Olga Łozińska, Interia: Podobno pana zainteresowanie Witkacym zaczęło się już w dzieciństwie.
Przemysław Pawlak: - Witkacologiem jestem od 12 lat, ale moja fascynacja rzeczywiście rozpoczęła się w dzieciństwie. Wtedy, wracając z mamą z wakacji, odwiedziliśmy Zamek Książąt Pomorskich w Słupsku, gdzie oglądaliśmy portrety autorstwa Witkacego. Zwłaszcza te rysowane pastelami zrobiły na mnie szczególne wrażenie. Również jako dziecko znalazłem w rodzinnej biblioteczce "Sonatę Belzebuba" z dedykacją dla księdza Henryka Kazimierowicza. To był bardzo ekscentryczny kapłan. W dwudziestoleciu międzywojennym zafascynował się nowymi trendami w sztuce, w tym dramatami Stanisława Ignacego Witkiewicza. Miał różne kontrowersyjne pomysły, np. stosowanie psychoanalizy w konfesjonale albo pokazywanie sztuki ekspresjonistycznej i futurystycznej w kościołach, żeby przyciągnąć wiernych. To przysporzyło mu sporo problemów, ponieważ w tamtym czasie księża musieli składać przysięgę antymodernistyczną i chociaż nie dotyczyła ona sztuki, to już samo promowanie sztuki modernistycznej w kościele pachniało herezją.
- Ks. Kazimierowicz przeczytał wszystkie wydane dzieła Witkacego, ale to mu nie wystarczyło. W 1931 r. przyjechał do mieszkania Witkiewiczów przy ul. Brackiej 23 w Warszawie. Witkacego nie było w domu. Jadwiga Witkiewiczowa potem doniosła mężowi, że szukał go ksiądz w postrzępionej sutannie, który poprosił o rękopisy jeszcze niewydanych sztuk i twierdził, że nie może bez nich żyć. Na początku Witkiewiczowie uznali go za dziwaka, ale stopniowo zaufali mu na tyle, że Witkacy zaczął mu pożyczać niepublikowane dzieła, a Kazimierowicz przepisywał je odręcznie albo na maszynie, czasem na papierowych torebkach po cukrze.
A skąd u pana w domu wzięła się "Sonata Belzebuba"?
- Tak do końca to nikt z mojej rodziny tego nie wiedział. Było wiadomo jedynie, że z Tłokini Kościelnej, gdzie mamy przyjaciół. Moi dziadkowie i mama bardzo często tam jeździli do rodziny Raszewskich. Po latach znalazło się zdjęcie, na którym uwieczniono siostrę księdza Kazimierowicza, Aleksandrę Wierzbowską, moją nastoletnią mamę i moich dziadków na imprezie komunijnej. To był dla mnie szok, że z tych wszystkich legend, strzępów i śladów ułożyła się ścieżka, która połączyła mnie z Kazimierowiczem, który mieszkał właśnie w Tłokini.
- Siostra księdza, nauczycielka, obwiniała Witkacego za to, że jej brat nie zrobił kariery w hierarchii kościelnej. Niestety, po tym jak Kazimierowicz zginął w czasie II wojny światowej w Hartheim (centrum eutanazji m.in. dla więźniów obozu Dachau), siostra nie dbała o jego spuściznę. Pozwalała obcym ludziom zabierać jego rzeczy ze strychu plebanii. Dotarłem do świadków, którzy mówili o fotografiach robionych przez Witkacego w Tłokini, które nastoletni chłopcy z rodzin późniejszego proboszcza i miejscowych nauczycieli pokazywali na lekcjach w kaliskim liceum, pożyczali je kolegom do oglądania - fotografie te zaginęły. Księgozbiór Kazimierowicza, obejmujący też najprawdopodobniej kopie wszystkich dramatów Witkiewicza, nieznanych nam z treści, a jedynie z tytułów lub fragmentów, opuścił Tłokinię w 1968 roku i uległ rozproszeniu w późniejszych latach.
Witkacolodzy szukali tego zaginionego księgozbioru.
- Wszyscy witkacolodzy szukali legendarnej biblioteki księdza Kazimierowicza - miał podobno sześć tysięcy książek spakowanych w drewnianych skrzynko-półkach, dostosowanych do częstych przeprowadzek z parafii na parafię. I cała ta biblioteka zaginęła.
