Przemocy jako takiej - pod różnymi postaciami - doświadcza większość dzieci i nastolatków w Polsce. W statystykach niechlubnie przoduje przemoc rówieśnicza.
Z diagnozy na ten temat, przygotowywanej cyklicznie co pięć lat przez Fundację Dajemy Dzieciom Siłę (najnowsza z 2023 roku), wynika, że 79 proc. dzieci i nastolatków przynajmniej raz w swoim życiu doświadczyło przemocy, a ponad połowa (52 proc.) w roku poprzedzającym badanie. Najczęstszą formą wymienianą w raporcie była przemoc rówieśnicza - doświadczyło jej dwie trzecie respondentów, a niemal co drugi badany (48 proc.) w ostatnim roku. Podczas gdy odsetek dzieci doświadczających przemocy fizycznej ze strony bliskich dorosłych spada, odsetek dzieci doświadczających przemocy rówieśniczej - zarówno fizycznej jak i psychicznej - rośnie.
I to powinno niepokoić.
Dlaczego? Poznajcie Maję i Polę.
Najpierw Pola. Ma 15-lat. W klasie nigdy nie była duszą towarzystwa, ale chodzi na siatkówkę i zbiórki harcerskie - tam wszędzie jej pełno, wesoła, rozmowna, pełna energii. W szkole to co innego. Pola nie ma koleżanek. Ma za to nadwagę - od dawna była obiektem żartów i docinek. Na dokuczaniu się nie kończy. Kiedy nie ma jej szkole, bo leczy złamaną nogę, nikt z klasy nie chce Poli wysłać notatek. Kiedy w czerwcu po wystawieniu ocen prosi mamę, by do zakończenia roku mogła już nie chodzić do szkoły, a mama się waha, dziewczyna wybucha płaczem. Ma dość. Opowiada. Pokazuje telefon. A w nim wiadomości i głosówki takie, że mamie jeży się włos na głowie. Trudno się dziwić, kiedy koleżanki i koledzy z klasy piszą twojej córce, że lepiej, żeby zdechła.
Gdy okazuje się, że to wszystko trwało już dwa lata, mama Poli czuje jakby ktoś walnął ją obuchem w głowę. Nic nie wyczuła, a przecież rozmawiały, mają dobrą relację. Pola mówi, że nie chciała mamy martwić.
Mama działa, idzie do szkoły, potem na policję. Pola idzie na terapie, bierze leki. Terapeutce mówi, że miała już sznur i wybrane drzewo.
Kiedy mama w szkole pokazuje, jakie wiadomości dostaje jej córka, słyszy: "to tylko słowa", "to są dzieci".
Podobne zdania słyszy mama Mai. Dzisiaj dziewczynka ma 13 lat, ale cała historia zaczyna się dwa lata wcześniej, gdy idzie do czwartej klasy. Wtedy dzieci zachęcone przez nauczyciela zakładają grupę na popularnym komunikatorze. Miały się wymieniać notatkami i ważnymi szkolnymi informacjami. Wymieniają się wulgaryzmami i wrednymi wpisami o innych uczniach. Mama Mai jest w szoku, że 11-latkowie w ogóle mogą znać takie wyrażenia. Znają.
Mai nie jest łatwo, często czyta o sobie zdania, których żadna 11-latka nie chciałaby czytać. Poza komunikatorem też nie jest kolorowo. Rozrywką części dzieci w klasie jest zabawa w "czy rozpłacze się tym razem?" i doprowadzanie Mai do łez. Potem można się pośmiać z tego na grupie. Ale dziewczynce jest najtrudniej, kiedy uderzają w jej rodziców.
Nie cała klasa bierze udział w nagonce, nikt jednak nie staje w obronie nastolatki. Mama mówi o tym bez żalu - to dzieci, boją się, że same padną ofiarą agresorów.
Ale kiedy na klasową grupę trafia obraźliwy obrazek podpisany imieniem Mai, mama czuje rosnący strach. Idzie do szkoły, mówi o swoich obawach, że kolejne mogą być okrutnie przerobione fotografie. Natrafia na mur. To tylko dzieci, to tylko słowa, a Maja też ma swój temperament.
Dzieci są cwane. Wysyłają obrzydliwe hasła pod adresem Mai, a po chwili je kasują. Maja mówi o sprawie rodzicom, ci robią screeny. Dopiero dowody i wizja zgłoszenia sprawy organom ścigania działają otrzeźwiająco na rodziców dzieci, które były prowodyrami i głównymi uczestnikami nagonki. Sytuacja się uspokaja, a czwartoklasiści na klasowej grupie wysyłają sobie informacje o sprawdzianach.
Historię Poli (pod zmienionym imieniem) i innych dzieci opisała Maria Hawranek w raporcie o przemocy relacyjnej "Dziewczyńskie psychologiczne wojny podjazdowe" przygotowanym dla Fundacji Kosmos dla Dziewczynek. Prezeska Fundacji Sylwia Szwed we wstępie do lektury użyła obrazowej metafory: "(...) dziwię się, że pewne zachowania, które pamiętam z dzieciństwa, nie przeminęły. Wręcz przeciwnie, wzmocniły się poprzez nowe narzędzia społecznych tortur (np. komunikatory )".
