"Ataki band wymierzane są zarówno w żołnierzy i pracowników Wehrmachtu, jak i w ludność cywilną; uderzano na obiekty wojskowe, administracyjno-gospodarcze i przemysłowe. Zatrzymywano i ostrzeliwano pojazdy; napadano na więzienia, uwalniając osadzonych; okradano banki, terroryzując przy tym kasjerów" - alarmował generał Wehrmachtu Max Schindler, autor obszernego pisma skierowanego do Berlina wiosną 1943 roku i opisującego diametralne pogorszenie się stanu bezpieczeństwa w utworzonym na ziemiach okupowanej Polski Generalnym Gubernatorstwie (GG).
Tendencja była dla Niemców bardzo niepokojąca. W skali roku - od wiosny 1942 - liczba notowanych przez władze okupacyjne wystąpień podziemia wzrosła bowiem aż 10-krotnie.
Obok dywersji kolejowej, uderzającej w system zaopatrywania frontu, i zjawiska zbrojnego uwalniania więźniów, to właśnie akcje obliczone na pozyskanie pieniędzy, w żargonie konspiracyjnym określane "eksami" (od terminu ekspropriacja), budziły ich szczególne obawy. Przede wszystkim dlatego, że podważały autorytet niemieckiej administracji, który z punktu widzenia władz GG był komponentem niezbędnym dla trwałego podbicia ziem polskich.
Pieniądze, otwiera się w nowym oknie z "eksów" miały różne zastosowanie. Były wykorzystywane do zakupu broni, łapówek i zapomóg czy finansowania działań propagandowych. Na ogół podczas tego rodzaju akcji przechwytywano wprawdzie sumy relatywnie niewielkie, rzędu kilkunastu, kilkudziesięciu, a przy dobrych wiatrach - 100 tysięcy złotych (przeciętna pensja robotnicza w 1943 roku wynosiła ok. 250 zł).
Doszło jednak również do szeregu akcji na większą skalę, z których "urobek" był znacznie wyższy.
Odebrana kontrybucja. Warszawa, XI 1942
W październiku 1942 roku sytuacja w Warszawie stawała się coraz bardziej napięta.
Najpierw miastem wstrząsnęła wieść o niespotykanej dotąd serii równoległych aktów dywersji na stołecznym węźle kolejowym, które do historii przeszły jako akcja o kryptonimie "Wieniec". Zaplanowana z rozmachem operacja AK, obliczona była na sparaliżowanie szlaku komunikacyjnego, ważnego z punktu widzenia zaopatrywania wojsk niemieckich na Wschodzie. Miała zarazem stanowić sprawdzian możliwości podziemia.
Niemcy, otwiera się w nowym oknie odpowiedzieli zamordowaniem blisko 100 Polaków, z czego połowę powieszono w serii publicznych egzekucji w pobliżu miejsc ataków. Zdecydowana większość straconych była związana z podziemiem komunistycznym, bo - zgodnie zresztą z intencjami organizatorów, którzy podjęli działania pozorujące, mające odwrócić uwagę policji od AK - Gestapo przypisało sprawstwo komunistycznej Gwardii Ludowej (GL).
Nie był to jednak koniec. Wkrótce gwardziści dokonali głośnych zamachów na niemieckie lokale - "Café Club" oraz restaurację "Mitropa" na Dworcu Głównym. W ich wyniku wprawdzie, wbrew wersji spopularyzowanej w okresie PRL, nikt nie zginął, ale rany odniosło 24 niemieckich żołnierzy, funkcjonariuszy i urzędników. Więcej niż przez wszystkie poprzednie miesiące 1942 roku.
Do tego harcerze z "Szarych Szeregów" przystąpili do akcji ulicznego oblewania ubrań Niemców - zarówno mundurowych, jak i cywilnych - kwasem solnym, co wywołało panikę wśród niemieckiej społeczności w Warszawie. Z końcem miesiąca, w obawie przed dalszą eskalacją, gubernator Ludwig Fischer zdecydował się na inny, w przeciwieństwie do odwetowych egzekucji dotąd niestosowany, krok - nałożył na miasto kontrybucję w wysokości 1 miliona złotych.
