Reklama

W 1933 roku upadła Republika Weimarska. Do władzy doszedł Adolf Hitler, co wiązało się z powstaniem III Rzeszy. Polska, ciesząca się odzyskaną wolnością, znów znalazła się w skomplikowanym położeniu. Warszawa starała się prowadzić politykę równowagi, zachowując poprawne relacje zarówno ze Związkiem Socjalistycznych Republik Radzieckich, jak i z Niemcami.

Hitlerowski reżim grał w podobną grę. Nie dawał po sobie poznać prawdziwych zamiarów wobec Polski - zamiast tego pielęgnował stosunki i aktywnie pracował na szczeblu dyplomatycznym.

Reklama

- Hitler chciał uczynić z Polaków swoich sojuszników, ponieważ miał w głowie przyszłą wojnę ze Związkiem Radzieckim. Liczył na to, że dogada się z Warszawą, co miało ułatwić mu ekspansję na wschód. Stąd zrodził się pomysł, aby relacje polsko-niemieckie zacieśniać poprzez sport - mówi Thomas Urban, legendarny niemiecki dziennikarz, historyk i pisarz, korespondent gazety Süddeutsche Zeitung w Warszawie, Moskwie, Kijowie i następnie w Madrycie.

Krótko po dojściu Führera do władzy zorganizowano pierwszy w historii mecz pomiędzy Polską a Niemcami. Odbył on się w grudniu 1933 roku w Berlinie. Na trybunach zasiadł między innymi polski ambasador Józef Lipski. Miejsce tuż obok niego zajął sam Joseph Goebbels, co miało podkreślić partnerskie relacje pomiędzy oboma krajami.

III Rzesza nie zatrzymała się na samych gestach. Zaledwie sześć tygodni po meczu, w styczniu 1934 roku, minister spraw zagranicznych Konstantin von Neurath i wspomniany ambasador Lipski podpisali niemiecko-polską deklarację o niestosowaniu przemocy. Pięć miesięcy później Goebbels został natomiast przyjęty w Warszawie przez sędziwego marszałka Józefa Piłsudskiego. Wcześniej polecił on niemieckim właścicielom kin, by wycofali z repertuaru antypolskie filmy, które powstały w okresie Republiki Weimarskiej.

Niemieccy kibice masowo ruszyli do Polski

W podobnym czasie DFB i PZPN (federacje piłkarskie odpowiednio Niemiec i Polski) zawarły porozumienie, na mocy którego obie reprezentacje miały rozgrywać mecze towarzyskie raz do roku. Po tym, jak pierwszy odbył się w Berlinie, organizację drugiego zaplanowano w Warszawie. 9 września 1934 roku drużyny spotkały się na stołecznym Stadionie imienia Wojska Polskiego. PZPN przekazał Niemcom sześć tysięcy biletów, które szybko znalazły swoich nabywców.

"Wielu niemieckich kibiców spędzało godziny przed meczem w warszawskich knajpach, pijąc piwo" - relacjonował  wysłannik niemieckiej gazety "Kicker". "Polacy byli podczas naszych dwóch dni pobytu tak gościnni, uprzejmi i serdeczni, o ujmującej życzliwości. Z tego miejsca kierujemy więc słowa podziękowania do naszego wschodniego sąsiada" - dodawał z kolei w swojej korespondencji ówczesny redaktor naczelny Hanns Jakob Müllenbach.

- Do 1938 roku "Kicker" nigdy otwarcie nie skrytykował Polaków. Aparat Goebbelsa, który miał pod kontrolą także prasę sportową, pieczołowicie pilnował, aby nic złego nie dostało się do gazet. Co ciekawe, w tym samym czasie w "Przeglądzie Sportowym" można było znaleźć niepochlebne opinie o Niemcach - opisuje redaktor Urban.

"Kicker" w sposób bardzo wyważony opisał nawet porażkę Polaków w rzeczonym spotkaniu. 9 września 1934 roku Biało-Czerwoni ulegli gościom 2:5. Zadecydowała końcówka, w której gospodarze opadli z sił. Pod względem przygotowania motorycznego odstawali od Niemców wyraźnie.

Ta deklasacja skłoniła działaczy Polskiego Związku Piłki Nożnej do tego, aby sięgnąć po nowego selekcjonera. Wybór padł... na Niemca. Biało-czerwoną kadrę powierzono Kurtowi Otto, znanemu z udanej pracy w Schalke Gelsenkirchen. Swoją misję rozpoczął w marcu 1935 roku. "Przegląd Sportowy" prognozował wówczas, że trener będzie miał trudne zadanie, ponieważ polskich piłkarzy cechował "brak chęci do racjonalnego treningu".

Otto najwyraźniej uważał tak samo, ponieważ od początku swojej kadencji postawił na żelazną dyscyplinę. Miał nawet osobiście pilnować przestrzegania przez reprezentantów ciszy nocnej.