Historię Mai (również pod zmienionym imieniem) poznałam od jej mamy. Majka ma znacznie starsze od siebie rodzeństwo, a jej mama perspektywę wychowywania nastolatka dzisiaj i ponad dekadę temu. - Niby nie tak dużo czasu, a jakby dwa inne światy - mówi, odnosząc się do rozwoju technologii.
- Wychowanie dziecka robi się coraz trudniejsze. Widzi pani, co się dzieje. Był czas, gdy naprawdę bałam się, kiedy Maja szła do szkoły. Mówię to bez żadnej przesady. Bardzo się o nią bałam - dodaje.
To właśnie do tematu smartfonów i komunikatorów sprowadzają się moje rozmowy z ekspertami, zajmującymi się problemem przemocy wobec dzieci.
- Po śmierci 11-latki z Jeleniej Góry i zatrzymaniu o rok starszej dziewczynki rozmawiałem o tej całej wstrząsającej sprawie z moimi studentami pierwszych lat studiów resocjalizacyjnych. Zapytałem o ich refleksje i ocenę sytuacji. Jak jeden mąż wskazywali na brak granic w internecie - mówi dr hab. Błażej Kmieciak, prof. Akademii Pedagogiki Specjalnej im. M. Grzegorzewskiej w Warszawie, kierujący Zakładem Resocjalizacji pedagog specjalny i socjolog.
Młodzi dorośli, których cytuje Kmieciak - jeśli na studia poszli od razu po maturze, pierwszoroczni studenci mają 19 lat - sami dorastali już w świecie cyfrowym. Z raportu "Nastolatki" NASK-PIB wynika, że nastolatki, które dziś kończą szkołę podstawową, najczęściej swoje pierwsze smartfony dostały, zanim ukończyły osiem lat. To taka pierwsza-druga klasa. Co to znaczy? Że mniej więcej połowę życia spędziły, mając już smartfon.
- Moi studenci zwracali uwagę, że świat internetu nie ma w zasadzie żadnych granic, żadnych barier nie do przekroczenia. I to nie zostaje bez wpływu - wskazuje profesor, podkreślając jednocześnie, że to ogólne wnioski, a nie ocena konkretnej sytuacji, bo szczegółów sprawy z Jeleniej Góry nie znamy.
Jolanta Zmarzlik, terapeutka i autorka szkoleń z zakresu ochrony dzieci, także zwraca uwagę na to, w jaki sposób obecność komputera z dostępem do internetu - a potem mieszczącego się w kieszeni smartfona - wpłynęła na sposób funkcjonowania dzieci. - Dawniej dzieci uczyły się od początku życia społecznego na podwórku, w sąsiedztwie, wśród znajomych. Wchodziły w osobiste relacje, uczyły się naturalnych mechanizmów pozwalających na życie w społeczeństwie. Internet to zburzył, zamknął dzieci w samotności - mówi.
I w gorzkich słowach stawia bolesną diagnozę: Internet oduczył dzieci umiejętności społecznych. - To chcę szczególnie podkreślić. Wiem, ile dobrego mogą dać działania profilaktyczne, jeśli chodzi o uczenie najmłodszych bycia w sieci, sama się w takie angażuje z ramienia Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę i nie mam wątpliwości, że są potrzebne. Ale widzę coraz większe wyzwanie w tym, co my mamy zrobić z dziećmi, które już utraciły umiejętności społeczne. Które już nie potrafią na żywo komunikować się z innymi, zawierać przyjaźni, znajomości, w ogóle nawiązywać relacji.
A człowiek jest istotą społeczną, relacje są dla nas jak tlen. Pokoleniu smartfonów tego tlenu może brakować.
- Dzisiaj bardzo rzadko spotykam się z historiami, gdzie np. klasa opowiedziała się w jakimś konflikcie z nauczycielem za uczniem i zobowiązała się solidarnie, że wpłynie na niego, żeby na przykład nie rzucał wulgaryzmami na lekcji albo nie niszczył ławek. To dziś brzmi jak historie z czasów dinozaurów - wskazuje Jolanta Zmarzlik. Zamiast tego obserwuje coś, "co ją przeraża".
- To może zabrzmieć kontrowersyjnie, ale przerażające dla mnie jest to wniknięcie świata komunikacji elektronicznej w relację uczeń - nauczyciel - rodzic. Dzienniczki elektroniczne sprawiają, że dzieci są stale pod mikroskopem. To nie sprzyja ani samodzielności, ani budowaniu odporności psychicznej. A rodzic nieraz wychodzi z roli rodzica, tylko odpowiada na zapotrzebowania nauczyciela, który zobowiązuje do dyscyplinowania dziecka w każdym najmniejszym wymiarze - mówi.