I ten ruch nie zakończył jednak jesiennej wymiany ciosów. Wkrótce w Sztabie Głównym GL zapadła bowiem decyzja o uderzeniu na śródmiejski bank, otwiera się w nowym oknie Komunalnych Kas Oszczędnościowych (KKO), gdzie komunistyczne podziemie dysponowało swoimi wtyczkami.


Akcję zaplanowano na godziny poranne 30 listopada, a pokierować nią miał Jan Strzeszewski "Wiktor" - weteran piłsudczykowskiej Polskiej Organizacji Wojskowej (POW), z wykształcenia architekt, a z zamiłowania bokser i działacz sportowy (sic!), który jeszcze w okresie II RP związał się z ruchem komunistycznym.
"O godz. 8 min. 30 rano przybyło do KKO ok. 20 mężczyzn częściowo ubranych w mundury policji granatowej i niemieckiej, uzbrojonych w rewolwery dużego kalibru. Część obstawiła ulicę, a reszta weszła do gmachu i obstawiła okienka kasowe jako klienci. Na dany znak sterroryzowano urzędników i kasjerów, którym kazano wejść pod stoły, gdzie trzymano ich aż do zakończenia akcji. Opanowano kasy i zabrano z nich 1 milion 50 tys. złotych w banknotach 500 i 100 zł.
[…] Sprawcy napadu pozostają nadal nieznani. Sposób jednak przygotowania i przeprowadzenia akcji nie wskazuje na to, aby miał to być napad kryminalno-bandycki. KKO straty nie poniosło, ponieważ pieniądze były ubezpieczone od napadu" - doniosła wkrótce "Wolna Polska", pismo z kręgu Polskiego Państwa Podziemnego, niemające nic wspólnego z konspiracją komunistyczną.
Przedstawiona wersja była co do zasady zgodna z meldunkiem tzw. policji granatowej (czyli służby złożonej z Polaków, podległej władzom niemieckim). Zarówno w kwestii okoliczności zdarzenia, jak i wysokości przechwyconej kwoty. Ta niemal dokładnie odpowiadała nałożonemu na mieszkańców Warszawy haraczowi, wobec czego w mieście utarło się przekonanie, że kontrybucja została Niemcom odebrana.
Pojawiająca się niekiedy informacja, jakoby gwardziści zdobyli w KKO aż 12 mln złotych, nie jest zgodna z prawdą.
Sukces i tak był jednak niewątpliwy. Wieści o udanym - trwającym niespełna 20 minut i przeprowadzonym niemal w sąsiedztwie kilku posterunków policji - "eksie" błyskawicznie rozeszły się po Warszawie. Pozbawione precedensu zdarzenie zupełnie zaskoczyło okupacyjne władze, które - nie chcąc publicznie przyznawać się do dotkliwej, wizerunkowej klęski - nie zdecydowały się na dalsze represje.
Komuniści oficjalnie przyznali się do przeprowadzenia akcji na KKO dopiero po kilku tygodniach, w styczniu 1943 roku.
Prezent dla Führera. Częstochowa, IV 1943
20 kwietnia w nazistowskich Niemczech i na podbitych przez nie ziemiach był dniem uroczystości ku czci urodzin Adolfa Hitlera.
Właśnie w takich okolicznościach konspiratorzy z Narodowej Organizacji Wojskowej (NOW), Narodowych Sił Zbrojnych (NSZ) i niewielkiej, lokalnej Ochotniczej Brygady Obrońców Ojczyzny (OBOO) postanowili przeprowadzić wspólny napad na Bank Emisyjny w Częstochowie, zlokalizowany w centrum ponad 100-tysięcznego miasta.
Podobnie jak w przypadku warszawskiego skoku na KKO, i tutaj napastnicy przybyli na miejsce częściowo przebrani w niemieckie mundury, skradzione kilka tygodni wcześniej. Tym razem dowódcą akcji był jednak, występujący oczywiście w ubraniu cywilnym, katolicki ksiądz - Feliks Kowalik "Zagłoba", współzałożyciel OOBO.
Wkroczył on do banku pozorując urzędnika, z przebraną za niemieckich żołnierzy obstawą, po czym, oddając strzał w powietrze, ogłosił rozpoczęcie akcji. Po sprawnym sterroryzowaniu zdumionego personelu i straży placówki, w obecności ok. 20 klientów przystąpiono do otwierania skarbca.
