Jest zaprzeczeniem aktorstwa, jakie uprawiają najbardziej utytułowani artyści minionego wieku: Marlon Brando, Jack Nicholson, Daniel Day-Lewis. Podczas gdy oni - zwolennicy "metody", dążą do tego, by całkowicie utożsamić się z rolą i "zniknąć" za postacią, John Malkovich robi dokładnie odwrotnie. Z setek kompletnie różnych ról, które zagrał, zawsze przebija jego enigmatyczna i zarazem magnetyczna osobowość. To nie przypadek, że legendarny scenarzysta, Charlie Kaufman właśnie jego wybrał na bohatera filmu, w którym główny aktor nie tylko gra samego siebie, ale też wszyscy chcą nim być. Mowa oczywiście o "Być jak John Malkovich", przedniej zabawie, w której odkrywamy tunel wiodący wprost do…głowy Malkovicha. On sam gra tu przerysowaną, zagubioną wersję samego siebie, a twórcy bezlitośnie ogrywają jego status "aktorskiego dziwaka" i zarazem ikony.
Trzeba wielkiego dystansu do siebie, by zgodzić się na taki film. Aktorzy często miewają wielkie ego, (ktoś wyobraża sobie w takiej roli takiego Nicholsona?), ale to nie przypadek Malkovicha. Jego film ubawił, a oryginalnym przedłużeniem produkcji był kolejny pomysł - sesja zdjęciowa, autorstwa amerykańskiego fotografa, Sandro Millera. Wychodząc od kultowej sceny filmu, w której aktor przechodzi przez tunel do własnego umysłu i znajduje się w świecie, gdzie wszyscy wyglądają jak on, stworzył projekt "Malkovich, Malkovich: Hołd dla mistrzów fotografii". Aktor odtwarza w nim ikoniczne portrety XX wieku, pojawiając się wystylizowany na takie legendy jak Albert Einstein, Che Guevara, John Lennon czy nawet Marilyn Monroe. I znów trafiamy w samo sedno jego aktorstwa - Malkovich staje się na fotografiach tymi wszystkimi postaciami, jednocześnie - pozostając wciąż sobą.
Paradoksalnie - tak wyrazista osobowość i charyzma stały się powodem, dla którego mimo świetnych ról na koncie, przez dekady omijały go Oscary. Owszem, doczekał się dwukrotnie nominacji, ale Akademia uwielbia, gdy aktorzy "rozpływają się" w roli i można zawołać: "On nie gra, (tu włóż dowolną postać), on nim/nią po prostu jest". Zdaje się omijać kreacje nieoczywiste, zaskakujące oryginalnością interpretacji.
W nowym filmie Martina McDonagha "Dziki Koń Dziewięć", stworzył jednak kreację, która zachwyca absolutnie wszystkich. Przed tygodniem jury festiwalu filmowego w Wenecji jednogłośnie przyznało mu za nią Puchar Volpiego - nagrodę dla Najlepszego Aktora. A że wenecki festiwal od lat wyłania późniejszych laureatów Oscarów, (przypomnijmy Joaquina Phoenixa w "Jokerze", Olivię Colman w "Faworycie" czy Helen Mirren w "Królowej"), od razu stał się głównym kandydatem do statuetki w swojej kategorii. Krytycy również prześcigają się w entuzjastycznych recenzjach.
Od lat nie miał równie dobrego roku.


13 minut owacji na stojąco
Trudno pisać o filmie, który znamy na razie tylko z recenzji po pokazach w Wenecji, a jego premiera czeka nas w listopadzie. Aż korci też, by spytać: "Co się stało, że wybitny aktor, pomijany dotąd przez Akademię, nagle trafił na pozycję faworyta?".
Szum wokół Malkovicha i jego roli w czarnej komedii "Dziki Koń Dziewięć" Martina McDonagha wziął się chyba z faktu, że po latach grania dziwaków, ekscentryków i złoczyńców, 72-letni aktor otrzymał wreszcie rolę inną od dotychczasowych. Nie mówiąc o tym, że nareszcie oglądamy go na pierwszym planie.
