PAP PAP/EPA/AIR MOBILITY COMMAND PUBLIC AFFAIRS HANDOUT
Jan Wysocki 05:00 21.08.21

Zdjęcia, które przejdą do historii

P

P usta baza w Bagram, samolot pełen ludzi, ewakuacja amerykańskiej ambasady i zrywane bilbordy z wizerunkami kobiet. Zdjęcia z Afganistanu, które trafiają do sieci, stają się swego rodzaju ikonami. Pokazują, że kolejny rozdział w historii rozdartego wojną kraju się kończy, a nowy, nieznany, zaczyna na naszych oczach.

Reklama

Tak zwana "Wielka Gra" trwała przez większość XIX wieku. Była to rozgrywka pomiędzy Imperium Brytyjskim a Carską Rosją. Rywalizowały one o wpływy na Bliskim Wschodzie, w tym między innymi w Afganistanie. Mimo dwóch wojen, Brytyjczykom nigdy do końca nie udało się podporządkować Afganistanu. "Wielka Gra" oficjalnie zakończyła się porozumieniem brytyjsko-rosyjskim w 1907 roku. Również XX wiek odcisnął swoje piętno na tym górzystym państwie. W 1979 roku ZSRR interweniowało w Afganistanie i mimo dziesięciu lat wojny, nie przyniosła ona oczekiwanych celów stawianych przez ZSRR. Opuszczenie tego państwa przez Rosjan nie oznaczało zakończenia walk. Afganistan pogrążył się w wojnie domowej. Bojownicy walczyli między sobą, a następnie powstali przeciw talibom, którzy opanowali kraj. Ci, mimo że zostali pokonani w 2001 roku, nie złożyli broni i tym razem przez kolejnych 20 lat walczyli z Amerykanami i ich zachodnimi sojusznikami oraz siłami Islamskiej Republiki Afganistanu. Niekończące się pasmo wojen trwało łącznie 40 lat.

Najnowsze wydanie Tygodnika co sobotę w Twojej skrzynce. Zapisz się do newslettera >>

Reklama

Wycofanie wojsk USA i NATO było nieuniknione, a rozmowy pokojowe trwały od miesięcy. Prezydent Joe Biden do wyboru miał niewiele opcji, żeby nie powiedzieć wcale. Amerykańskie społeczeństwo miało dość 20-letniego konfliktu, który pochłonął ponad dwa tysiące ofiar wśród ich obywateli i miliardy dolarów. Zgodnie z umową, 11 września 2021 roku, w 20. rocznicę zamachu na World Trade Center, USA miało w pełni wycofać się z Afganistanu. Jednak prawdziwym symbolem wycofania się ich wojska były zdjęcia z opuszczonej bazy w Bagram. 


Baza lotnicza znajduje się o godzinę drogi od stolicy Afganistanu - Kabulu, i była jedną z największych baz sił międzynarodowych w tym kraju. Bagram było swego rodzaju symbolem dominacji USA nad Afganistanem. 2 lipca ostatnie siły amerykańskie opuściły bazę, przekazując ją, wraz ze sprzętem wartym miliard dolarów, armii afgańskiej. Jak się okazało, baza nie służyła jej zbyt na długo.

Afganistan 2021, Sajgon 1975

Postępująca błyskawicznie ofensywa talibów zaskoczyła wszystkich analityków. Co prawda większość doradców i raportów informowały, że rząd afgański się nie utrzyma, ale nikt się nie spodziewał, że upadnie tak szybko. To też wywołało panikę i masowe ucieczki w kierunku lotniska, zarówno pracowników ambasad, jak i zwykłych Afgańczyków. Obawiali się oni powrotu rządów talibów (1996-2001). 

Kraje zachodnie zaczęły ewakuację swoich obywateli i współpracowników. W sieci pojawiło się zdjęcie, które zaczęto porównywać z fotografią z Sajgonu z 1975 roku.

Fotografia przedstawia lądujący śmigłowiec chinook armii amerykańskiej na dachu ambasady USA w Kabulu. Zestawiono ją z łudząco podobnym zdjęciem z ewakuacji ambasady USA z Sajgonu. Wskazywano na panujący w obu przypadkach chaos, jak i na klęskę amerykańskich misji wojskowych, choć oczywiście, obie wojny różniły się od siebie diametralnie.