Choć wobec problemów ze sforsowaniem zabezpieczeń, akcja przedłużyła się do ponad 40 minut, a jednemu z obezwładnionych uprzednio Niemców u jej schyłku udało się uciec, skok zakończył się sukcesem. Nie było ofiar, a konspiratorzy finalnie przechwycili ponad 2,5 miliona złotych i bez przeszkód wyjechali z miasta, gubiąc skierowany za nimi pościg.
O wadze, jaką do rozwikłania sprawy przykładały policyjne władze, świadczy fakt, że śledztwo zostało szybko przejęte od śledczych Gestapo z Radomia - Częstochowa leżała bowiem w obrębie dystryktu radomskiego - przez krakowską centralę Sicherheitspolizei (Sipo; Policja Bezpieczeństwa). W dwujęzycznym komunikacie, opublikowanym wkrótce na łamach specjalnego Dziennika Inwigilacyjnego rozsyłanego do wszystkich placówek policji w GG, ogłoszono:
"Napad rabunkowy na Bank Emisyjny w Częstochowie. Wysokie wynagrodzenie za ujęcie sprawców!
W dniu 20 kwietnia 1943 roku, około godz. 10.15, dokonała banda, z której połowa występowała w mundurach niemieckich, napadu rabunkowego na Bank Emisyjny w Częstochowie i zrabowała ok. 2,6 miliona złotych w banknotach 1000, 100 i 20-złotowych. Sprawcy użyli samochodu ciężarowego, wypożyczonego z Radomska oraz zrabowali do drogi powrotnej samochód osobowy na szkodę obywatela niemieckiego z Koniecpola.
Za ujęcie każdego bandyty, biorącego udział w tym napadzie została wyznaczona nagroda 10 000 zł oraz 10% z odzyskanej sumy pieniężnej z wyłączeniem drogi prawnej".
Podjęte kroki nie przyniosły jednak rezultatów. Niemcy szczęśliwie nie potraktowali poważnie jednego z nadesłanych donosów, który jako dowódcę akcji - zgodnie z prawdą, co jednak gestapowcom wydało się absurdalne - wskazywał księdza Kowalika z parafii w niewielkim Czermnie koło Końskich.
Sprawa głośnego napadu pojawiła się wkrótce w miesięcznym raporcie radomskiej Sicherheitsdienst (SD; Służba Bezpieczeństwa, rodzaj policyjnego kontrwywiadu) o panujących w dystrykcie nastrojach. Odnotowano tam, że ludność Częstochowy powszechnie przypisuje dokonanie głośnego napadu autentycznym żołnierzom niemieckim.


Hrabia Renard traci. Sosnowiec, VII 1943
Intensywność działań polskiego podziemia rosła jednak także poza granicami GG. Podobne zjawisko władze okupacyjne obserwowały na ziemiach bezpośrednio włączonych do Rzeszy, czego przejawem był kolejny głośny "eks", przeprowadzony w samym środku lata 1943 roku w Sosnowcu.
Akcję - na rozkaz Komendy Okręgu AK Śląsk o kryptonimie "Kilof" - zorganizował 30 lipca działający w Zagłębiu Dąbrowskim oddział dowodzony przez podporucznika Jana Miltona "Ordona" - przedwojennego krawca, absolwenta szkoły podoficerskiej, ale również weterana Legii Cudzoziemskiej. Większość członków tej grupy wywodziła się z kręgu podziemia narodowego.
Było to zresztą kolejne, głośne ostatnimi czasy w okolicy, uderzenie akowskich partyzantów. Nieco ponad miesiąc wcześniej grupa "Ordona" zaatakowała posterunek Bahnschutzpolizei (Policja Kolejowa) przy moście nad Przemszą, zabijając jednego i raniąc innego funkcjonariusza, a następnie wykoleiła niemiecki pociąg.
W stosownym meldunku Ordnungspolizei (Policji Porządkowej) stwierdzono:
"Około godz. 2.30 [nocą z 17 na 18 czerwca - BW] wykoleił się 200 metrów za mostem załadowany rudą pociąg towarowy jadący z Olkusza w kierunku Katowic. Cały skład, oprócz lokomotywy i trzech wagonów, stoczył się z nasypu i zerwał szyny. Przyczyna wykolejenia jest badana przez Gestapo i rzeczoznawców kolejowych".
Akowcy nie ponieśli wówczas żadnych strat i wymknęli się pościgowi. Wróćmy jednak do sosnowieckiego napadu.
