Ale to roślinna ma być tania czy zwierzęca droga?
- To jest jednoczesny proces. Musimy doprowadzić do sytuacji, gdy to, co zdrowe, jest dostępne dla każdego i każdej, a to, co szkodzi ludziom i planecie przestaje być dostępne.
I nie myśli pani o tym, że swoją postawą zraża do weganizmu?
- Jak popatrzymy na historię ważnych zmian społecznych, to zawsze pojawiały się jednostki, które głosiły radykalne poglądy i były oskarżane, że w ten sposób zrażają do zmian. Kiedy pojawiły się pierwsze sufrażystki, ludziom nie mieściło się w głowach, że kobiety mogą mieć prawo do pracy, prawa wyborcze i jeszcze studiować. Elizabeth Jennings Graham, Irene Morgan, Rosę Parks też oskarżano, że szkodzą.
Odważne porównanie. Tylko pani jest dziś polityczną outsiderką.
- Moja sytuacja jest oczywiście o niebo lepsza niż pierwszych sufrażystek czy abolicjonistek. Poza tym wspiera mnie mój think-tank Green REV Institute oraz wiele aktywistów i aktywistek. Do poszerzania granic debaty wystarczy jedna osoba. Daję do tego moją twarz. Chcę, żeby politycy i polityczki czuli się wywołani do odpowiedzi i zaczęli zajmować stanowisko w kwestii praw zwierząt. I chyba całkiem dobrze mi to wychodzi. Ale mówię również do ludzi, którzy podzielają moje poglądy: policzmy się i zacznijmy działać razem.
To oni liczą się, gdzie indziej.
- Patrzę na to, co robią aktywistki i aktywiści prawnozwierzęcy i nie chcę ich zawieść, chcę ich wspierać, chcę być ich głosem w polityce. Przekonuję ich też do wchodzenia do polityki. Partia Razem czy Lewica nie są dla nich wiarygodne, bo nie mają odwagi postawić się mięsnemu lobby. Zieloni, którzy mówią jedynie o dobrostanie, ich rozczarowują. Dlatego cały czas namawiam Zielonych do przyjęcia wyrazistego stanowiska.
Czy pani nie jest przypadkiem w Zielonych?
- Jestem członkinią frakcji Zielonych w Parlamencie Europejskim. A z Zielonymi w Polsce wiele nas łączy, jest tam wiele wspaniałych osób, ale nadal dzieli nas Platforma Obywatelska. Nie mogłabym być w koalicji z partią, która przez lata koniunkturalnie zamiatała pod dywan prawa kobiet, prawa osób LGBTIQ czy prawa zwierząt.
To, co mówię, nie jest nawet niczym oryginalnym, ale problem w tym, że nikt nie słucha ludzi nauki oraz aktywistów i aktywistek. Darek Gzyra, który zakładał "Empatię", mówił o weganizmie ponad 20 lat temu. Karolina Kuszlewicz od ponad 10 lat mówi w sądach o prawach ryb. To nie jest nic nowego. Jak weszłam do polityki okazało się, że mogę głośniej mówić o tych rzeczach tak, że docierają one do mainstreamu.
Nie twierdzę, że to jest coś nowego, tylko zastanawiam się, na ile w takiej formie nie jest to kontrskuteczne.
- Przesuwanie granic debaty jest konieczne. Chodzi o przyszłość, prawa człowieka, prawa zwierząt, o całą planetę. Politycy nie są tylko od sprawowania władzy, tylko od wyznaczania trendów, od systemowej zmiany. Ja mówię do nich: odwagi. Robię to, bo my w ogóle nie rozmawiamy o mięsie, o hodowli zwierząt, o tykającej bombie, jaką jest współczesne rolnictwo.
Wszyscy o tym rozmawiają. Są dokumenty, książki...
- Tym problemem nadal zajmuje się garstka ludzi na uczelniach i niewielka grupa organizacji pozarządowych. Wiele osób nie ma dostępu do tej wiedzy.
To jak się ich zacznie zmuszać, to będą mieć zupełnie inne refleksje niż pani chce.
- Nagłaśniam raporty naukowe, wspieram kampanie społeczne. Chcę im umożliwić podejmowanie świadomych wyborów.
Poprzez opodatkowanie mięsa.
- Dzisiaj Polki i Polacy są codziennie bombardowani propagandą mięsnego lobby, finansowaną z naszych podatków. Powiedzmy sobie szczerze - system nie działa, polityka nie działa, nie chroni ludzi. W ostatecznym dokumencie porozumienia COP26 nie ma rozstrzygnięć dotyczących mięsa, rolnictwa i związanych z nimi zmian klimatycznych. Cały COP to była strata publicznych pieniędzy i czasu.
Docelowo trzeba wywalić w ogóle mięso z diety wszystkich?
