"Do mnie to nie dociera" - powiedział, witając się ze mną, menedżer jednego z klubów, gdzie Urbaniak przychodził posłuchać innych artystów. Miał okazję zaglądać w jego oczy nie tylko, gdy rozmawiali, ale także poprzez obiektyw swojego polaroida. Oglądamy zdjęcie ledwie sprzed miesiąca, na którym uśmiechnięty Michał - bo tak zwracali się do niego znajomi - pozuje z Adrianem Youngiem i muzykami swojego zespołu. Patrzymy na puste miejsce przy stoliku, gdzie siadywał.
Pomyślałem wtedy, że dobrze będzie oddać głos ludziom, którzy w ostatnich latach aktywnie pracowali z Urbaniakiem. Marek Pędziwiatr, znany jako "Latarnik", to kompozytor, aranżer i muzyk związany z formacjami EABS i Błoto. Drugą postacią jest trójmiejski artysta, Jakub Janik "Expo 2000" - producent muzyczny, który szerszej publiczności dał się poznać jako beatmaker. Pytam ich o to, jak poznali autora albumu "Ecstasy", jak wyglądała ich wspólna droga i co po sobie zostawił.
Rozmawiamy w niedzielę, 21 grudnia. Dzień po tym, gdy dotarła do nas wiadomość, że odszedł Michał Urbaniak. W mediach społecznościowych napisałeś: "Mieliśmy się widzieć w styczniu... żegnaj, Michaś". Mimo jego problemów ze zdrowiem mieliście jeszcze wspólne plany muzyczne?
Marek Pędziwiatr: Dostałem zaproszenie od Dosi (żony Urbaniaka - przyp. red.) na urodziny Michała. Miała to być dla niego niespodzianka. Plany muzyczne Michał miał zawsze, patrzył nieustannie w przyszłość, miał piękne wizje. Być może, gdybyśmy się zobaczyli, to byśmy coś wymyślili.
Expo 2000: Ja w weekend wystawiałem się z płytami na przedświątecznych targach na 100czni w Gdańsku. Wracając z nich w sobotę wieczorem, zaparkowałem pod sklepem, żeby zrobić zakupy. W tym momencie dostałem wiadomość o śmierci Michała, przekazał mi ją Kuba Kozak, za pośrednictwem którego się zresztą poznaliśmy.
I jaka była Twoja pierwsza myśl?
Expo 2000: Wtedy nie było żadnej myśli, tylko natychmiastowa reakcja organizmu. Po prostu się rozpłakałem. Myśli przyszły dopiero później, nie mogłem spać i wspominałem. Niedziela na targach była dramatyczna. Spóźniłem się kilka godzin, pod koniec jednak wystawiliśmy gramofony, puściłem kilka numerów i trochę odpuściło.
Kiedy zetknąłeś się z jego muzyką?
Expo 2000: To była w moim przypadku inżynieria wsteczna. Pierwszy raz usłyszałem jego muzykę na albumie Paul’s Boutique od Beastie Boys, w utworze Car Thief. To był kolaż kilku funkowych utworów, ale jego motyw przewodni opierał się o sample z Rien Ne Va Plus formacji Funk Factory, którą dowodził Urbaniak. Miałem wtedy 15 lat i nawet nie będę udawał, że mnie obchodził jakiś jazz. Świadomy kontakt z jego muzyką przyszedł dużo później. Jazzu za to od zawsze słucha mój ojciec, który pewnego dnia wrócił z przejażdżki rowerowej i opowiedział mi, że spotkał Urbaniaka w abstrakcyjnej sytuacji pod sklepem przy ulicy Elbląskiej w Gdańsku. To była zabawna historia, niestety przytoczenie jej szczegółów nie nadaje się do publikacji w tych przykrych okolicznościach.
Gdy napisałem do Ciebie, powiedziałeś, że masz jeszcze od niego kilka nieodczytanych wiadomości. Jak wyglądała wasza relacja?