- PZPN zatrudnił Otto, ale nie oddał mu pełni władzy w reprezentacji. Był on odpowiedzialny za treningi, natomiast skład na mecze wybierał Józef Kałuża, będący kapitanem drużyny i jednocześnie kimś w rodzaju grającego trenera. Takich rozwiązań raczej nie stosowało się nigdzie indziej. To był dość oryginalny pomysł - mówi Thomas Urban.

Hitler wyszedł ze stadionu

Trzon ówczesnej drużyny stanowili Ślązacy, zdarzało się, że było ich ośmiu w pierwszej jedenastce reprezentacji. Wszyscy posługiwali się językiem niemieckim, co znacząco ułatwiało kontakt z trenerem.

- Niektórzy spoza Śląska też znali niemiecki, to było wówczas dość powszechne. Nie wiemy na pewno, czy Otto uczył się polskiego. Możemy domyślać się, że opanował podstawowe zwroty grzecznościowe i boiskowe - dodaje dziennikarz i historyk.

Otto, oprócz wprowadzenia dyscypliny, zaszczepił też w reprezentacji Polski nowatorskie jak na tamte lata rozwiązania taktyczne. Przeniósł system, który stosował w Gelsenkirchen - nazywany Schalker Kreisel. Polegał na szybkich podaniach, wymienności pozycji i dynamice w grze. Pod batutą Otto Polacy pojechali na Igrzyska Olimpijskie w Berlinie w 1936 roku.

To była impreza sportowa, która miała legitymizować reżim Hitlera. Swastyki zdobiły każdy zakątek miasta, a kult Führera był pielęgnowany z najwyższą starannością. Sport jawił się jako tło dla propagandowej machiny.

Polscy piłkarze osiągnęli w tych warunkach niewątpliwy sukces, zajmując czwarte miejsce. W decydującym starciu przegrali z Norwegią. Norwegią, która kilka dni wcześniej doprowadziła do wybuchu wściekłości samego Hitlera.

- Podczas igrzysk Niemcy mało pisali o piłce nożnej, ponieważ przytrafiła im się straszliwa porażka 0:2 z Norwegią. Los chciał, że był to akurat jedyny mecz, który na żywo oglądał Hitler. Jakby tego było mało, obie bramki zdobył Magnar Isaksen, którego nazwisko tłumaczy się jako "syn Isaka". To dla antysemickich Niemiec było jak uderzenie w twarz. Hitler miał krótki napad złości, po którym wyszedł ze stadionu. Nie czekał do końca meczu. Po tej porażce selekcjoner profesor Otto Nerz został wyrzucony. Kapitan Rudolf Gramlich nigdy więcej nie zagrał natomiast w kadrze. Później wstąpił do SS i wziął udział w akcjach przeciwko Żydom w Krakowie - opowiada redaktor Urban.

Jako że relacjonowanie piłkarskich wydarzeń stało w sprzeczności z propagandowym interesem Niemiec, niewiele można dziś wyczytać w archiwach z tamtego okresu na temat Kurta Otto. Istnieją wzmianki mówiące o tym, że obywatel III Rzeszy odpowiada za sukces Polaków, ale próżno szukać czegoś więcej.

Szantaż polskiego rządu i zmiana narracji

Dwa lata po igrzyskach Niemcy wysłali, za pośrednictwem dyplomacji sportowej, kolejny jasny sygnał Warszawie. W 1938 roku odbyło się otwarcie stadionu w Chemnitz - wówczas drugiego największego obiektu w kraju, zaraz po berlińskim. W inauguracyjnym meczu z reprezentacją III Rzeszy zmierzyli się Biało-Czerwoni.

- "Kicker" pisał wówczas o Polakach  jako o przyjaciołach Niemiec. Niezwykle wymowne jest to, że III Rzesza zaprosiła na mecz otwarcia Biało-Czerwonych, a nie na przykład Włochów, rządzonych już wówczas przez Benito Mussoliniego - podkreśla Thomas Urban.

Nieco wcześniej, w lutym 1937 roku, Kurto Otto został zwolniony z posady selekcjonera naszej reprezentacji. Decyzję PZPN skrytykował "Przegląd Sportowy", który napisał wówczas o zasługach niemieckiego trenera w następujący sposób: "Przełamał dominujący dotąd konserwatyzm, rozmieścił młode siły i uniezależnił drużynę narodową od kaprysów primadonn".

Po odejściu z kadry Otto zajął się prowadzeniem kursów dla trenerów i zawodników ze Śląska. Kiedy dowiedział się o planowanym meczu Niemcy - Polska, postanowił przyjechać do Chemnitz.

- Chciał spotkać się ze swoimi byłymi podopiecznymi. Zaproponował także, że będzie ich przewodnikiem po mieście. Opera w Chemnitz wystawiła natomiast "Halkę" Moniuszki - relacjonuje redaktor Urban.