Malkovich zasłynął rolami charyzmatycznych, często świadomie przerysowanych postaci psychopatów (jak w "Na linii ognia"), lub chłodnych, aroganckich intelektualistów (jak w "Niebezpiecznych związkach"). Nowa rola, agenta CIA, Chrisa to coś kompletnie innego. Malkovich gra tu faceta, który ubrudził sobie ręce niemal każdą podejrzaną interwencją amerykańskiego wywiadu w polityce globalnej lat 50. i 60. - w Gwatemali, Kongo, Indonezji, Zatoce Świń - a także w kilku bliższych. Rola wymaga od niego połączenia głębokiego tragizmu z czarnym humorem. Jego nieuleczalnie chory bohater balansuje na krawędzi egzystencjalnej przepaści. Z jednej strony rzuca złośliwymi ripostami, z drugiej - u progu starości rozlicza się z mroczną przeszłością agenta. Krytycy podkreślają, że Malkovich nigdy wcześniej nie był na ekranie tak kruchy i bezbronny. Dystans, z jakiego słynie, gdzieś prysł.
O samym filmie będącym historią dwóch agentów CIA, którzy w 1973 roku zostają wysłani do Chile, tuż przed zamachem stanu, krytycy piszą, że jest duchowym spadkobiercą obrazu z 2010 roku "Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj". Tam mieliśmy historię dwóch płatnych morderców po nieudanej akcji, tutaj mamy dwóch agentów. Jak zawsze u tego reżysera kumpelskie relacje zostają wystawione na próbę.
Przez dekady Akademia nominowała Malkovicha wyłącznie za role drugoplanowe ("Miejsca w sercu" z 1984 r. oraz wspomniane "Na linii ognia"). W nowym filmie to głównie on, wraz z Samem Rockwellem, niesie całą opowieść. Dodajmy, że McDonagh uważany jest za "magnes na Oscary". Ma dar do pisania ról, które przynoszą aktorom złote statuetki (pamiętamy Frances McDormand i Sama Rockwella w wybitnych "Trzech billboardach za Ebbing, Missouri", czy "Duchy Inisherin" i Collina Farrella). Reżyser idealnie wyczuł magnetyczną energię Malkovicha i napisał scenariusz "pod niego", pozwalając mu na aktorstwo najwyższej próby. Rekordowe, 13-minutowe owacje na stojąco w Wenecji, (no i Puchar Volpiego) to jego zasługa.
Amerykańscy krytycy piszą też, że po ponad 40 latach wybitnych kreacji Hollywood jest winne Malkovichowi to najwyższe wyróżnienie. A rolą w filmie "Dziki Koń Dziewięć" na nie zasłużył.


Inny niż wszyscy
Na to, jakim jest człowiekiem, ale i aktorem, na jego unikalną osobowość i dystans do świata, z pewnością miało wpływ niełatwe dzieciństwo.
John Malkovich urodził się w 1954 roku w Christopher, a dorastał w miasteczku Benton, w stanie Illinois. W rodzinie lokalnych intelektualistów, która nie miała jednak powiązań ze światem sztuki. Ojciec (mający chorwackie korzenie), był stanowym dyrektorem ds. ochrony przyrody i wydawcą ekologicznego pisma. Matka była właścicielką lokalnej gazety.
Dom był pełen książek, ale też skrajnych emocji. Chłopiec doświadczał przemocy fizycznej ze strony ojca i starszego brata. Sam był ekscentrycznym, zbuntowanym dzieckiem z dużą nadwagą i kompleksami. W wieku 16 lat ważąc 105 kg, przeszedł drastyczną dietę, tracąc ponad 30 kg w kilka miesięcy. Problemy z wagą już nie wróciły.