Expo 2000: Słuchając opowieści ojca, nawet nie przyszło mi do głowy, że kiedyś się z nim spotkam. No i nagle się poznaliśmy, znajomość ta trwała zaledwie trzy lata. Czasami była bardzo intensywna, innym razem się rozjeżdżała. Poza utworem "Fresh Air" mieliśmy kilka rozgrzebanych tematów. Robiłem dla niego projekty merchu i okładek do reedycji płyt. Zaprosił mnie do przeprowadzenia warsztatów beatowych na kolejnej edycji Urbanator Days, która się ostatecznie nie odbyła. Kontakt z Michałem był dosyć chaotyczny. Między ważne ustalenia wplatał dziesiątki emotikonek i czerstwe memy. To było strasznie urocze. Spotykaliśmy się poza pracą w studio, on był u mnie w mieszkaniu w Gdańsku, ja odwiedzałem go w Warszawie. Zaprosiłem go na ślub, niestety nie dał rady dojechać. Michał do samego końca żył muzyką i pracą nad nią, przesyłał mi projekty i pytał, nad czym pracuję. Został nam jeden niewydany utwór.
"Fresh Air", który razem zrobiliście, narodził się z wzięcia na warsztat utworu "A Day In The Park" Urbaniaka. Dogrywał też do Twoich sampli partie saksofonu. Jak wyglądała praca nad tymi produkcjami? Dlaczego właśnie ten utwór?
Expo 2000: Na początku współpracy z Michałem wziąłem na warsztat kilka jego utworów, szukałem niuansów, krótkich próbek, chciałem zrobić coś abstrakcyjnego. Staram się używać sampli w taki sposób, żeby nie dało się łatwo rozpoznać materiału źródłowego. Nie kręci mnie proste podkładanie bębnów pod ukradzione cztery takty. Ale potem dotarło do mnie, że trzeba wyluzować, że jesteśmy w zupełnie innej sytuacji, gdzie robimy to oficjalnie i nie ma żadnych ograniczeń natury prawnej. Trafiłem na "A Day In The Park" i postawiłem na ekspozycję wykorzystanego motywu. Pracowałem w domu na samplerze SP-12 Turbo i przywoziłem materiał do studia Piotra Prońko w Gdyni. Nafaszerowane analogową garmażerką, stało się ono bazą dla tego projektu. Piotr od lat przyjaźnił się z Michałem, wszyscy rozmawialiśmy jednym językiem. Drażniła mnie jedna mała rzecz. Znalazłem na YouTube pochodzący sprzed 13 lat beat Madliba zatytułowany "What A Day", bazujący na tym samym utworze. Michał wspominał, że kontaktował się z nim publishing Tylera The Creatora w sprawie clearingu sampli na jego album. No i gdy numer Tylera został wydany, przyszedł dla mnie największy kryzys, bo okazało się, że został nagrany właśnie na tym starym beacie Madliba. Zastanawiałem się, czy kończyć swoją wersję, ale Michał powiedział, żeby robić. On miał jakąś wyjątkową łatwość w odwodzeniu mnie od wszelkich wątpliwości. Zwieńczeniem pracy była rejestracja wokali i partii Michała na saksofonie sopranowym. Zrobiliśmy to na jednej sesji. Michał wykonał trzy podejścia, finalnie wykorzystaliśmy drugi take. Cieszę się, że to zauważyłeś, że "Fresh Air" nie bazuje tylko na samplach. Michał miał spory wkład w kształtowanie tego numeru. Ja już niestety zdążyłem się spotkać z dyskredytowaniem tego.
Z kolei wasza wspólna droga zaczęła się od pracy nad utworem "Free Witch And No Bra Queen / Sult" z płyty-hołdu dla Krzysztofa Komedy. Jak doszło do tego spotkania?
Marek Pędziwiatr: Michał, oprócz rapu, miał wielką słabość do damskich wokali. Kiedyś usłyszał o ogromnym talencie Patrycji Zarychty, z którą niegdyś studiowałem w Katowicach. Patrycja pewnego dnia zadzwoniła do mnie z pytaniem, czy nie zechciałbym zostać producentem jej płyty. Był to rok, bodajże, 2015. Bardzo zaciekawiła mnie informacja, że spotkała się z Urbaniakiem i on dał jej zielone światło na przearanżowanie kilku jego utworów instrumentalnych na piosenki. Zgodziłem się na to wyzwanie z czystej sympatii do mojego winylowego bohatera, nie zastanawiając się wtedy nad tym, czy Michał to kiedykolwiek usłyszy, czy nie. Kiedy zaaranżowałem i wysłałem Patrycji pierwszy utwór - "Kobieta (Paris Groove)" - po kilku dniach dostałem telefon. Kiedy odebrałem, usłyszałem jakiś znajomy głos, który krzyczy do mnie:
- "Skąd ty się k... wziąłeś?!"