Tym razem, w przeciwieństwie do omówionych wyżej akcji w Warszawie i Częstochowie, celem ataku nie był sam bank, ale transport z pieniędzmi na wypłaty, otwiera się w nowym oknie dla pracowników tutejszej kopalni "Hrabia-Renard". Inaczej niż przy okazji dwóch poprzednich skoków, w Sosnowcu miało również nie obejść się bez ofiar.
"Dnia 30.7.1943 około godz. 10-tej transport pieniężny kopalni Hrabia - Renard, który przewozili 4 funkcjonariusze za pomocą dorożki konnej, został przy bramie parkowej do ulicy Schloss-Strasse, przez 4-5 bandytów z bronią palną napadnięty, przy czym zostało 2 z transportujących funkcjonariuszy zabitych, jeden ciężko i jeden lekko ranny" - brzmiała polskojęzyczna wersja afiszu donoszącego o zdarzeniu, który zaraz po akcji pojawił się na murach Sosnowca. Za pomoc w ujęciu sprawców ogłoszono nagrodę w wysokości 10 tys. marek.


Według wersji niemieckojęzycznej tego samego afiszu, zabici mieli być Polakami. Nie wspominają jednak o tym wewnętrzne komunikaty sosnowieckiej placówki Kriminalpolizei (Kripo; Policja Kryminalna), donoszące o zdarzeniu.
Wkrótce w podziemnej prasie ukazały się doniesienia o brawurowej akcji w Sosnowcu, wskazujące, jakoby atakujący przechwycili 127 tys. marek. W rzeczywistości - przesądzają o tym niezależne od siebie źródła niemieckie - chodziło o sumę 172 tys. marek.
Po akcji akowcy sprawnie wycofali się z miasta. Mimo szybkiego opublikowania rysopisów trzech ze sprawców, śledczy nie odnaleźli ich, ale niemieckie służby zintensyfikowały rozpracowywanie coraz bardziej problematycznej grupy "Ordona".
Podjęte działania przyniosły skutki już nieco ponad miesiąc później. Przyczyniło się do tego także znaczne - po szeregu sukcesów - ograniczenie mobilności ruchliwego dotąd oddziału, który zaczął trwale obozować w lesie koło Strzemieszyc, gdzie partyzanci dysponowali nawet swoim bunkrem.
Pewność siebie, jak w wielu podobnych przypadkach, okazała się zgubna. Niemcy zlokalizowali obozowisko i 7 września 1943 roku przeprowadzili obławę, w wyniku której akowski oddział został doszczętnie rozbity. Według policyjnych raportów w wyniku akcji zginęło ponad 20 partyzantów. Zamordowano także kilka osób cywilnych, udzielających im pomocy.
Skok na 100 milionów. Warszawa, VIII 1943
Do zdecydowanie najgłośniejszego, ale także wręcz niewspółmiernie do innych owocnego, skoku podziemia "na kasę" doszło 12 sierpnia 1943 roku w samym centrum Warszawy. Zaledwie sto metrów od Kolumny Zygmunta.
Przygotowania do akcji, której nadano kryptonim "Góral" (od banknotu o nominale 500 zł, na którym widniał wizerunek górala), trwały ponad rok, a jej wykonanie powierzono żołnierzom elitarnych oddziałów "Osa-Kosa" oraz "Motor 30", podległym bezpośrednio Kierownictwu Dywersji (Kedyw) przy Komendzie Głównej AK. Z kolei dowódcą wyznaczony został porucznik Roman Kiźny "Pola".
"W dniu 12 sierpnia - donosiło wysłane wkrótce do Londynu sprawozdanie Delegatury Rządu na Kraj - Warszawę zelektryzowała wiadomość o napadzie na olbrzymi transport gotówki Banku Emisyjnego.
[…] Przeprowadzono go w godzinach rannych, przy ulicy Senatorskiej. Zamachowcy zatarasowali drogę, którą jechał samochód, zabili paru spośród żandarmów eskortujących transport oraz szofera bankowego, ciężko poranili pobliskich konwojentów transportu, opanowali samochód i odjechali z pełnym ładunkiem gotówki. Zrabowano z górą 100 milionów złotych i pewną ilość marek".