- Gdy nawiązałem kontakt z witkacologami, profesorami Lechem Sokołem i Januszem Deglerem i ujawniłem, że mam tę dedykację w "Sonacie Belzebuba", zapachniało sensacją, nadzieje odżyły. Wcześniej myślano, że z biblioteki księdza przetrwało zaledwie kilka kartek rękopisu "Niemytych dusz", które przekazała Muzeum Literatury w Warszawie kaliska nauczycielka, Stefania Wodzińska. W latach dziewięćdziesiątych jej uczennica znalazła te kartki na szosie właśnie w Tłokini Kościelnej pod Kaliszem.
- Dotarłem też do osób, które pamiętały plebanię Kazimierowicza i wiszące tam portrety malowane przez Witkacego. Panie, z którymi rozmawiałem, bywały tam w czasie okupacji. Jedna z nich, wówczas dziesięcioletnia dziewczynka, opowiadała, że strasznie się bała wielkich oczu na tych portretach. Te dzieła również zaginęły.
Pisząc książkę, dotarł pan do osób, które jeszcze spotkały Witkacego.
- Już wcześniej zdarzyło mi się spotkać z panią Julitą Fedorowicz-Stopą. Była ostatnią osobą, która dobrze pamiętała swoją sesję portretową.
To jej nie spodobał się portret?
- Tak, była rezolutną i śmiałą dziewczynką. Powiedziała, że nie podoba jej się, jak Witkacy ją namalował. Gdyby chodziło o zamówienie w ramach komercyjnej działalności Firmy Portretowej, to przez takie marudzenie nie wydałby portretu. Tam obowiązywały zasady określone w "Regulaminie". Między innymi zabronione było komentowanie i wszelkie krytyczne uwagi. Ale rodzice Julity, Fedorowiczowie, byli zakopiańskimi przyjaciółmi Witkiewiczów. Ojciec pani Julity - Józef zwany Pimkiem - był współtwórcą Stacji Meteorologicznej w Zakopanem. Angażował się też w tworzenie niezależnych teatrów Witkacego, także mała Julita miała specjalne względy i mogła sobie pozwolić na kapryszenie. Witkacy namalował jej drugi portret, z którego była zadowolona.
Jak wspominała Witkacego?
- Opowiadała, że ciągle robił sobie żarty i odgrywał dziwne scenki. Z opowieści osób, które znały go jako dzieci, można wyciągnąć wniosek, że on się często nudził z dorosłymi. Więc jak mu nie odpowiadało towarzystwo albo gdy czekał na kogoś, czy też w gościnie u kogoś, to bawił się z dziećmi. Dawał im się przywiązywać do stołu, straszył je, naśladował zwierzęta, przebierał, stroił miny. Myślę, że był przekochanym wujkiem, bo dzieci lubią, jak coś się dzieje. Pani Julita też wspominała, że zawsze działo się coś wyjątkowego, jak przychodził.
Czy podczas pisania biografii natrafił pan na coś zaskakującego?
- Przede wszystkim odkryłem, że matka, Maria Witkiewiczowa, była dużo przyjemniejszą i ciekawszą kobietą, niż myślałem. Była animatorką kultury w Zakopanem, prowadziła też pensjonaty. Dzięki kwerendzie prasowej tytułów z początku XX wieku dowiedziałem się, jak funkcjonowały takie miejsca i że prowadziły je prawie wyłącznie kobiety. To były bardzo prężnie działające przedsiębiorstwa. Więc to plotka, że Witkiewiczowa była biedna. Chociaż jej mąż najpierw odmawiał przyjmowania zapłaty za swoje obrazy i projekty willi, a potem zostawił ją dla Marii Dembowskiej, Witkiewiczowa świetnie sobie radziła. W takim niedużym pensjonacie do stołu siadało czasem nawet 70 osób - wiemy to z listów kobiety w bardzo podobnej sytuacji, Aleksandry Parczewskiej, żyjącej w separacji ze swoim mężem, rektorem wileńskiego uniwersytetu. Musiały więc zatrudniać masę personelu. Dieta dostosowana była do zaleceń lekarzy dietetyków. Ona i właścicielki innych pensjonatów zapewniały też opiekę nad dziećmi, ich domową edukację, wycieczki po okolicy. Drukowały foldery informacyjne, reklamowały się w prasie i przewodnikach. Przy niektórych pensjonatach były korty tenisowe, stajnie, boiska do krykieta, parkingi i garaże. Przed pierwszą wojną światową było już ogrzewanie, a zdarzała się też kanalizacja. Dlatego Witkacy pieklił się na swoją ciotkę i kuzynkę na Antałówce, że w ich willi musiał korzystać z wychodka do samego 1939 roku.