Wówczas relacje polsko-niemieckie nadal wyglądały na pozytywne. Aż do 1938 roku Hermann Göring roku regularnie spędzał wakacje w naszym kraju. Jeździł na polowania, czasem nawet wspólnie z prezydentem Ignacym Mościckim. Te spotkania były mocno eksponowane w nazistowskiej prasie.

- Drastyczna zmiana nastąpiła na przełomie 1938 i 1939 roku, kiedy Niemcy próbowali zaszantażować rząd polski, aby ten opowiedział się jako sojusznik Hitlera przeciwko ZSRR. Warszawa nie zdecydowała się jednak na taki krok. Zamiast tego szukała wsparcia w Londynie i Paryżu - wykłada ekspert.

Zmiana w podejściu do Polaków była widoczna także w prasie sportowej.

- Pojawiła się niemiecka arogancja. Natknąłem się na wzmianki o tym, że aby Polacy dobrze grali, potrzebują trenera z III Rzeszy, który ich poprowadzi - dodaje redaktor Urban.

Czas zagłady

Aż nastał wrzesień 1939 roku. Świat zatrzymał się i zaczął zapadać pod własnym ciężarem. W niepamięć odeszły ideały, wartości i istota człowieczeństwa. Wybuchła wojna. Najokropniejsza z okropnych. Polacy i Niemcy, przez lata mamieni wizją dobrosąsiedztwa, stanęli naprzeciw siebie jako zaciekli wrogowie. Przepadły wspomnienia o wspólnym kibicowaniu, oglądaniu opery i popijaniu piwa w barach.

Gdzieś w tym wszystkim był Kurt Otto. Do niedawna selekcjoner reprezentacji Polski. Teraz nieszczęśnik, krzątający się pomiędzy Wehrmachtem, do którego został wcielony, a pracą trenerską w Bielefeldzie i Legnicy. Niczego nie był pewien - wezwanie na front mogło nadejść w każdej chwili.

- Nie wiemy, co dokładnie myślał o okupacji. Nie znamy jego stosunku do nazizmu i samej osoby Hitlera. Sporo o jego postawie może nam jednak podpowiedzieć fakt, że pomagał Ślązakom, aby ci mogli być uznani za Niemców i grać zawodowo w piłkę w III Rzeszy. To miało im pomóc przeżyć wojnę. Niektórych osobiście polecał do niemieckich klubów - opowiada Urban.

Według dostępnych źródeł, Otto nigdy nie zapisał się do NSDAP. Wszystko wskazuje na to, że nie popierał nazistowskiego reżimu. Kolejną przesłanką, potwierdzającą tę tezę, jest fakt, że w maju 1942 roku został ponownie wezwany do pułku artylerii Wehrmachtu.

- Trafił na front wschodni, na który nie chciał iść nikt. To pokazuje, że Otto nie miał pleców w postaci hitlerowskich dygnitarzy. Gdyby było inaczej, uniknąłby służby w armii - dopowiada dziennikarz.

Bitwa pod Stalingradem

Otto wziął udział w bitwie pod Stalingradem. Jedna z najważniejszych kampanii II wojny światowej trwała blisko sześć miesięcy - od 23 sierpnia 1942 roku do 2 lutego 1943 roku.

Były selekcjoner reprezentacji Polski zaginął 29 grudnia 1942 roku. Nikt nie wiedział, gdzie jest. Z drugiej jednak strony - nikt nie zgłosił też, że widział jego śmierć. Istniało więc przypuszczenie, że został pojmany przez Sowietów i przewieziony do gułagu.

Bitwa dobiegła końca. Dwa lata później - cała II wojna światowa. Otto nadal nie dawał znaku życia.

- Wielu niemieckich jeńców wracało do domów kilka lat po zakończeniu wojny. Nadzieja w rodzinie Otto wciąż mogła się więc tlić - mówi Thomas Urban.

Pięć lat po zakończeniu wojny zgasła. Postanowieniem sądu z 26 czerwca 1950 roku Kurt Otto został uznany za zmarłego. Jego ciała nigdy jednak nie odnaleziono. Podobnie jak dokumentów osobistych.

- W czasie pierestrojki, pod koniec lat 80., Niemcy dostali pozwolenie na to, aby pojechać do ZSRR i przeprowadzić szeroko zakrojone poszukiwania ciał. Otrzymali nawet dostęp do kartotek gułagów. Nigdzie nie było nazwiska Otto. Zapewne zginął więc w trakcie bitwy. Jego ciało najprawdopodobniej spoczywa w jednym z masowych grobów pod Stalingradem - diagnozuje dziennikarz.

Otto, jeśli faktycznie zmarł właśnie wtedy, dożył zaledwie 42 lat.

- Dziś to postać nieznana zarówno w Niemczech, jak i w Polsce. A myślę, choć teraz nie sposób już tego udowodnić, że Otto był dobrym pośrednikiem między dwoma krajami Próbował zrobić coś pozytywnego dla relacji dobrosąsiedzkich. I ja uważam, że udało mu się to - kończy Thomas Urban.