Uciekający prezydent

Gdy talibowie zdecydowali się wkroczyć do Kabulu, panika wybuchła ze zdwojoną siła. Prezydent Afganistanu Aszraf Ghani uciekł do Tadżykistanu, mimo że miał być częścią nowo utworzonego rządu. Ambasador Afganistanu w Tadżykistanie oskarżył go o to, że uciekając z Kabulu, zabrał ze sobą 169 mln dolarów. Ghani zaprzecza tym doniesieniom.

Tymczasem pałac prezydencki zajęli talibowie.

Prezydent USA Joe Biden w specjalnym orędziu komentującym wydarzenia w Afganistanie powiedział: "Amerykańskie wojska nie mogą i nie powinny walczyć w wojnie i umierać w wojnie, w której afgańskie wojska nie chcą walczyć".

Szturm na lotnisko

Panująca anarchia na ulicach miasta miała przesądzić o wkroczeniu talibów do Kabulu, wbrew wcześniejszym zapewnieniom, o chęci przejęcia władzy w sposób pokojowy. To doprowadziło do istnego szturmu mas Afgańczyków do jedynego miejsca ucieczki - lotniska. Media obiegły dramatyczne nagrania, jak ludzie próbują łapać się startującego samolotu. Co najmniej dwoje z nich spadło z dużej wysokości na dachy domów w Kabulu. Napór na lotnisko był tak duży, że na kilkanaście godzin został wstrzymany ruch do czasu, gdy udało się odgonić ludzi z pasu startowego.

Kolejnym symbolem dramatycznej ewakuacji stało się zdjęcie pokładu samolotu transportowego C-17A Globemaster, wypełnionego po brzegi ludźmi. Po zdemontowaniu foteli i pasów, na pokładzie zmieściło się 640 osób, mimo że maszyna przystosowana jest do przewozu 150 osób.

Początkowo media obiegła informacja, że samolotem leciało 800 osób. Takie szacunki mieli przez radio podać piloci maszyny. Później skorygował je urzędnik Pentagonu, przekazując, że na pokładzie było 640 ludzi.

Do transportu doszło w nocy z 15 na 16 sierpnia. Udało się przewieźć aż tyle osób, ponieważ samolot wystartował przy minimalnej zawartości paliwa. W tym czasie nad Kabulem latały cysterny KC-135R. W takiej sytuacji samolot transportowy może podczas startu zabrać mniej paliwa, ale więcej ładunku. Dotankowanie na dalszy lot nastąpiło wkrótce po starcie.

Dwa oblicza zdjęcia

Zaledwie dzień po zajęciu Kabulu w mediach społecznościowych viralem stała się zbitka zdjęć amerykańskiej dziennikarki Clarissy Ward. Na jednym jest w hidżabie, na drugim bez. Na pierwszym nagrywała relację na żywo z balkonu hotelu. Drugie przedstawia jej relację z ulic Kabulu. Zestawienie tych dwóch fotografii miało pokazać błyskawiczną zmianę, jaka miała nastąpić w państwie zajętym przez talibów. Problem w tym, że była to manipulacja, którą sprostowała sama dziennikarka. Otóż Clarissa Ward zawsze w Afganistanie poruszała się w hidżabie, a tamto nagranie odbywało się z balkonu hotelu.

Nie oznacza to, że zmiana nie nastąpiła. Talibowie zapewniają, że rola kobiet będzie silna, jednak te są, delikatnie mówią, raczej sceptycznie nastawione do tych deklaracji. Zwłaszcza że zapewnienia te kłócą się z zamiarem wprowadzenia prawa opartego na szariacie, które samo w sobie jest już silnie patriarchalne. Kiedy talibowie rządzili w latach 1996-2001, kobiety musiały nosić burki, wyjść z domu mogły tylko z męskim krewnym. Dziewczęta nie mogły uczęszczać do szkół, kobiety pracować poza domem.

Dwa dni po zdobyciu Kabulu mała grupka kobiet wyszła na ulice, by zaprotestować przeciw władzy talibów. Był to akt czysto symboliczny, jednak pokazał on nastroje panujące wśród pań w Afganistanie.

Tymczasem w Kabulu talibowie niszczą wizerunki kobiet w przestrzeni publicznej. Reklamy i bilbordy są zamalowywane i zrywane. 