- Ten sam argument słyszały osoby, które walczyły w XIX wieku o prawa wyborcze kobiet.
Wiele osób słyszało ten argument: jedni słusznie, a drudzy nie.
- Mamy wiedzę o emisjach, metanie, amoniaku, o jakości życia ludzi mieszkających w sąsiedztwie ferm. Od lat medycyna alarmuje o korelacji tych produktów z nowotworami, chorobami krążenia i cukrzycą typu 2. Światowa Organizacja Zdrowia umieściła mięso czerwone i przetworzone na liście substancji tak samo szkodliwych, jak tytoń i azbest.
Nawet Światowa Organizacja Zdrowia zaleca zróżnicowaną dietę, a nie całkowitą rezygnację z mięsa. Zresztą tu chodzi o faszerowanie tego mięsa antybiotykami i "polepszaczami". Przede wszystkim, to powinno się zmienić.
- Łączę kropki między różnymi raportami i obszarami życia. I uważam, że problem produkcji i konsumpcji mięsa, mleka i jaj jest jednym z największych problemów społecznych, politycznych i gospodarczych. Niszczy środowisko, powoduje katastrofę klimatyczną, zużycie wody, degradację bioróżnorodności, antybiotykoodporność, śmierć miliardów zwierząt. W mojej wizji przyszłości nie ma miejsca na jakiekolwiek wykorzystywanie zwierząt. Dlaczego mielibyśmy to robić? Czy dlatego, że się umówiliśmy, że jedne kochamy, a drugie zjadamy?
To może wyjaśnijmy jeszcze, co to jest wykorzystywanie zwierząt. Ostatnio usunięto jazdę konną z pięcioboju nowoczesnego. To jest dobry kierunek?
- Jestem przeciwko wykorzystywaniu zwierząt do czegokolwiek: sportu, rozrywki, badań i testów.
Czyli jeździectwo powinno zniknąć?
Znam ludzi, którzy kochają konie, dbają o nie od rana do wieczora i poświęcają im całe dnie. To jest wykorzystywanie tych zwierząt?
- Mam wrażenie, że wszystko, co powiem, otwiera w mózgu przegródkę: przesada.
- Jeszcze w 2015 roku byłam wegetarianką i nie miałam żadnych refleksji na temat wykorzystywania zwierząt przy produkcji mleka. Włączyłam myślenie. Kochamy zwierzęta? My nawet nazywamy grupy zwierząt w zależności od tego, jaką pełnią dla nas funkcję, do czego ich używamy.
Słyszała pani o hipoterapii? O tym, jak jazda na koniu pomaga niepełnosprawnym dzieciom? Jak kontakt ze zwierzętami pomaga im się rozwijać. To są rzeczy udowodnione naukowo. Byłem świadkiem takich zajęć i to jest genialna, piękna sprawa. Zabraniamy?
- W jeździe konnej, w sporcie, nie ma relacji i więzi. Tu jest eksploatacja. Mówią o tym również same zawodniczki i zawodnicy.
Nie znam takich zawodników. Znam takich, którzy mają nieprawdopodobną więź z koniem i potrafią oddać ostatnie pieniądze, by go leczyć.
- Czytałam opinie ludzi tej dyscypliny. Mówią, że konie zostały w tym wszystkim sprowadzone do przedmiotu, że są traktowane jak sprzęt sportowy.
Co ze szczurami laboratoryjnymi?
- Niech naukowcy powiedzą, ile było przełomów w medycynie dzięki tym badaniom.
Czyli mamy testować na ludziach?
- Dysponujemy alternatywnymi metodami, ale wielu nie chce się na nie przestawić. Liczby zwierząt wykorzystywanych do badań i testów, ich cierpienia i śmierci nie da się logicznie usprawiedliwić wynikami badań. I testujemy leki na ludziach. Po etapie testów na zwierzętach musimy wejść w etap badań klinicznych i okazuje się, że te leki nie działają lub szkodzą.
I setki przypadków, gdy jest inaczej. Dlatego odbywają się takie testy.
- Nieproporcjonalnie mało. Gdybyśmy rozwijali alternatywne metody, to bylibyśmy na zupełnie innym etapie rozwoju medycyny. Niestety większość ludzi trzyma się kurczowo starych badań, bo na to są granty, a politycy boją się proponować zmiany. Kto na tym korzysta?
Sprawdźmy, czy nie dochodzi gdzieś do jakichś patologii, ale możemy chyba przyjąć, że naukowcy nie są psychopatami, którzy czerpią radość z cierpienia zwierząt i sprawdzają tam, gdzie muszą. Natomiast dochodzimy do filozoficznego sedna problemu: czy życie zwierząt i człowieka waży tyle samo?
- A dlaczego nie? Kto nam dał prawo do decydowania o tym?