- A kto mówi?
- Michał Urbaniak.
- Dzień dobry, Panie Michale, bardzo mi miło!
- Jaki Panie? Michał jestem!
Czułem wtedy, jak mi wyrosły skrzydła. Kolejny cios, jaki pamiętam, to ten, gdy Michał dograł do tego samego utworu swoje solo na skrzypcach. Kiedy to usłyszałem, popłakałem się. Od tamtej pory byłem częstym gościem w jego studiu i pełnym ciepła domu. Mam wrażenie, że wyciągałem go wtedy z trudnego czasu. I tak jak on dał mi skrzydła, tak dostawał je ode mnie. Zaczęliśmy współpracować bardzo intensywnie. Stąd też wspomniana przez Ciebie obecność Michała na pierwszej płycie EABS. Jest to jeden z wyników naszej przyjaźni i tych spotkań.
Wasze spotkanie Jakub, również szybko przełożyło się na konkrety.
Expo 2000: Historia jest nieprawdopodobna. Wspomniany wcześniej Kuba Kozak szperał w płytach w jednym z gdyńskich sklepów muzycznych. Właściciel skojarzył go ze współpracy z Belmondem. Powiedział Kubie, że była tu wcześniej znajoma Michała Urbaniaka i że szukają do nas kontaktu. Kozak zadzwonił na podany numer i wszystko wskazywało na to, że to nie są bajki. Umówiliśmy się na spotkanie, zaproponowałem kawiarnię przy ówczesnym pawilonie Muzeum Sztuki Nowoczesnej nad Wisłą w Warszawie. Stawiliśmy się tam z Kubą i Tytusem, po jakimś czasie pojawił się Michał z Dorotą. Oczywiście na początku był to Pan Michał, ale ta bariera została bardzo szybko przełamana. Powymienialiśmy się płytami i kasetami, a jak Michał zaczął opowiadać o sprzęcie i o samplerze Ensoniq, to już byłem przekonany, że się rozumiemy i że coś wyjdzie z tej współpracy. Pamiętam konkretną datę, bo spotkanie wypadło w moje urodziny, dobrze się to wspomina.
Amerykańska dusza i słowiańska melancholia
Urbanator przez całe życie uciekał od polskiej "szarości" w stronę neonu Nowego Jorku. Ty, wraz ze swoimi kolegami z zespołów, grzebiecie w szarości i "słowiańskim mroku" z premedytacją. Czy kiedy spotkaliście się muzycznie, czułeś, że on rozumie waszą potrzebę powrotu do korzeni, od których on sam uciekł w latach 70.?
Marek Pędziwiatr: Sądzę, że Michał w pewien sposób uciekał w bycie amerykańskim, ale to wcale nie zabiło jego słowiańskiej duszy i tej naszej melancholii. Czuć to w niemal każdym jego dźwięku. Sam go kiedyś zapytałem, o co według niego chodzi z tą "słowiańską melancholią" w muzyce. Odpowiedział mi, że są tonacje molowe (te smutne) i durowe (te wesołe). Polak, nawet jak gra w tych durowych, to czuć smutek. W tej odpowiedzi nie czułem ironii. On po prostu to miał. Ten jego "w pełnej skali" spełniony amerykański sen też był i naszym snem. Był spełnieniem naszych niedoścignionych marzeń.
Urbaniak dojrzewał w Polsce komunistycznej. Ty Jakub na przełomie wieków, z MTV i rodzącą się w Polsce dziwną formą kapitalizmu. Ile rozumiałeś z jego muzyki instynktownie, a ile musiałeś sobie uświadomić?