Opis ten z grubsza odpowiadał przebiegowi ataku. Zuchwała akcja, przeprowadzona w biały dzień, w samym centrum Warszawy, wzbudziła popłoch w kręgach władz okupacyjnych.
Wysokość zrabowanych środków precyzował wewnętrzny, opatrzony klauzulą tajności, raport niemieckiej administracji wojskowej GG. Stwierdzono w nim: "Bandyci wycofali się wraz z wozem transportowym, w którym znajdowało się 100 000 000 złotych oraz 1 000 000 marek niemieckich". W przekazach polskich z kolei była mowa o 106 milionach złotych.
Uprowadzony samochód, wypożyczony zresztą przez Bank Emisyjny od Zakładu Oczyszczania Miasta, Niemcy znaleźli wprawdzie pod Warszawą dwa dni po akcji. Oczywiście - pusty.
Wkrótce - 18 sierpnia 1943 roku - ukazał się nadzwyczajny komunikat dowódcy Sicherheitspolizei i Sicherheitsdienst w GG, SS-Oberführera Walthera Bierkampa, opatrzony nagłówkiem: "Napad na transport pieniężny w Warszawie. Nagroda 1 000 000 zł!".
Nazistowski dygnitarz stwierdzał w nim: "Zrabowana gotówka składała się przeważnie z banknotów po 100 i 500 zł, nie brak było jednak i innych wartości. Pieniądze były spakowane w różnej wielkości workach z juty koloru brązowego, względnie z papieru. Na workach był napis: «Własność Banku Emisyjnego w Polsce ». Worki te były zaplombowane i zaopatrzone w jasno-szarą tabliczkę kartonową, na której znajdował się adres wysyłającego, podanie wartości i odbiorca, a na odwrotnej stronie numer przesyłki gotówkowej, waga i dwa podpisy".
Wobec braku efektów, nagrodę szybko podniesiono. Znacznie, bo aż pięciokrotnie - do wysokości 5 milionów złotych. Mieszkańców Warszawy poinformowały o tym charakterystyczne plakaty ze zdjęciami wózka, jaki posłużył atakującym do zatarasowania drogi oraz wykorzystywanych przez Bank Emisyjny worków na pieniądze. I to nie przyniosło jednak rezultatów.
Co więcej, autorytet niemieckiej władzy spotkał kolejny cios. Na plakatach, za sprawą organizacji małego sabotażu "Wawer", pojawiły się bowiem nalepki z napisem: "10 milionów dajemy każdemu, kto wskaże kolejny taki transport".
Poza olbrzymimi stratami finansowymi, władze okupacyjne poniosły też wysokie straty osobowe.
Podczas trwającej niespełna 3 minuty akcji "Góral" zginęło bowiem - jak wskazywał wspomniany już raport Wehrmachtu - aż 6 niemieckich policjantów, a drugie tyle odniosło rany. Dla porównania, w innej głośnej akcji podziemia, przeprowadzonej cztery miesiące wcześniej pod warszawskim Arsenałem, zginęło 2, a rannych zostało 2 kolejnych niemieckich funkcjonariuszy. Na Senatorskiej straty były zatem trzykrotnie wyższe.
Akowcy dla odmiany mieli zaledwie jednego rannego. Niestety w trakcie intensywnej wymiany ognia zginęły też cztery osoby postronne, które przypadkiem znalazły się w miejscu ataku.
Pomimo tak wysokiej ceny, akcja była ogromnym sukcesem. O jego skali świadczy fakt, że żołnierze AK przechwycili sumę ponad 15-krotnie większą niż łącznie w czterech pozostałych, opisanych tu i także uchodzących za nadzwyczaj udane, "eksach".


Ostatnia akcja. Kraków, XII 1944
"Mimo że każdego dnia w kilku-, kilkudziesięciu punktach miasta odbywają się równocześnie łapanki, legitymowania i rewizje, ilość napadów z bronią w ręku wrosła w Krakowie wybitnie" - donosił 30 grudnia 1944 roku "Kurier Powszechny", wydawany przez krakowską Delegaturę Rządu na Kraj.
Dalej pismo odnotowywało szereg drobniejszych akcji przeprowadzonych przez podziemie w stolicy GG u schyłku roku. Wśród nich nie było jednak tej, która wywołała szczególne poruszenie niemieckich władz okupacyjnych.