Aktorstwo wcale nie było jego marzeniem. Jako nastolatek pasjonował się sportem i chciał zostać zawodowym baseballistą. W szkole średniej zapisał się do kółka teatralnego wyłącznie dlatego, że zakochał się w dziewczynie, która do niego należała.
Początkowo studiował biologię i socjologię, po czym przeniósł się na teatrologię. Ostatecznie rzucił studia tuż przed obroną dyplomu, (by odebrać go po 30 latach, już jako gwiazdor). W 1976 roku wraz z grupą znajomych ze studiów - w tym z Garym Sinise'em - założył w Chicago słynną trupę teatralną Steppenwolf Theatre Company. W 1982 upomniał się o niego Broadway, gdzie szybko zaczął odnosić sukcesy. Nigdy nie rozstał się z teatrem, choć dziś najwięcej gra na brytyjskim West Endzie.
W 1984 zadebiutował na dużym ekranie w pamiętnym filmie Roberta Bentona "Miejsca w sercu", historii kobiety, która w czasach Wielkiego Kryzysu po śmierci męża, chce ocalić gospodarstwo bawełny. Zagrał Pana Willa, niewidomego weterana I wojny światowej. Rzadko zdarza się debiut, w którym aktor od razu tworzy kreację kompletną. Zamiast grać ślepotę w sposób widowiskowy, postawił na wewnętrzne wyciszenie, surowość i dumę okaleczonego człowieka. Jego bohater początkowo odpycha zgorzknieniem, by z czasem stać się emocjonalnym filarem nowo powstałej, nietypowej rodziny. Akademia doceniła subtelność i empatię, z jaką podszedł do postaci, nominując go do Oscara za rolę drugoplanową.


Wielki przełom i plama na honorze
Trudno uwierzyć, że po takim debiucie nie rzuciło się na niego Hollywood. Najciekawszą produkcją po nim okazał się film Rolanda Joffé "Pola śmierci"- wstrząsający dramat historyczny o Kambodży, gdzie Malkovich wcielił się w postać zdeterminowanego fotoreportera Ala Rockoffa.
Wielki przełom przyszedł w 1988 roku, gdy pojawił się w "Niebezpiecznych związkach" Stephena Frearsa - adaptacji XIX - wiecznej powieści Choderlosa de Lacloso. Reżyser obsadził go wtedy w roli hrabiego Valmonta niejako wbrew warunkom. Nie ma w sobie przecież nic z amanta, jego wygląd czyni go klasycznym aktorem charakterystycznym.
Fabuła skupia się na intrydze Markizy de Merteuil (Glenn Close). Ta namawia byłego kochanka, hrabiego Valmonta (Malkovich), by uwiódł młodą, cnotliwą Cecile, którą planuje poślubić jej były mąż. Jednocześnie Valmont planuje inny podbój - jego celem jest Madame de Tourvel, piękna, bogobojna mężatka (Michelle Pfeiffer). Pierwsze "zadanie" okazuje się błahostką, drugie jednak zaczyna się komplikować, gdy młoda mężatka i Valmont zakochują się w sobie.
W tym filmie Malkovich udowodnił, że prawdziwy talent i nieuchwytny magnetyzm nie potrzebują klasycznej urody, by do siebie przekonać. Przełamał barierę własnej fizyczności - rzemiosłem, intelektem i grą głosem sprawił, że widz wierzył w jego miłosne podboje. To, że nie dostał wówczas nawet nominacji do Oscara, pozostanie wielką plamą na honorze Akademików. Był dla niej nazbyt wyrafinowany zdaniem wielkiego Rogera Eberta.
Grając w tym filmie, sam także się zakochał - przeżył szalony romans z piękną Michelle Pfeiffer. Był już w związku z Glenne Headly, aktorką z tej samej teatralnej trupy.