Expo 2000: Co do tych różnych realiów, w których dorastaliśmy - uważam, że to zestawienie komunistycznej Polski i MTV jest w jego przypadku nie do końca trafne. Urbaniak nigdy nie ukrywał tego, że jego rodzina dysponowała majątkiem, co stwarzało mu większe możliwości - szanuję to podejście, bo resortowe dzieciaki z mojego pokolenia często nie są w stanie się do tego przyznać i udają inne postacie. Niedługo po ukończeniu szkoły wyższej koncertował w Europie, później wyjechał do Szwecji, a w wieku 30 lat przeniósł się na lata do USA. Na bank doświadczał absurdów ówczesnego systemu politycznego panującego w Polsce, jednak na innych płaszczyznach niż przeciętny pracownik fabryki. Urbaniak, mieszkając w Nowym Jorku, był naocznym świadkiem powstawania rapu w złotej erze. Był z nim związany zarówno jako dawca sampli, jak i wykonawca z projektem Urbanator. Sąsiadował ze studiem A Tribe Called Quest, znał się z Lauryn Hill. Łączyło nas przez to sporo tematów, o których nie miałbym jak porozmawiać z przeciętnym osiemdziesięciolatkiem z Polski. Różnica wieku nie stanowiła żadnej bariery w komunikacji, stawała się ona niestety czytelna w momentach, kiedy dawały się we znaki problemy zdrowotne.
Powtarzał, że w jazzie najważniejszy jest "drive" i energia, która ma porywać tłumy. Jak pracowało się z nim w studio, a jaki był na scenie?
Marek Pędziwiatr: W studio było zawsze dużo chaosu, ale też i duże zaufanie do tego, co robię. Najbardziej lubiłem obserwować, jak Michał nagrywa swoje partie na skrzypcach. Nawet w ostatnich momentach, kiedy go już bardzo fizycznie bolało, kiedy grał, to każdy dźwięk był jak strzała w serce. Natomiast na scenie to zawsze było tak, jakby Michasiowi odjęło co najmniej 20 lat. Kochałem z nim grać, to był odlotowy gość.
Kiedy graliście razem, gdzie spotykały się wasze wrażliwości, a kiedy rozjeżdżały tak, że czułeś, iż to bardziej sztuka kompromisu i słuchania?
Marek Pędziwiatr: Z racji tego, że z hip-hopu jestem niemalże od urodzenia i jestem w tym temacie wybredny, to nie zawsze przypadała mi do gustu Michała nonszalancja co do doboru raperów. Wychodziłem z założenia, że czasami może być bardziej hip-hopowo bez raperów niż z nimi. Michał to rozumiał, ale i tak robił swoje. Zawsze tłumaczyłem sobie, że on ich wszystkich kochał i nie mogłem mu tego odebrać.
No właśnie, gdy z nim grałeś, czułeś, że to "ten" Urbaniak, czy nie odczuwałeś ciężaru jego wielkości?
Marek Pędziwiatr: Gdybym traktował moich partnerów muzycznych jak nadludzi, chyba umarłbym ze stresu. W pracy z takimi ikonami staram się skupić na tym, że mam do czynienia z wybitnie utalentowanym, inspirującym człowiekiem, a nie bogiem. Michał też nigdy nie stwarzał takiej atmosfery wokół siebie. Dobrze się przy nim czułem.
Zimą 2022 roku byłem na koncercie w Gdyni. Występowałeś tam jako DJ razem z Belmondo. Kątem oka zauważyłem, że z boku sceny przysłuchuje się waszemu występowi Urbaniak. Prosiliście, żeby zrobić dla niego hałas. Potem widziałem go z wami na backstage’u. Potrafił być słuchaczem?
Expo 2000: Koncerty w Gdyni, w których brał udział Michał, były dwa. Pierwszy w grudniu 2022 roku, wtedy słuchał występu z zaplecza. Nie pamiętam, czy wtedy ujawniliśmy jego obecność, pamiętam za to jego komentarz: "Chłopaki, ale wy napierdalacie!". Ten tekst dobrze oddaje jego bezpośredniość w relacjach prywatnych. Schodząc ze sceny przed bisem, puściłem "A Day In The Park", podbiłem do Michała i powiedziałem, żeby posłuchał, co leci. Na backstage’u było już sporo ludzi, przez ten gwar miał problem z identyfikacją utworu, ale kiedy zaskoczył, jego twarz momentalnie nabrała wyrazu rozmarzonego dziecka. Tego samego wieczoru pokazywałem mu pierwsze demówki beatu do "Fresh Air". Kolejny koncert odbył się dokładnie po roku, wtedy byliśmy już po premierze singla i na tym wydarzeniu Michał wystąpił z nami. Mam z tego wieczoru niestety bardzo złe wspomnienie, zależało mi, żeby jego wyjście na scenę przebiegło sprawnie i bez jakichkolwiek komplikacji. Niestety, obsługujący nas dźwiękowiec podszedł do sprawy po macoszemu, mimo wyraźnych instrukcji, jak ma zostać przeprowadzona ta akcja. Osoba odpowiedzialna za mikrofon saksofonowy i odprowadzenie go na scenę nie przyszła go podłączyć, bo przyjmowała kurtki w szatni. Udało się ostatecznie opanować sytuację, ale kosztowało to sporo stresu i do tej pory nie mogę pojąć, jak można było się tak ignorancko zachować wobec niego.