Przełomowa konferencja

17 sierpnia w zajętym pałacu prezydenckim odbyła się konferencja prasowa. Talibowie za wszelką cenę chcieli ocieplić swój wizerunek, pokazać, że się zmienili, a cały świat doznał dysonansu poznawczego. Otóż talibowie, którzy jeszcze 20 lat temu, gdy rządzili, zakazywali posiadania telewizji, teraz na konferencji mówili o wolności słowa, mediach i tworzeniu biznesów. Zabihullah Mudżahid, rzecznik talibów, zapewniał, że rola kobiet będzie ważna i będą mogły one się uczyć i pracować jak do tej pory. 


Cały czas jednak podkreślano, że nowy Islamski Emirat Afganistanu będzie opierać się na fundamentalistycznym prawie szariatu.

Deklaracje talibanu są wciąż mgliste, ale wyciągnęli oni wnioski z porażki z 2001 roku. "Taliban 2.0" chce zostać uznany, dlatego przynajmniej deklaratywnie musi pokazać, że się zmienił. 

Koniec wojny?

Syn słynnego lwa z Pandżisziru - Ahmad Massoud oraz wiceprezydent Afganistanu - Amrullah Saleh, który uciekł na tereny kontrolowane przez mudżahedinów, zapowiedzieli kontynuację oporu przeciwko talibom. Miejscem, gdzie ma odbywać się obrona, jest dolina Pandższiru oddalona 150 km od Kabulu. To właśnie tam ojciec Massouda przez lata walczył najpierw z radzieckimi żołnierzami, a potem z talibami. Młody Massoud chce iść w jego ślady i razem z Salehem zamienić dolinę Pandższiru w twierdzę. Ściągane są tam pozostałości armii afgańskiej, które gotowe są podjąć walkę.

Najnowsze wydanie Tygodnika co sobotę w Twojej skrzynce. Zapisz się do newslettera >>

Marcin Ogdowski, były korespondent wojenny, a obecnie publicysta tygodnika "Przegląd", uważa, że jest to niemożliwe.

- Ahmad Massoud nie ma takiej charyzmy jak jego ojciec. O ile nie podejrzewam, że sama deklaracja jest tylko czystym PR, który ma za zadanie ugrać jakieś ustępstwa polityczne od talibów, to też nie podejrzewam, by sami talibowie traktowali to poważnie - ocenia. Poparcie wiceprezydenta Afganistanu co prawda legitymizuje w jakimś stopniu słowa Massouda, gdyż według konstytucji to on jest legalnym sukcesorem władzy po ucieczce Asrzrafana Ghaniego.

Jednak według Ogdowskiego "rząd afgański nie stworzył przestrzeni, by traktować ich poważnie". - Dezercja armii i oddanie ogromnych połaci kraju bez walki tylko kompromituje rząd i ludzi z nimi związanych - dodał reporter. 

- Mudżahedini z Doliny Pandższiru, mimo że znani z waleczności, nie mają ani wystarczającej ilości broni, zapasów, ani ludzi, by móc mierzyć się z potencjałem talibów, którzy dodatkowo zdobyli ogromne ilości sprzętu na armii rządowej. Ahmad Massoud bez wsparcia z zewnątrz nie miałby szans z talibami i obie strony o tym wiedzą - stwierdził Ogdowski. Według niego, nawet ludy niepałające miłością do talibów, które kiedyś wchodziły w skład sojuszu północnego (antytalibski), dowodzonego przez ojca Massouda, muszą kalkulować na chłodno.

- Chazarowie, Uzbecy zamieszkujący północne tereny kraju wiedzą, że talibowie są bezsporną, główną siłą i nie ma kto ich wspierać. Talibowie się zmienili przynajmniej w sposób deklaratywny i najprawdopodobniej dogadają się z ludami mniej im przychylnymi.

- Jestem zaskoczony tym, co mówią talibowie, jednak jak spojrzy się na to, co mówili w latach 90., to wtedy też "czarowali", chcąc zdobyć przychylność ludu - ocenia reporter. Ogdowski nie uważa, że reżim, który wprowadzą będzie taki, jak ten przed 2001 rokiem, ale też nie będzie on taki, jak talibowie deklarują w swoich przemówieniach.

- Przywódcy talibów z 2001 w większości nie żyją, a obecni, młodsi, wiedzą, że trzeba zmienić podejście. Wszystko też zależy od tego, czy przywódcom uda się zapanować nad lokalnymi komendantami, a wiemy, że mają już miejsce zbrodnie, choć na razie nie na masową skalę - podsumowuje Ogdowski.