I tak właśnie rozpadło się jego pierwsze małżeństwo. Rok później na planie filmu "Pod osłoną" nieba poznał asystentkę reżysera, Nicolettę Peyran, z którą jest do dziś. Rzadko pojawiają się razem w błysku fleszy, może dlatego tworzą szczęśliwą parę do dziś. Mają dwójkę dorosłych dzieci, które jednak nie poszły w ślady rodziców.
Z dala od Hollywood
"Pod osłoną nieba" to kolejny ważny film w jego dorobku, w reżyserii samego Bernardo Bertolucciego i z Debrą Winger u boku, w roli żony. To historia nowojorskiego małżeństwa, które rusza w podróż do Afryki. Liczą na to, że ich związek przeżywają głęboki kryzys, z dala od cywilizacji na nowo odżyje. Nie są jednak w stanie przewidzieć, jak kruche jest ich życie w obliczu potęgi natury.
Ale takich propozycji nie dostawał wiele. Hollywood dość szybko z uwagi na niepojącą urodę wepchnęło go do szuflady pod hasłem "specjalista od ról psychopatów", co miało ograniczyć jego image. I takie właśnie role dostawał.
W adaptacji filmowej noweli Johna Steinbecka "Myszy i ludzie" z 1992 roku pojawiła się u boku Gary'ego Sinise'a w roli Lenniego - upośledzonego mężczyzny, który nieświadomie pozbawia życia żonę gospodarza, gdzie zatrudniają się z przyjacielem.
W 1993 roku Wolfgang Petersen obsadził go obok Clinta Eastwooda w "Na linii ognia" i John kompletnie przyćmił gwiazdora. Zagrał oczywiście psychopatycznego szantażystę, który grozi śmiercią prezydentowi USA. Później okazuje się, że to dawny agent CIA, który mści się na dawnych mocodawcach. Na jego trop wpada doświadczony agent ochrony, w którego wciela się rzecz jasna szlachetny jak zawsze Eastwood, ale przeciwnik za sprawą mistrzowskich charakteryzacji, jest nie do złapania. Malkovich genialnie wygrywa powody opętania swojego bohatera, który przeszedł załamanie nerwowe. To była jego druga i jak na razie ostatnia nominacja do Oscara.
Kolejne role pochodziły z tej samej "szuflady". Ktoś nie pamięta filmu "Con Air-Lot skazańców", gdzie grał Cyrusa, kryminalistę - porywacza samolotu z potężnym ego? Miał dwa doktoraty zrobione za kratami i zabijał bez mrugnięcia okiem. To ikoniczny, przerysowany złoczyńca z kina akcji lat 90. Malkovich miał dość takich ról.
Na dekadę wyjechał z Hollywood i zamieszkał z rodziną w południowej Francji, w Prowansji. Dzieci uczyły się w tamtejszych szkołach, on uprawiał winorośle i pisał scenariusze. Zależało mu na tym, by wrosły w tamtejszą kulturę, bo tej amerykańskiej nigdy zbytnio nie cenił. Żyli tam jak zwykli mieszkańcy. Sam zawoził dzieci do lokalnej, publicznej szkoły. W domu rozmawiał z nimi po francusku (sam opanował ten język w stopniu biegłym). Angażował się w życie tamtejszej społeczności.
Wrócili do USA (Cambridge, Massachusetts) po sporach podatkowych z francuskim rządem, w 2003 roku.


Mistrz niedoceniany
Jeszcze przed powrotem z Francji zagrał we wspomnianym już wcześniej, fascynującym projekcie Spike'a Jonze'a "Być jak John Malkovich"(1999). Jest w nim scena, w której Malkovich, grając wersję samego siebie, wchodzi w tunel, którym inni posługiwali się, by dostać się do jego umysłu. Nagle znajduje się w świecie zaludnionym wyłącznie przez kolejne wariacje jego samego: Malkovich jako zalotna seksbomba, elegancki kelner, jazzowa piosenkarka… I wszyscy mówią tylko jedno: "Malkovich!". Ta scena w niezwykły sposób portretuje jego moc oddziaływania i magnetyzm, o którym już była mowa.
