady. Cholernie tęsknie za córkami. Święta idą, dzieci się pytają, czy będę, a mi serce pęka". Wiedzieli, że mogą się otworzyć, spróbować gdzieś te emocje ułożyć. I ja je sobie ułożyłam, ale żebym mogła zapomnieć o tamtej wigilii? Nie, nigdy. 


Mimo traumatycznych przeżyć nie skorzystała z propozycji szybszego powrotu do Polski. Została po śmierci bliskich kolegów w Afganistanie. Jak mówi, tak było łatwiej. Nie bez znaczenia jest otoczenie, miejsce i ludzie, którzy przeżyli to samo. Często, mimo najszczerszych chęci, najbliżsi w kraju nie rozumieją przeżyć i emocji przywiezionych przez swoich partnerów i partnerki z zagranicznych misji. 

Kolejne przedłużenie pobytu odradził jej szef. Powiedział: "Zrotuj się (w wojskowym żargonie: wróć do kraju na własną prośbę), posiedź w domu, wróć ewentualnie za jakiś czas". Dłuższe przebywanie na misji nie jest dobre. Ale potrafi uzależnić.

- Po powrocie brakowało mi tamtego życia. Było proste, zerojedynkowe i sprowadzało się do trzech najważniejszych zasad - oddychać, iść na stołówkę, nie dać się zabić. Banalnie proste i piekielnie trudne. Liczy się tylko to, żeby wrócić z patrolu ze wszystkimi. To uzależnia, tak jak adrenalina, dlatego ludzie wracali na misje. Tęsknić za wojną? Głupio brzmi, prawda? Ale to proste i jednocześnie trudne życie jest dla wielu bardzo pociągające - mówi Magdalena Pilor.

Stres nie tylko na polu walki

Grzegorz Wydrowski przez lata służył w Jednostce Wojskowej GROM. Dziś jest prezesem Fundacji SPRZYMIERZENI z GROM, zajmującej się pomocą byłym żołnierzom, w szczególności jednostek specjalnych, i ich rodzinom.

- Rozmawiamy przez pryzmat Afganistanu, o nim jest dzisiaj głośno, ale nie zamykałbym się wyłącznie na tym kierunku. Problem misji stabilizacyjnych czy pokojowych, jak się je oficjalnie nazywa, jest taki sam albo podobny, niezależnie od tego, czy mówimy o Afganistanie, Iraku, Kosowie czy Czadzie - podkreśla. - Chodzi o to, co spotyka żołnierza po powrocie do kraju. Bardzo często jest to niezrozumienie w społeczeństwie. Weterani współczesnych misji są nazywani najemnikami, słyszą, że wyjeżdżają dla pieniędzy, czasem ktoś nazwie ich mordercami. U nas nie ma kultu weterana, jak w USA czy innych krajach, dzień weterana obchodzony jest bardzo skromnie, można sprawdzić, jak często pojawia się na nich premier czy prezydent. Po weteranów sięga się najczęściej wtedy, kiedy można sobie nabić na nich punkty wyborcze - dodaje Grzegorz Wydrowski.

Fundacja SPRZYMIERZENI z GROM ma obecnie pod opieką około 50 rodzin, w tym bliskich i żołnierzy, którzy służyli na zagranicznych misjach. Wielu z nich doznało poważnego uszczerbku na zdrowiu, wymaga leczenia, rehabilitacji, wsparcia finansowego. Inni zmarli, zostawiając żony i dzieci. - Każda rodzina ma inne potrzeby. Niektóre wymagają comiesięcznej pomocy, inne okazjonalnej. Zależy, co ją spotkało. Poza wsparciem żołnierzy, żołnierzy i funkcjonariuszy sił specjalnych i ich bliskich, organizujemy sympozja medyczne, współpracujemy z samorządami i instytucjami naukowymi, aby zwrócić uwagę na problemy byłych wojskowych i ich rodzin - podkreśla Grzegorz Wydrowski.


Zdarzają się żołnierze z kilkuprocentowym trwałym uszczerbkiem na zdrowiu, ale są też na stałe przykuci do wózków - po amputacjach, ciężkich obrażeniach. Z racji tego, że procenty kolejnych urazów można sumować, niektórzy weterani mają uszczerbek na zdrowiu przekraczający sto procent. Ale obrażenia fizyczne, widoczne gołym okiem, to tylko część problemów zdrowotnych, z jakimi wracają z misji.

