Książka Haidta porusza aktualny i niepokojący temat: gwałtowny wzrost problemów zdrowia psychicznego wśród młodych ludzi, zwłaszcza z pokolenia Z. Haidt, znany psycholog społeczny, tym razem skupia się na analizie przyczyn kryzysu lęku, depresji i kruchości emocjonalnej, które zdają się definiować współczesną młodzież. Jego teza jest klarowna: kluczową rolę w tym zjawisku odgrywa rozwój technologii, w szczególności smartfonów i mediów społecznościowych, w połączeniu z nadopiekuńczym stylem wychowania, wręcz "helikopterowym".
Haidt rozpoczyna od przedstawienia danych, które trudno zignorować - od około 2010 roku, czyli momentu, gdy smartfony stały się wszechobecne, wskaźniki lęku, depresji, a nawet samobójstw wśród nastolatków w krajach zachodnich drastycznie wzrosły. Autor nie poprzestaje na statystykach; buduje narrację, która łączy te zmiany z konkretnymi mechanizmami psychologicznymi i społecznymi. Media społecznościowe, z ich kulturą porównań, presją popularności i nieustannym strumieniem informacji, według Haidta przeprogramowują sposób, w jaki młodzi ludzie postrzegają siebie i świat. Do tego dochodzi erozja tradycyjnych doświadczeń dzieciństwa - mniej czasu na swobodną zabawę, więcej na ekranach - co osłabia rozwój odporności psychicznej.
Ograbiane z dzieciństwa, spontanicznych wspólnych zabaw i radości maluchy, sadzane w pasywny sposób na wiele godzin przed ekranami, abyśmy jako dorośli mieli "chwilę na odsapnięcie", nie mają szans na prawidłowy rozwój. Dane liczbowe dotyczące zdrowia psychicznego dzieci są dla nas bezwzględne. Ekrany urządzeń cyfrowych w dzieciństwie i wczesnej młodości wyrządzają, zdaniem Haidta, więcej szkody, aniżeli pożytku. Jednak, mimo tego, są dawane maluchom w Polsce średnio w wieku ośmiu lat na własność (NASK). Muszą więc być też tacy rodzice, którzy dają smartfony na własność również w młodszym wieku. A we wczesnym dzieciństwie wiele godzin dzieci oglądają treści cyfrowe na urządzeniach rodziców.
Plaga największego kłamstwa dzieci, że "wszyscy mają" powoduje, że ekrany w końcu naprawdę mają wszyscy. Aby nasz maluch nie był wykluczony przez rówieśników, abyśmy nie usłyszeli, że dziecko nas nienawidzi, zgadzamy się na coraz niższy wiek inicjacji ekranowej, a co za tym idzie także seksualnej dziecka i pierwszego kontaktu z pornografią. Oddanie dziecku urządzenia w pełni podłączonego do internetu, mimo aplikacji do kontroli rodzicielskiej, wiąże się jedynie z "ograniczeniem" treści szkodliwych dla dziecka, a nie całkowitą ich eliminacją. Takie ustawienia znajdujemy w aplikacjach wspierających rodziców w eliminacji części treści szkodliwych. Na pornografię dzieci natrafiają często po raz pierwszy przez pomyłkę i to już w 11. roku życia. Weźmy choćby przykład - co znajdziemy wpisując słowo "Laski" i myśląc o ośrodku dla osób niewidomych pod Warszawą? No właśnie.
Dzieci mierzą czas "zaraz-ami" i "chwilkami", a czasem "jeszcze 5 minutkami", kiedy "żebrają" lub wręcz przeciwnie - reagują agresywnie na propozycję końca rozgrywki czy scrollowania - o jeszcze jedną "działeczkę" dopaminy. Tak kiedyś nazwał korzystanie z produktu Facebooka Sean Parker, były wiceszef tej firmy. Dzieci spędzające czas przed ekranami ograbiane są z kilku istotnych wartości. Jonathan Haidt szczegółowo omawia cztery krzywdy, które, jego zdaniem, wynikają z nadmiernego wpływu technologii i zmieniających się wzorców wychowania na młode pokolenie.