Ale zdarzało się, że sam także nie zawsze trafnie wybierał role. Ma na koncie parę typowych "gniotów", ale pomińmy je milczeniem, w obliczu całokształtu jego dorobku. Zwłaszcza, że w 2008 roku Malkovich stracił oszczędności całego życia i jak mówi: "Zaczynałem wszystko od nowa". Brał więc każdą rolę, którą mu proponowano.
Jego ówczesny menedżer zainwestował wszystko, co kiedykolwiek zarobili z żoną, u Berniego Madoffa".(Madoff oszukał tysiące inwestorów na kwotę około 65 mld dolarów i w 2009 roku został skazany na 150 lat więzienia). Aktor był poza krajem, gdy wybuchła afera i gdy wrócił do Nowego Jorku i zobaczył zdjęcie Madoffa w kajdankach.. "Wszystko, co kiedykolwiek zarobiłem, przepadło". Mówi, że to był szok, ale szybko uświadomił sobie, że "gdybym miał duże pieniądze, otwiera się w nowym oknie, a straciłbym zdrowie, byłoby dużo gorzej".


Nie tylko aktor
Z ciekawszych projektów w jakich zagrał już w XXI wieku John Malkovich, nie można pominąć kontynuacji głośnego serialu Paolo Sorrentino "Nowy papież". Po gigantycznym sukcesie "Młodego papieża" z Jude'em Lawem włoski reżyser stworzył po trzyletniej przerwie ciąg dalszy.
Podczas gdy pierwszy papież zapada w śpiączkę, jego obowiązki przejmuje Paweł III. Grający go Malkovich jest tu zmęczonym, chwiejnym brytyjskim arystokratą i estetą. To papież dandys: intelektualista o nienagannych manierach, który nosi makijaż, kocha luksus, ekstrawaganckie fioletowe garnitury, gra na harfie i porusza się z dystyngowaną gracją. Nim założył papieską sutannę, ubierał się z elegancją brytyjskiego lorda.
Prywatna garderoba bohatera to zresztą w rzeczywistości luksusowa kolekcja stworzona we współpracy z legendarnym domem mody męskiej Cesare Attolini. Nikt inny nie zagrałby go tak genialnie, jak Malkovich.
Nieświadomym wyjaśnijmy, że sam aktor fascynuje się modą nie mniej niż aktorstwem i z sukcesami działa jako profesjonalny projektant mody. Ale to już temat na zupełnie inny tekst.
Ciekawsze jest to, że w piątej dekadzie kariery w branży filmowej aktor twierdzi, że przez cały czas improwizował. "Nigdy nie miałem planu kariery". Czy byłby nieszczęśliwy, gdyby nigdy nie dostał kolejnej roli? "Nie!" - zapewnia. "Wymagałoby to zmiany w naszym stylu życia. Ale zrobiliśmy to kilkanaście lat temu, gdy wszystko straciliśmy. Więc się da".
Mówiąc "w naszym", ma oczywiście na myśli rodzinę. A ta jest dla niego znacznie ważniejsza niż kariera, co niezmiennie podkreśla.


"To ten film i ten moment"
Wracając na koniec do filmu, który ponownie uczynił Malkovicha centrum zainteresowania branży, jest coś z gruntu filmowego w powrocie świetnego aktora do oscarowego wyścigu, po tak długiej przerwie. Nawet jeśli on sam kompletnie nie definiuje się przez Oscary, czy ich brak.
Ale Oscary - bądźmy szczerzy - to nie tylko kwestia dorobku. Chodzi także o odpowiedni moment, który działa na korzyść filmowca. Akademia na prawie 30 lat zapomniała o Malkovichu. Film McDonagha jej o nim przypomniał. Bo prawdopodobnie to właśnie ten film i ten moment.