- U Witkiewiczowej nocował m.in. Karol Szymanowski, a nie był to zwyczajny pensjonariusz. Iwaszkiewicz opisywał, że miał bardzo wysokie wymagania zarówno co do warunków higienicznych, jak i diety. Oczywiście musiał mieć też dostęp do fortepianu.
A Maria Witkiewiczowa była absolwentką warszawskiego konserwatorium.
- Była kompozytorką, pianistką, która wydała bardzo wówczas znany elementarz muzyczny. Organizowała też oprawę muzyczną w zasadzie wszystkich imprez w Zakopanem, dyrygowała chórami. Współtworzyła elitę. Była też multiinstrumentalistką, bo grała też na złóbcokach, czyli takich skrzypkach góralskich, co wspominał m.in. Steafan Żeromski. Myślę, że tworzyła ciepłą i przyjazną atmosferę w domu, bo lubili tam przebywać i wybitni pisarze - Henryk Sienkiewicz, Żeromski czy Szalom Asz, którego dramat jako pierwsza przetłumaczyła na język polski - i młodzież. Przyjaźniła się także z Heleną Modrzejewską.
Czytając pana książkę, zastanawiałam się, czy naprawdę zarabiała aż tyle, żeby Witkacy mógł jeździć praktycznie po całym świecie, bo do pewnego momentu to ona go utrzymywała?
- Po świecie może nie, ale po Europie tak. On przed wyprawą z antropologiem Bronisławem Malinowskim na Cejlon i do Australii, był w Wiedniu, Berlinie, Paryżu, w Bretanii i Londynie, zwiedził też prawie całe Włochy.
Przecież to musiało kosztować majątek.
- Tylko wyższe klasy społeczne mogły sobie pozwolić na tak częste podróże, chociaż paradoksalnie wówczas ludzie byli chyba bardziej skłonni do przemieszczania się niż dziś. Sprawę ułatwiało to, że Zakopane było wtedy w granicach Austro-Węgier, do których należały też Chorwacja, Triest, czyli wybrzeże Adriatyku oraz kawałek Bałkanów, więc nie trzeba było przekraczać granic, aby tam pojechać. W tamtych czasach elity przyzwyczajone były do kształcenia się, leczenia i wypoczynku w całej Europie. To oczywiście kosztowało, Witkacy dostawał pieniądze od rodziców, a szczególnie od mamy. Ojciec rzadko coś mu wysyłał, bo przechodził kosztowne leczenie gruźlicy, które w dużej mierze opłacali znajomi m.in. Sienkiewicz. Witkiewiczowa dobrze sobie radziła finansowo, aż do wybuchu wielkiego kryzysu, kiedy miała już 76 lat. Wtedy zaczęto budowę drogi przy jej pensjonacie, co na pewno odstraszyło, i tak nielicznych już, kuracjuszy. Ponieważ goście przestali przyjeżdżać, popadła w długi i zdecydowała się zamknąć pensjonat. Spłacił je Witkacy z honorarium za powieść i w ten sposób odwdzięczył się mamie.
Wiktacy, oprócz pisania, zarabiał też malowaniem portretów. Nie uważał ich jednak za sztukę?
- Za sztukę nie uważał tych, które produkował w ramach Firmy Portretowej, na zamówienie. Oprócz portretów komercyjnych wykonał kilka tysięcy portretów przyjaciołom, rodzinie, znajomym. Te, które tworzył pod wpływem narkotyków czy innych ciężkich używek, uznawał za najbliższe sztuce, Czystej Formie. Na swoich obrazach zapisywał skróty oznaczające, w jakim stanie był i pod wpływem jakich substancji tworzył dane dzieło.
Na okładce pana książki, pod obwolutą też jest obraz Witkiewicza, co oznacza skrót, który na nim zamieścił?
- Tu jest NP3m i Nπ6m. To mało sensacyjny skrót, bo NP3m znaczy, że nie palił od trzech miesięcy, a Nπ6m - że nie pił od sześciu miesięcy.
Faktycznie niezbyt ekscytujące.
- Wszyscy się zachwycają tymi inskrypcjami, a one często oznaczają właśnie tylko tyle - od kiedy nie pił, nie palił. Bo NP zawsze oznaczało: nie palę, a Nπ - nie piję. Czasami to był jeden dzień, że po prostu tylko w czasie tej sesji portretowej nie pił, nie palił, a czasami, któryś miesiąc abstynencji. Oczywiście NP nie dotyczyło piwa, a jedynie alkoholu mocnego, wódki itp. Piwo przeważnie zapisywał jako pyfko. Oczywiście były też cięższe narkotyki typu pejotl, kokaina czy ich mieszanki z alkoholem. Te obrazy są najdroższe na aukcjach.