Pierwszą krzywdą od technologii jest utrata dzieciństwa, gdzie swobodna zabawa i bezpośrednie interakcje z rówieśnikami ustępują miejsca godzinom pasywnie spędzanym przed ekranami. Ogranicza to rozwój społeczny i emocjonalny młodych. Drugą krzywdą jest uzależnienie od mediów społecznościowych, które Haidt porównuje do mechanizmów uzależniających w grach hazardowych - ciągłe poszukiwanie lajków i akceptacji prowadzi do kompulsywnego korzystania z urządzeń, pogłębiając lęk i drastycznie obniżając samoocenę dziecka. Trzecia to deprywacja snu, wynikająca z późnego scrollowania i niebieskiego światła ekranów, co ma katastrofalne skutki dla zdrowia psychicznego i zdolności koncentracji. Doświadczają tego masowo nauczyciele, których dzieci nie słuchają już na lekcjach, nie potrafią wytrzymać nawet 45 minut lekcji, mają trudności w uczestniczeniu w zajęciach. Ale coraz częściej doświadczają tego także rodzice, którzy spotykają się z ciągłym "zapomniałem/am" od dziecka. Krótkie filmiki video oglądane dziennie w setkach albo tysiącach niszczą bowiem zdolności poznawcze dziecka, szczególnie uszkadzając pamięć prospektywną, związaną z zaplanowanymi czynnościami. Najmocniej oddziałują na nią TikToki, a więc najpopularniejsza wśród dzieci aplikacja, ale bezpieczne nie jest także wielominutowe oglądanie rolek i shortsów.
Ostatnią krzywdą dla dziecka jest nadopiekuńczość, która, choć nie jest związana z technologią, współgra z nią, tworząc pokolenie mniej odporne na stres i porażki - rodzice i systemy edukacyjne, w obawie przed ryzykiem, pozbawiają dzieci szans na naukę samodzielności. Haidt przedstawia te krzywdy jako wzajemnie powiązane, tworząc toksyczną mieszankę, która napędza tytułowy "niepokój" współczesnej generacji.
Haidt proponuje cztery fundamentalne reformy, które wspólnym wysiłkiem rodziców, nauczycieli i władz rządowych trzeba wdrożyć jak najszybciej, aby przywrócić dzieciom dobre i normalne warunki do zdrowego rozwoju. Pierwsza dotyczy opóźniania dostępu dzieci do smartfonów całodobowo podłączonych do internetu aż do ukończenia 14. roku życia. W zamian proponuje dawanie im najprostszych telefonów z klawiszami, z ograniczoną liczbą aplikacji i bez wyszukiwarki. To my, dorośli, często wpychamy dziecko w telefon, każąc się "meldować" czy gdzieś doszło, czy coś zrobiło. I to my często bombardujemy ich wieloma wiadomościami, oczekując szybkich odpowiedzi. A za kilka lat skarżymy się, że nastolatek zamyka się w swoim pokoju na wiele godzin i z nami nie rozmawia, tracimy więzi rodzinne, myśląc jak rodzice w serialu "Dojrzewanie": "że jest bezpieczny". Gdy dziecko już wytworzy nawyk ciągłego noszenia telefonu w kieszeni, wówczas funkcję przypominania o wchodzeniu do sieci przejmują powiadomienia.
Badanie przeprowadzone przez Common Sense Media we współpracy z University of Michigan Health C.S. Mott Children’s Hospital wykazało, że połowa nastolatków (11-17 lat) w USA otrzymuje 237 lub więcej powiadomień dziennie. Jednak w niektórych przypadkach liczba ta sięgała nawet niemal 5000 powiadomień w ciągu 24 godzin. Mediana wynosiła 273 powiadomienia dziennie dla wszystkich uczestników, a dane były zbierane za pomocą aplikacji śledzącej na smartfonach 203 młodych osób przez tydzień. Około 23 proc. powiadomień pojawiało się w godzinach szkolnych, a 5 proc. w nocy. Każde takie powiadomienie to wyrzut dopaminy w mózgu dziecka, a to może wpłynąć nie tylko na jego przebodźcowanie, ale także w dłuższej perspektywie na działanie układu nagrody, dzięki któremu odczuwamy przyjemność.
