INTERIA.PL 123rf.com
Karolina Olejak 05:00 29.05.21

Wyszedł na papierosa i nigdy nie wrócił. Co roku "znikają" tysiące osób

W

W ieczór 5 stycznia w Rzeszowie był pochmurny, zanosiło się na deszcz. Mariusz po pracy zrobił zakupy i przyjechał do wynajmowanego ze znajomymi mieszkania. Zostawił w pokoju włączony komputer i wyszedł zapalić papierosa. Do domu już nie wrócił.

Reklama

Mariusz Michalik zaginął 5 stycznia 2021 roku. 25-latek mieszkał w wynajmowanym mieszkaniu, na osiedlu domków jednorodzinnych, przy ulicy Grabskiego w Rzeszowie. Tego dnia po pracy zrobił zakupy, zamówił pizzę i został w domu. Około godz. 21 wyszedł na zewnątrz na papierosa. Miał to być jego wieczorny rytuał, dlatego nikomu jego wyjście nie wydało się podejrzane. W pokoju zostawił portfel i dokumenty. Mimo że pogoda, jak to w styczniu, nie sprzyjała, a termometr wskazywał zaledwie 5 stopni, Mariusz wyszedł w samej bluzie. To właśnie ją, niebieską, sportową, rodzina wskazała w ogłoszeniu.

Ciche i spokojne osiedle

Okolica, w której mieszkał Mariusz, to rzeszowskie osiedle na południowej granicy miasta. Wokół domki jednorodzinne, plac zabaw i kilka sklepów. Spokojne i ciche miejsce. Zupełnie niepodobne do podejrzanych osiedli, które można mieć przed oczami, wyobrażając sobie miejsce zaginięcia młodego człowieka. W okolicy płynie Wisłok, rzeka jest dopływem Sanu. To jedno z pierwszych miejsc, które wytypowano do poszukiwań mężczyzny. 

Reklama

O zaginięciu rodzina dowiedziała się od współlokatorów. Jeden z kolegów zadzwonił w niedzielę, 6 stycznia około godz. 16. Zaniepokoił się tym, że Mariusza rano nie było w domu, a drzwi zostawił otwarte.

- Straciliśmy kilka pierwszych godzin poszukiwań. Koledzy, którzy mieszkali z Mariuszem, myśleli, że poszedł do dziewczyny, z którą wcześniej się spotykał. Mieszka niedaleko, więc ten scenariusz wydawał się bardzo prawdopodobny. Sprawdzaliśmy ten trop. Mariusza u niej nie było, a dziewczyna włączyła się w poszukiwania. To ona rozpoznała klapki naszego syna znalezione na parkingu 200 metrów od jego domu. To jedyny ślad, który po nim został - opowiada tata Mariusza, Andrzej Michalik

Kilka dni przed zaginięciem Mariusz pojechał do rodziców. Spędził tam święta Bożego Narodzenia. Bliscy wspominają, że był radosny, opowiadał o swoich planach. Cieszył się, bo w pracy pojawiła się możliwość przeniesienia do oddziału, w woj. świętokrzyskim, bliżej domu rodzinnego.  

- Jeszcze wiele tygodni później do Mariusza przychodziły paczki z zamówionymi rzeczami. To były ubrania, które wybrał i zamówił przez internet. Czy człowiek, który planowałby zniknąć lub zrobić sobie coś złego zamawiałby nowe rzeczy? - pyta tata mężczyzny.


Tygodnie poszukiwań

Od tamtej pory trwają poszukiwania. Policja i strażacy już kilkukrotnie sprawdzili zbiornik w okolicy zalewu na Wisłoku i popularne wśród morsów kąpielisko. Wykorzystano również psy specjalnie szkolone do takich akcji. Mężczyzny szukały służby, rodzina i znajomi.

W międzyczasie pojawił się trop. Ktoś miał widzieć Mariusza, gdy zbierał pieniądze w okolicach galerii handlowej w Rzeszowie. Pojawiła się hipoteza, że być może uderzył się w głowę i stracił pamięć. Nikomu jednak nie udało się jej potwierdzić.

Dziś, niemal pięć miesięcy od dnia zaginięcia, zarówno rodzina jak i służby wciąż szukają Mariusza.

- Na przyszły tydzień planowane są ponowne przeszukiwania terenu, w okolicach zaginięcia. Po raz kolejny do akcji zostanie włączony pies szkolony do tego typu poszukiwań. Poza tym planowane jest również ponowne wykorzystanie policyjnych dronów. Zarówno policja, jak i rodzina proszą o wszelkie informacje, które mogłyby pomóc w ustaleniu, co zdarzyło się 5 stycznia - wyjaśnia Anna Iskrzycka, młodszy aspirant z Komendy Miejskiej Policji w Rzeszowie.

- W poszukiwania w wodzie dodatkowo chce zaangażować się nurek głębinowy zajmujący się poszukiwaniami ekstremalnymi, aby całkowicie wykluczyć hipotezę związaną z utonięciem. To tego typu zadania potrzebna jest przychylność policji - dodaje tata Mariusza.

Jak znikają ludzie?

W Polsce zgłaszanych jest około 17-20 tys. zaginięć rocznie. Tylko w 2020 r. policja przyjęła 2016 zgłoszeń o osobach poniżej 18. roku życia, z czego 552 dzieci miało mniej niż 13 lat.