Witkacy ma łatkę narkomana.
- Psychiatrzy podkreślają, że nie wolno diagnozować osoby nieżyjącej, ale literaturoznawcy zazwyczaj uwielbiają wróżyć, że ktoś był uzależniony albo miał osobowość typu borderline. Ze świadectw, które znamy, wynika, że raczej nie był uzależniony od niczego poza nikotyną. Papierosów nie udało mu się do końca życia trwale rzucić, za co był na siebie wściekły. Świetnie zdawał sobie sprawę z ich szkodliwości i wpływu na psychikę. Opisał to w swojej książce w skrócie nazywanej "Narkotyki". Pejotl natomiast okazał się sposobem na to, żeby nie ciągnęło go do innych używek. Bo zauważył, że tak na niego działa. Zazwyczaj przyjmował go w obecności zaprzyjaźnionych lekarzy, którzy nie tylko mierzyli mu tętno, obserwowali objawy, ale też spisywali jego wizje. Instytut Witkacego kupił dziesięć lat temu znalezione w Paryżu listy z jego dilerem pejotlu, doktorem Alexandrem Rouhierem. Witkacy domyślił się, że diler przysyła mu nie meksykański, a francuski pejotl, bo ten wywoływał dużo słabsze wizje. Zaczął więc sam hodować kaktusy, z których pozyskuje się ten narkotyk.
- Nie możemy oceniać współczesną miarą tego, co się wtedy działo. Teraz wiemy, że uzależnienie to choroba, a wtedy nawet handel takimi substancjami nie był penalizowany. W tamtych czasach prawie wszystko leczyło się morfiną. Stanisław Witkiewicz ojciec też był nią leczony na gruźlicę. Myślę, że to przez morfinę ten poważny człowiek przestał panować nad emocjami. To było naprawdę dziwne, do jakiego stopnia nie panował nad swoją miłością do Dembowskiej. Kiedy wyjechała na miesiąc z Zakopanego, zamęczał znajomych wyznaniami, że nie może bez niej żyć.
Dziwi mnie hipokryzja Witkiewicza ojca, który zostawił żonę dla kochanki, a w listach, które możemy przeczytać w pana książce ciągle strofował syna.
- Od tego są rodzice, żeby upominać dzieci. Mówi się, że Witkacy powtarzał te schematy, które obserwował, ale ja uważam inaczej. Weźmy za przykład ich stosunek do Żydów. Witkiewicz ojciec ewidentnie nie życzył sobie synowej Żydówki, a Witkacy wręcz był filosemitą. Dokonywał wpłat na uchodźców żydowskich z Niemiec przed II wojną światową. Podkochiwał się w różnych paniach, niektóre z nich miały pochodzenie żydowskie, a ojciec potrafił skandalicznymi słowy wręcz obrzydzać synowi jego wybranki, np. Annę Oderfeldównę, której Witkacy chciał się oświadczyć. Ojciec pisał do niego, by wyobraził sobie gromadę pejsatych dzieci wokół i że Żydówki brzydko się starzeją. To było karygodne, ale widać, że Staś mało sobie robił z jego utyskiwań. Gdyby stosował porady ojca, nie zaraziłby się chorobami wenerycznymi.
I nie miałby romansu z Solską.
- Na dodatek on ją przywiózł ojcu do Lovranu! Chyba, żeby go sprowokować! Robił to też w innych sytuacjach, np. gdy ojciec prosił, by częściej i bardziej wylewnie pisał z podróży, to Witkacy wysłał rodzicom liścik na papierze toaletowym. Myślę, że chciał na siebie zwrócić uwagę ojca i być dla niego kimś ważniejszym niż Dembowska.
Witkiewicz miał też dziwny stosunek do studiów syna. Nie chciał, aby ten uczył się na Politechnice ani na Akademii Sztuk Pięknych.
- Witkiewicz był przeciwny systemowej edukacji. Chciał, żeby syn uczył się w domu. Chociaż zależało mu też, by syn został artystą, to uważał, że wystarczy nauka prywatna. To Maria Witkiewiczowa parła do tego, by Staś uzyskał także formalne wykształcenie w postaci matury. Uważała, że może mu to pomóc w uzyskaniu dobrej posady w przyszłości. Witkacy chciał studiować najpierw matematykę, a w końcu wbrew ojcu zapisał się na ASP w Krakowie. Jeśli chodzi o studia matematyczne, to nie przetrwały prawdopodobnie żadne dokumenty na ten temat.