- Schorzeń jest więcej, ale najważniejsze są dwa: urazowe uszkodzenie mózgu (traumatic brain injury - TBI) i zespół stresu pourazowego (posttraumatic stress disorder - PTSD). Na nieszczęście, choroby te są mylone, przypisuje się je też wyłącznie wojskowym. Prowadzę zajęcia ze studentami na uczelni. Z rozmów z nimi wynika, że PTSD budzi bardzo złe skojarzenia w społeczeństwie, tymczasem to jest choroba cywilizacyjna. Mamy czas pandemii, ludzie tracą pracę, biznesy, popadają w długi, mają traumatyczne przeżycia, dzieci lub rodzice czy partnerzy zapadają na ciężkie choroby. To wszystko może prowadzić do objawów znanych żołnierzom wracającym z zagranicznych misji. Podobnie jest z TBI, powodowanym przez mechaniczne mikrourazy mózgu, powstałych w wyniku eksplozji czy uderzeń. Te same objawy mogą spotkać pięściarza lub zawodnika innych sportów kontaktowych (a nawet piłkarzy) dziecko z patologicznej rodziny, narażone na przemoc ze strony rodziców, czy pirotechników w kopalni, którzy mają częsty kontakt z wybuchami - mówi Grzegorz Wydrowski.

Psycholożka i psychoterapeutka Magdalena Kowalska-Herdzik prowadzi terapie dla weteranów w kierunku radzenia sobie ze skutkami ekspozycji na przewlekły stres. Zwraca uwagę na to, że żołnierz na misji, nawet jeśli życie w bazie przebiega dość spokojnie, narażony jest na wiele czynników negatywnie oddziałujących na jego układ nerwowy. Terapeutka wylicza:

To, w jakiej kondycji psychicznej żołnierze wracali do kraju, w dużej mierze zależało od tego, jakie wzorce wynieśli z rodzinnych domów. Jeśli nauczyli się rozmawiać o swoich problemach, łatwiej przychodziło im podzielić się trudnymi doświadczeniami z kolegami. Im bardziej ktoś jest zamknięty w sobie, tym łatwiej u takiej osoby o rozwój PTSD.

- Nie wszyscy żołnierze przyznają się po powrocie do problemów zdrowotnych. Wynika to z obawy przed piętnem i skutkami zawodowymi tej stygmatyzacji. Podczas wywiadu psychologicznego żołnierz może deklarować, że wszystko jest w porządku, lecz po upływie 2-3 miesięcy zaczyna mieć problem z adaptacją do normalnego życia. Nagle te wszystkie codzienne czynności - jak odwożenie dzieci do szkoły, reperowanie drobnych usterek - przestają mieć znaczenie w mniemaniu żołnierza w obliczu sytuacji, które przeżył na misji. Pojawia się niezrozumienie w oczach najbliższych, coraz częstsze wybuchy emocjonalne i kłótnie. Wkrótce żołnierz trafia na ponowne konsultacje do wojskowego psychologa i okazuje się, że pojawiły się u niego pierwsze symptomy PTSD, które może rozwijać się do sześciu miesięcy po zakończeniu misji, a jego głównymi objawami są koszmary senne, strach, bezsenność, brak koncentracji, powracające w głowie obrazy traumatycznego zdarzenia, natarczywe myśli i zaburzenia świadomości - tłumaczy Magdalena Kowalska-Herdzik.

Pytanie, które często nęka żołnierzy po śmierci kolegi brzmi: "Co by było, gdyby?"

"Jedynym zwycięstwem wojny jest pokój"

Czy Afganistan miał sens? To pytanie, z którym nasi rozmówcy nie chcą się mierzyć.

- Nie jestem w stanie podjąć się oceny Afganistanu. Staram się skupiać na małych sukcesach, w jakich brałam udział, takich jak rozdawanie ciepłych czapek miejscowym dzieciom, dobrych butów, koców na zimę. Ale czy mogliśmy pokazać im inne życie i teraz tak się wycofać? - zastanawia się Magdalena Pilor. 

Michał Andruk przywołuje literackie porównanie. 

- Wartościowe wspomnienia wydawane są 10-20 lat po wojnie. Czeka nas jeszcze dużo refleksji na temat Afganistanu. Kolega z misji powiedział mi ostatnio tak: "Wiem, co zrobiłem źle, wiem też, co zrobiłem dobrze. Zamykamy ten rozdział, trzeba iść dalej". Zwycięstwo? Jedynym zwycięstwem wojny jest pokój.