Przyczyn zaginięć jest wiele. W zależności od płci, grupy wiekowej i powodu, z jakiego tracimy kontakt z osobą, dopasowuje się metody ich poszukiwań. O najczęstszych przyczynach zaginięć opowiada Agata Nowacka, koordynatorka zespołu poszukiwań i identyfikacji w Centrum Poszukiwań Osób Zaginionych Itaka: 

- Dzieci najczęściej gubią się w sytuacjach, gdy nie są dopilnowane. Nie zawsze jest to wina rodziców. Czasem znikają z pola widzenia w tłumie albo w ciągu kilku sekund nieuwagi. Do nas bardzo często zgłaszane są również porwania rodzicielskie. To sytuacje, w których jeden z rodziców zabiera dziecko i utrudnia z nim kontakt. Tych zdarzeń policja nie kwalifikuje jako zaginięcia. Wszczynane są inne procedury niż w przypadku podejrzenia udziału osób trzecich. Wbrew powszechnemu przekonaniu, nieczęsto mamy do czynienia z zaginięciami o charakterze kryminalnym. Te oczywiście są najgłośniejsze. Tak jak tragedia chłopca z Katowic, o której ostatnio słyszeliśmy - mówi Nowacka.

Jak dodaje, kolejną grupą są nastolatki. 

- Jeśli chodzi o osoby dorosłe, to często mamy do czynienia z różnego rodzaju zaburzeniami psychicznymi, w tym depresją. Niestety, wiele spraw, które prowadziliśmy i miało takie tło, kończyło się samobójstwem. W tej grupie przeważają mężczyźni - tłumaczy. 

Nowacka wyjaśnia, że zdarza się też, że osoby dorosłe wyjeżdżają za granice i nagle urywają kontakt. W tych historiach oczywiście bywają zniknięcia na tle kryminalnym. Jednak większość to nieszczęśliwy splot wydarzeń. W wyniku różnych niepowodzeń takie osoby tracą pracę, czasem dom, popadają w nałogi. Później wstydzą się kontaktować z rodziną i odcinają się.

Jako ostatnią kategorię wymienia osoby starsze. - Tu przeważają problemy zdrowotne. Zarówno psychiczne, czyli demencja, problemy z pamięcią, czy depresja, jak i fizyczne, czyli sytuacje, w których starsza osoba źle się poczuła i nie była w stanie dotrzeć do domu - mówi.

- Tylko około jeden procent zaginięć, które zgłaszane są do Itaki, mają charakter kryminalny - dodaje Nowacka.

Jak igła w stogu siana, czyli metody poszukiwań

To, jak prowadzone są poszukiwania przez policję, reguluje Zarządzenie nr 48 Komendanta Głównego Policji. Wyszczególnione są w nim trzy poziomy organizacji poszukiwań. Jego wskazanie zależy od kilku czynników. Poszukiwanie na poziomie pierwszym, czyli najpilniejszym, wszczyna się, gdy istnieją uzasadnione podejrzenie zagrożenia zdrowia lub życia osoby zaginionej. Przykładem takiej sytuacji może być choroba, prawdopodobne samobójstwo lub poszlaki wskazujące na porwanie. Z poziomem pierwszym mamy do czynienia również wtedy, gdy gubi się dziecko.

Poziom drugi obowiązuje w sytuacjach, gdy po raz kolejny kontakt z daną osobą jest utracony, dana osoba jest zdolna do samodzielnej egzystencji, ale wymagającej opieki i stałego przyjmowania leków. To poziom, który wyznacza się również przy podejrzeniu ucieczek nastolatków.

Poziom trzeci, czyli najmniej pilny to sytuacje, w których zgłoszone jest zaginięcie osoby, która deklarowała chęć wyjazdu, pozostaje w konflikcie z bliskimi i istnieje duże prawdopodobieństwo, że celowo zerwała z nimi kontakt.

- Poziom, który określa policja, reguluje metody poszukiwań. Poziom pierwszy oznacza największy priorytet. Uruchamiane są grupy poszukiwawcze, wszystkie służby, a także cały dostępny sprzęt. Dodatkowo w wyjątkowych sytuacjach stosowany jest "Child Alert". To system alarmowy, który uruchamiany jest w momencie, gdy zaginie dziecko i istnieje duże prawdopodobieństwo zagrożenia jego zdrowia lub życia. Poza służbami informowane są również media, tak, by jak najwięcej osób zostało powiadomionych o zdarzeniu i rysopisie dziecka. To bardzo skuteczny system, który sprawia, że momentalnie ruszają wszystkie procedury, które mają uniemożliwić przemieszczanie się z porwanym dzieckiem - wyjaśnia Agata Nowacka z Centrum Poszukiwań Osób Zaginionych Itaka.

Odnalezieni po latach

Zdarza się jednak, że osoby zaginione znajdują się po latach.

- Rekordem w historii działania naszej organizacji jest mężczyzna, który znalazł się po niemal 50 latach. Zaginął jeszcze w latach 70. Rodzina od tamtego czasu nie miała z nim kontaktu. Itaka pracowała nad tą sprawą od dziesięciu lat. Publikowaliśmy wizerunek tego mężczyzny, w różnych mediach, w tym polonijnych. Wreszcie zadzwonił anonimowy informator, który przekazał, że ten mężczyzna dwa lata wcześniej zmarł w jednym z domów pomocy społecznej. Wskazał konkretny adres i historia się potwierdziła. Mimo że rodzina nie zdążyła się z nim spotkać, to zawsze ulgą jest znaleźć kogoś bliskiego i móc się z nim pożegnać i dowiedzieć się czegoś o jego życiu - mówi Nowacka.