W książce cytuje pan, że Witkacy żałował, że przerwał te studia.
- Bo on później przyjaźnił się z wybitnymi matematykami, więc czasami może mu przeszkadzało, że trochę za nimi nie nadążał. Bardzo sobie cenił rozmowy z nimi. Prowadził "rozmowy istotne" między innymi z Alfredem Tarskim, który jest do dziś uznawany za papieża logiki. Bardzo wielu znajomych Witkacego było założycielami Polskiego Towarzystwa Cybernetycznego. Henryka Greniewskiego, matematyka-cybernetyka, nazywał Tumorem Mózgowiczem - nawiązując do tytułowej postaci z jednej ze swoich sztuk teatralnych. Fascynację Witkacego matematyką i fizyką widać w dramatach. Tam co chwila wspomina się o teorii Einsteina, rozkładzie czy prawach Gaussa, tensorach, całkach i przestrzeniach nieeuklidesowych.
Ciekawe, że został artystą, a nie naukowcem.
- Witkacy, by się wściekł, jakby to usłyszał! On przede wszystkim był filozofem. Jego, jak to nazywał, Główniak, czyli Hauptwerk, to pisane w latach 1917-1932 "Pojęcia i twierdzenia implikowane przez pojęcie Istnienia". Witkacy do końca życia zajmował się praktycznie codziennie filozofią. Publikował, bywał na zjazdach filozoficznych, konferencjach, miał odczyty w Towarzystwie Filozoficznym. Był poważnie traktowany przez Władysława Tatarkiewicza, Tadeusza Kotarbińskiego i Hansa Corneliusa. Tyle że był w opozycji do modnego wtedy nurtu, pozytywizmu Koła Wiedeńskiego, reprezentowanego np. przez Rudolfa Carnapa. A Witkacy zajmował się tradycyjną filozofią, ontologią ogólną, czyli pytaniami o byt. XX-wieczni filozofowie stopniowo rezygnowali z poszukiwania fundamentalnych odpowiedzi, a Witkacy wierzył, że jednak da się znaleźć jakąś strukturę i prawidłowość, a może i sens, opowiedzieć cały byt. Stworzył swój system: monadyzm biologiczny.
- Prace filozoficzne Witkacego z lat trzydziestych w dużym stopniu się nie zachowały, niektóre są w strzępach. Te najpóźniejsze jego dzieła filozoficzne wydał PIW w 2014 roku w tomie "Dzieł zebranych": "'Nauki ścisłe a filozofia' i inne prace filozoficzne".
- Niestety wielu komentatorów do dzisiaj bazuje tylko na wczesnych tekstach Witkiewicza, "Szkicach estetycznych" i "Nowych formach w malarstwie". Nie znają po prostu Witkacego, a właściwie to Stanisława Ignacego Witkiewicza, jako filozofa - musiałem się poprawić, bo pseudonim "Witkacy" Stach rezerwował dla sfery artystyczno-towarzyskiej.
W pewnym momencie pana książki widać dużą zmianę stylu.
- Rzeczywiście, pani chyba jako pierwsza spośród dziennikarek i dziennikarzy zwróciła na to uwagę. Chciałem, by rozdziały miały formę adekwatną do treści i tempa etapów jego życia. Kiedy więc Stach wpada w młyn zdarzeń, w lekturze mamy też odczuć przesyt i chaos, ale gdy płynie statkiem, jest gorąco, nudzi się, jest zrozpaczony, czytelnik ma poczuć ten nieznośny marazm, lepki upał i słabość.
- On sam stosował czasem w dramatach taką metodę - radził na początku znudzić publiczność, przeciągać bezruch, aż widzowie zaczną wykazywać objawy zniecierpliwienia i wtedy dopiero ruszyć z akcją np. jakimś wystrzałem. U mnie takim przyspieszeniem jest moment, kiedy Witkiewicz wraca do Polski po I wojnie światowej i rewolucji. Jest tam pierwszy rozdział o dwudziestoleciu międzywojennym: Celebryta na językach - "życie niezwykle, renesansowo wprost intensywne". Najpierw chciałem opisać każdy rok osobno, ale wtedy tyle się działo, że postanowiłem opisać te wszystkie zdarzenia jakby na raz - upadają monarchie, powstają nowe państwa, szaleje hiszpanka, Witkacy zgłasza się do Wojska Polskiego po wybuchu wojny polsko-bolszewickiej, ale też maluje, pisze traktaty estetyczne, dwadzieścia kilka dramatów, no i nagle się żeni. Próbowałem oddać słowem tempo jego życia.