Jarać się sobą
W czerwcu 2025 roku, na Wyspie Słodowej, stanęliście na scenie w trójkącie: Ty, Brian Jackson - ojciec chrzestny neo-soulu - i Michał Urbaniak. Jak wspominasz tę chwilę?
Marek Pędziwiatr: Było to chyba najbardziej ikoniczne spotkanie, w jakim dane mi było brać udział. O spotkaniu Michała z Gil Scottem-Heronem i Brianem Jacksonem (moimi życiowymi inspiracjami) dowiedziałem się przez przypadek od Michała podczas okładkowego wywiadu, który przeprowadzałem dla "Jazz Forum". Okazało się, że Michał przeciął się z nimi na festiwalu, kiedy wydawali w latach 70. w tej samej amerykańskiej wytwórni Arista. Z kolei w dzień pierwszego koncertu Briana z EABS w Warszawie, przypominając mu o Michale, wyciągnął z pamięci scenę, jak lecieli prywatnym samolotem na festiwal w Nowym Jorku. Na pokładzie byli sami artyści Aristy, między innymi Brecker Brothers czy Anthony Jackson. Był też Michał i, jak wspomniał, lekko wystraszona Ula Dudziak. Było piękne widzieć Michała i Briana na scenie. Brian napisał do mnie, że właśnie dowiedział się o odejściu Michała. Podziękował nam, że daliśmy mu szansę połączyć się z nim ten ostatni raz.
W kosmologii Michała Urbaniaka wszystko było "fusion" - połączeniem atomów, stylów, ludzi. Teraz, gdy ta centralna gwiazda zgasła, co zostaje?
Marek Pędziwiatr: Dokładnie, Michał potrafił tak samo przyciągać do siebie ludzi, jak i style. Był też dobrym i szczerym przyjacielem, z którym mogłem spędzić cały dzień, porozmawiać o życiu, iść na basen czy pojechać na targ nowinek technologicznych. Bardzo mi przykro, że go już z nami nie ma. Cieszę się, że mogłem go poznać i współdzielić z nim dźwięki.
Wspomniałeś kiedyś w jednej z rozmów, że muzyka jest medium, a muzyk tylko "anteną". Urbaniak był potężnym nadajnikiem - głośnym, kolorowym, ekstrawertycznym. Ty wydajesz się szukać ciszy. Czy po jego odejściu czujesz, że w polskim jazzie zrobiło się miejsce, które trzeba wypełnić, czy wręcz przeciwnie - że teraz wreszcie będziemy mogli usłyszeć to, co przesłaniała jego osobowość?
Marek Pędziwiatr: Jego osobowość nigdy niczego nie przysłaniała. On zawsze dawał miejsce, wspierając młodych artystów czynem albo dobrym słowem. Poszukiwał prawdy i popierał prawdę. Wzruszał się, wspominając przeszłość, pękał z dumy, kiedy mógł współpracować z młodymi i robić coś świeżego. To była jego najlepsza cecha. Chciałbym też iść tą drogą w moim życiu.
A co Urbaniak zostawił Tobie? Nie jako sample i muzykę, ale jako myśl o tym, co jest możliwe w muzyce i jak z nią obcować?
Expo 2000: W tym momencie trudno mi jest to sprecyzować do jakichś konkretnych, pojedynczych myśli czy idei, raczej skupiłbym się na czerpaniu z całokształtu. W Michale nie było żadnej udawanej skromności, on doskonale zdawał sobie sprawę ze swoich dokonań i dosłownie jarał się sobą.