Drugi fundament Haidta to "żadnych mediów społecznościowych przed 16. rokiem życia", ze względu na najbardziej wrażliwy okres rozwoju mózgu, zanim zostają podłączeni do sieci porównań społecznych, dobieranych przez algorytmy treści opartych na mechanizmie nienawiści (firma Facebook zbadała, że to najsilniejszy mechanizm "przyklejenia" nas do ekranów, aby więcej zarabiać na naszej uwadze i naszych danych, o czym wiemy od sygnalistki Frances Haugen). Ochrona dzieci nie jest bowiem przecież w tym "sezonie" - zgodnie ze słowami Zuckerberga - priorytetem firmy Meta i chyba nigdy nie będzie. Ani więc Instagram, Facebook, ani WhatsApp nigdy także bezpieczny dla dzieci nie będzie. TikTok i YouTube także nie. Algorytm uczy się również tego, czego się boimy i w konsekwencji wyświetla nam treści pełne traum, albo do nich prowadzące.
Trzecia z zasad opisanych w "Niespokojnym pokoleniu" to postulat szkół wolnych od telefonów i innych urządzeń ekranowych opartych o technologię niebieskiego światła i pełnego podłączenia do internetu. To bowiem jedyny sposób, aby poświęcili uwagę sobie nawzajem, nauczycielom i procesowi nauczania. Brak takiego odgórnego uregulowania zakazu smartfonów, które obowiązują w większości krajów Unii Europejskiej i kilku stanach w USA, skutkuje problemami dzieci z koncentracją, chęcią do nauki, a także wzrostem przemocy równieśniczej i innymi konsekwencjami.
Ostatni postulat dotyczy obniżenia kontroli rodzicielskiej w świecie realnym i większej niezależności dzieci w zabawie, a zarazem większej czujności na świat cyfrowy i podejmowane w nim przez dzieci aktywności. Ważne jest tworzenie także w szkołach przestrzeni do wspólnej zabawy z rówieśnikami bez udziału dorosłych, a ponadto także poza szkołą.
Celem autora nie jest oskarżanie, ale zachęta do wspólnego działania i do tego nakłania nas J. Haidt w czwartej części książki. Autor przygotowuje postulaty dla rządów i firm technologicznych, dla szkół oraz dla rodziców dzieci w różnych grupach wiekowych. Autor nie ukrywa swojego krytycznego stosunku do technologii, ale stara się zachować obiektywizm, proponując konkretne rozwiązania - od ograniczania czasu ekranowego po promowanie większej niezależności dzieci. Niektóre jego propozycje, jak np. podniesienie wieku dostępu do mediów społecznościowych, mogą brzmieć zaskakująco, a może nawet utopijnie w świecie, gdzie cyfrowa rzeczywistość jest już głęboko zakorzeniona. Jednak, po głębszym namyśle - dziecko do 13. roku życia i tak nie ma zdolności cywilno-prawnej, dlatego można wykorzystać ten fakt i dotrwać z wręczeniem smartfona dziecku choćby do tego wieku. A najważniejsze to ustalenie jasnych reguł korzystania z urządzeń ekranowych w domu i ich egzekwowanie przez rodziców, a więc tzw. rodzinne pakty ekranowe. Można i trzeba je przenieść również na forum klas, całych szkół, ministerialnych rozwiązań systemowych. W sytuacji, gdy ojcowie uporządkują zasady i godziny grania chłopców w gry z kolegami i wszystkich dotyczą takie same zasady - łatwiej zapanować nad "jęczeniem" dzieci o kolejne godziny rozgrywek.
Książka Haidta to lektura ważna i prowokująca do myślenia. Autor nie tylko diagnozuje problem, ale też zmusza nas do zastanowienia się nad tym, jak kształtujemy przyszłe pokolenia i wskazuje konkretne rozwiązania. To książka dla rodziców, nauczycieli, a także wszystkich, którzy chcą lepiej zrozumieć, jak technologia zmienia nasze życie - nie zawsze i nie we wszystkim na lepsze.