Krakowskie Kierownictwo Dywersji AK w ostatnich miesiącach okupacji przejawiało relatywnie wysoką aktywność. Na początku grudnia nieopodal Proszowic, akowcom udało się zastrzelić znanego z brutalności porucznika żandarmerii Wilhelma Baumgartena oraz - jak donosił meldunek Sicherheitspolizei - dwóch towarzyszących mu funkcjonariuszy. W połowie miesiąca przechwycono duży transport cukru dla Wehrmachtu, przeprowadzono też kilka udanych akcji rozbrojeniowych. Najpoważniejszy z sukcesów miał jednak nadejść dopiero z końcem miesiąca.
Właśnie wtedy grupa żołnierzy AK pod dowództwem podporucznika Andrzeja Rozmarynowicza "Andrzeja" - w przyszłości znanego prawnika, obrońcy w procesach politycznych doby PRL - opanowała drukarnię Banku Emisyjnego, znajdującą się przy ulicy Berka Joselewicza, przez Niemców przemianowanej na Alte Uffergasse.
Akowcy, przeprowadziwszy wcześniej dokładne rozpoznanie, wkroczyli do budynku z samego rana, wykorzystując moment, w którym dwóch spośród czterech strażników, po nocnej zmianie opuściło budynek, a ich następcy i pracownicy drukarni jeszcze nie zjawili się na miejscu. Ludzie "Andrzeja" sterroryzowali pozostałą w gmachu dwójkę, po czym nieniepokojeni wynieśli z drukarni worki pełne banknotów o sumie blisko 2,5 mln złotych.
W lakonicznym meldunku dziennym krakowskiej nadkomendantury Wehrmachtu z 31 grudnia 1944 roku stwierdzono: "29.12 o godzinie 6.30 w Krakowie 4 bandytów dokonało napadu na drukarnię Banku Emisyjnego. Zrabowano 2 420 000 zł, które zabrano na samochód osobowy".
W publikacjach polskich, bazując na przekazie wspomnieniowym, akcję tę, nieodnotowaną w podziemnej prasie ani meldunkach, datowano często mylnie na dzień 6 grudnia. Wytwarzana na bieżąco sprawozdawczość niemiecka przesądza jednak - zgadza się bowiem miejsce, pora i charakter napadu, liczba sprawców, wreszcie przechwycona kwota; żadnego analogicznego zdarzenia w Krakowie Niemcy nie odnotowali - że doszło do niej niemal u samego schyłku roku.
Trzy tygodnie później niemiecka okupacja Krakowa dobiegła końca.
* * *
To zaledwie wybrane, szczególnie głośne przypadki "eksów" przeprowadzonych przez podziemie w okupowanej Polsce. Tylko na terenie Warszawy dokonano bowiem ponad 20 tego typu akcji. W skali ogólnopolskiej zaś ponad 200.
Na banki, kasy kredytowe lub oszczędnościowe czy transporty pieniężne uderzano choćby w Lublinie, Kielcach, Skarżysku Kamiennej, Siedlcach, Radomiu, Sokołowie Podlaskim, Skierniewicach, Pruszkowie Żyrardowie czy Piotrkowie Trybunalskim. Zbliżoną formą pozyskiwania środków na działalność konspiracyjną było opanowywanie i okradanie kas zakładów przemysłowych, a także - relatywnie najmniej ryzykowne - rozbijanie urzędów gminnych czy spółdzielni.
Oczywiście, wraz z nastaniem niemieckiej okupacji bynajmniej nie ustał pospolity bandytyzm. Nie brakowało zatem i napadów o charakterze czysto kryminalnym, bez podłoża politycznego.
Prawdopodobnie do nich właśnie zaliczyć należy tajemnicze zdarzenie, odnotowane przez niemiecką administrację okupacyjną 9 listopada 1943 roku w Warszawie, kiedy to przebrani w mundury SS napastnicy zatrzymali i obrabowali kolejny transport Banku Emisyjnego. Choć - według meldunku administracji wojskowej GG - przechwycono wówczas okrągły 1 milion złotych, do akcji nigdy nie przyznała się żadna z podziemnych organizacji.
Czy dokonali jej zwykli przestępcy? A może - na co wskazywałoby wykorzystanie niemieckich mundurów - ludzie podziemia, tyle że bez wiedzy przełożonych? To zapewne pozostanie już zagadką.