Dyskusji o przyczynach przemocy w kontekście dzieci i nastolatków - w przypadków, gdy jej doświadczają, i tych, gdy stają się sprawcami - nie można oczywiście sprowadzać do samego internetu. Sprawa jest zdecydowanie bardziej złożona, jednak musi być osadzona w dzisiejszych realiach.
A te są takie, że w Polsce 1,6 miliona dzieci w wieku 7-12 lat funkcjonuje na platformach społecznościowych i streamingowych, choć zgodnie z regulaminami nie powinno ich tam w ogóle być, bo większość takich usług dostępna jest od 13. roku życia. Tymczasem 800 tysięcy dzieciaków z klas I-VI podstawówki korzysta z TikToka. Ponad 300 tysięcy z nich spędza na nim więcej niż dwie godziny każdego dnia, dokładnie 2 godziny i 11 minut, a do aplikacji sięgają średnio ponad dwadzieścia razy dziennie. To dane z przełomowego raportu "Internet dzieci" Instytutu Cyfrowego Obywatelstwa, Państwowej Komisji ds. przeciwdziałania seksualnemu wykorzystywaniu osób małoletnich, Polskich Badań Internetu i Gemius. Dlaczego przełomowego? Bo po raz pierwszy upublicznione zostały dane z urządzeń, które pokazują skalę obecności małych dzieci w sieci.
Jeden ze współautorów raportu, dr Konrad Ciesiołkiewicz z Uczelni Korczaka, zwraca moją uwagę na pewne wydarzenie. Informacja o nim obiegła polskie media w tym samym czasie, co wiadomości o znalezieniu ciała 11-latki nieopodal podstawówki i wejściu 14-latka z maczetą do szkoły - chodzi o zatrzymanie przez służby w Lublinie 19-latka podejrzanego o planowanie zamachu na jarmark świąteczny.
- W ciągu zaledwie kilkunastu godzin zobaczyliśmy coś, co w społecznej świadomości było wypierane - że bardzo młodzi ludzie mogą być sprawcami najbardziej skrajnych form przemocy - wskazuje dr Ciesiołkiewicz.
- Nie powinniśmy panikować, bo nie sądzę, żebyśmy podążali drogą amerykańską, gdzie przed strzelaninami w szkołach drżą dzieci, nauczyciele i rodzice. Ale nie wolno nam też zlekceważyć alarmów płynących ze wszystkich możliwych źródeł o bezprecedensowym przebodźcowaniu informacyjnym, ekspozycji młodych ludzi na treści i kontakty o najwyższym poziomie ryzyka, brutalności a także na intencjonalną mowę nienawiści. Dostęp jednostek i ruchów mających przemocowe intencje do młodych ludzi jeszcze nigdy nie był tak prosty. Alarmowała o tym w ostatnich tygodniach dyrektor zarządzająca Europolu, mówiąc o ryzyku weaponizacji młodych ludzi, czyli wykorzystywania ich jako sprawców w osiąganiu celów przestępczych: ekstremistycznych, politycznych lub finansowych - mówi.
No dobrze, tylko co z tym wszystkim może zrobić rodzic, babcia, dziadek czy nauczyciel?
Błażej Kmieciak odpowiada pytaniem: Czy my wychowujemy dzisiaj dzieci do obecności w sieci? - I tu nie chodzi o sprawy techniczne ani nawet o, choć bardzo ważną, higienę cyfrową. Tu przede wszystkich idzie o umiejętność budowania relacji. Świat w internecie to wciąż realny świat. Mogę kogoś zniszczyć słowem, a mogę wejść z nim w relację. Mogę pokazać drugiej osobie coś obrzydliwego i ordynarnego, a mogę tego nie zrobić. Spotkanie drugiego człowieka pozostaje spotkaniem drugiego człowieka niezależnie od kanału - uważa.
W podobnym tonie mówi Jolanta Zmarzlik. - Powtarzam to samo od dawna, ale chyba nic lepszego nie wymyślę: budujmy z dziećmi relację przez uważność, słuchanie, otwartość na potrzeby, stawianie zdrowych granic - wskazuje. - Jeśli dziecko będzie z nami w dobrej relacji, będzie dzieliło się z nami swoimi lękami, fantazjami, dziwnymi pomysłami, bez strachu, że zostanie za to ukarane czy ośmieszone, nasza szansa na to, że uda nam się wyłapać, że dzieje się coś niepokojącego, i zadziałać odpowiednio wcześnie i skutecznie, znacznie wzrośnie.
Do budowania relacji dorzućmy jeszcze jedną zdolność - empatię.
Zwraca na nią uwagę Sławomir Prusakowski, psycholog z Wydziału Psychologii we Wrocławiu Uniwersytetu SWPS w artykule "Życzliwość online": "Potrzebujemy rozmowy o życzliwości online, nie jako o modnym trendzie, ale jako o formie społecznej troski. Nie potrzebujemy nowego algorytmu, żeby było milej w sieci. Wystarczy stary, ludzki odruch empatii. Być może to właśnie życzliwość online jest dziś najcichszą, ale najważniejszą formą odwagi".
Kontakt do autorki: justyna.kaczmarczyk@firma.interia.pl